[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA

Z depresją sam nie dasz sobie rady

W MH często piszemy, jak poradzić sobie z różnymi problemami, bo uważamy, że facet powinien być samodzielny. Jednak są granice. Czasami musisz zwrócić się o pomoc. Tym razem nie do kumpli, a do specjalistów. Bo z depresją sam sobie nie poradzisz.

Fot. Shutterstock.com
Depresja atakuje kobiety dwa razy częściej niż mężczyzn. Tak przynajmniej wynika z oficjalnych danych. Jednak jednocześnie faceci w Polsce pięć razy częściej niż kobiety popełniają samobójstwo i dwa razy rzadziej pytają lekarza pierwszego kontaktu, czy nie powinni się zgłosić do psychiatry. Są więc solidne podstawy do przypuszczenia, że chorujemy na depresję znacznie częściej, niż nam się wydaje, tylko nie szukamy pomocy, a człowiek niezdiagnozowany nie trafi a do statystyk. Albo trafia, ale do tych na stronach policji: samobójstwa, przemoc, ofiary brawury na drogach... Faceci przodują w tych tabelkach. A przecież wszystkie te zachowania mogą być skutkiem depresji.

Kiedy ostatni raz byłem w przychodni, zauważyłem, że na korytarzach są dwa typy ludzi: chorzy, czekający cierpliwie na krzesełkach przed gabinetami, oraz grupa podobnych do mnie, wędrujących szybkim krokiem od jednego gabinetu do drugiego – prawdopodobnie tak samo jak ja musieli zrobić badania okresowe. Ludzie cierpiący w milczeniu przed gabinetami specjalistów i lekarzy rodzinnych mieli jedną wspólną cechę: w znakomitej większości były to kobiety.

Depresja to choroba z opóźnionym zapłonem

Mam przyjaciela, powiedzmy, że ma na imię Marek. Gdybyś dwa lata temu spotkał go na ulicy albo w knajpie, uznałbyś, że to dynamiczny, tryskający humorem, wiecznie uśmiechnięty facet. I nigdy byś nie wpadł na to, że właśnie jest w trakcie leczenia depresji. No, chyba że spotkałbyś go też rok wcześniej, tylko że wtedy trudno go było spotkać, bo w tym najcięższym stanie praktycznie nie ruszał się z domu, najchętniej zaś nie wstawałby w ogóle z łóżka.

Trochę trudno opisać ten stan – mówi dziś. – Kiedy powiem, że wtedy nic nie cieszy i nic nie ma sensu, to będzie brzmiało banalnie. To prawda, bo tak właśnie jest, ale żeby pokazać, na czym polega depresja, musiałbym powiedzieć więcej: nie miałem ochoty na nic. Nie chciało mi się iść do pracy, nie chciało mi się iść na zakupy, nie chciało mi się oglądać telewizji, muzyka mnie nudziła, książki denerwowały... Przestały mnie obchodzić nawet problemy własnego dziecka. Seks? Mógłby nie istnieć. Właściwie wszystko mogłoby nie istnieć, było mi to absolutnie obojętne”.

Przeczytaj również: Depresja: rozpoznaj w porę zagrożenie

Oczywiście depresja nie atakuje z dnia na dzień, jak grypa czy kolka nerkowa. Ona się powoli rozwija. Upływa zazwyczaj dużo czasu, zanim się zorientujesz, że dzieje się z Tobą coś niedobrego. „To jest widoczne zwłaszcza u mężczyzn – potwierdza dr Wojciech Gzubicki, zaprzyjaźniony z redakcją psychiatra z Bolesławca. – Zauważyłem taką zależność w mojej praktyce, że mężczyźni, którzy do mnie trafiają z depresją, zazwyczaj są w gorszym stanie niż kobiety. Ich depresja jest albo głębsza, albo trwa dłużej.

Mam dwie hipotezy, które być może to wyjaśniają. Wydaje mi się, że mężczyźni dotknięci depresją niechętnie o tym mówią. Nie zwierzają się kolegom, nie radzą się, co robić. U kobiet wygląda to nieco inaczej. One często, przychodząc do gabinetu, mówią, że coś tam u siebie zauważyły i rozmawiały o tym z koleżanką, siostrą, teściową i któraś powiedziała: »Idź do psychiatry«. Często też kobiety polecają sobie konkretnego: »Ten mi pomógł, tu masz numer «. Mężczyźni zaś dłużej duszą to w sobie, nie dzielą się z nikim swoimi obawami, tylko szukają rozwiązań na własną rękę”. Często w takiej apteczce pierwszej pomocy psychologicznej znajdują alkohol.

REKLAMA

REKLAMA

Alkohol to nie lekarstwo na depresję

Jeszcze pół biedy, jeżeli ten alkohol jest pity w towarzystwie. „Najgorsze jest picie w samotności – przestrzega dr Gzubicki. – Nie mamy wówczas najmniejszej szansy na wymianę myśli. Ktoś mądry kiedyś powiedział, że w rozmowie ważniejsze jest słuchanie niż mówienie, bo kiedy mówisz, nie dowiadujesz się niczego nowego. Kiedy zaś słuchasz, możesz się czegoś nauczyć”.

W pewnym sensie więc spożywanie alkoholu w towarzystwie jest lepsze niż samotne upijanie się. Kiedy pijesz z kimś, masz szansę usłyszeć jakiś komentarz do swoich problemów. Może ktoś podsunie rozwiązanie, może przypomni Ci, że masz inne zalety, albo uświadomi Ci, że Twój problem nie jest aż tak poważny, jak Ci się wydaje.

Marek miał szczęście, bo instynkt samozachowawczy podpowiedział mu, że nawet jeśli czuje się jak gówno, alkohol ani inne używki nie są rozwiązaniem. „Czułem, że gdybym sięgnął po wódkę czy narkotyki, nie zdołałbym się już podnieść” – mówi dziś. Dr Gzubicki podziwia taką niecodzienną samoświadomość, bo doskonale wie, że alkohol w połączeniu z depresją to diabelski zestaw.

Alkohol potrafi wyolbrzymić problem. Tracimy na chwilę w miarę obiektywny ogląd rzeczywistości i jeśli coś nas dręczy, urasta do rozmiarów potwora, z którym nie mamy najmniejszych szans. Często próby samobójstwa podejmuje się właśnie po alkoholu. W tej chwili słabości faceci rzucają się z dachu, wieszają czy robią inne rzeczy. Na trzeźwo by tego nie zrobili, ale po alkoholu – owszem. Pod wpływem alkoholu robimy sporo głupich rzeczy, po których musimy przepraszać. Problem w tym, że w przypadku samobójstwa nie ma już kogo i komu przepraszać. Jest za późno”.

Depresja i samobójstwa

Tak się jakoś składa, że – przynajmniej jeśli chodzi o samobójstwa – jesteśmy bardzo skuteczni. Według Głównego Urzędu Statystycznego w 2016 roku odnotowano w Polsce 9861 zamachów samobójczych, z czego 5405 było skutecznych. Wśród tych prawie dziesięciu tysięcy osób, które targnęły się na swoje życie, znakomitą większość stanowili faceci.

Skończyć ze sobą postanowiło 7749 z nich (kobiet tylko 2112). Na dodatek panowie byli bardziej efektywni: w przypadku mężczyzn aż 6 z 10 prób samobójczych zakończyło się zgonem. Kobiety chętniej wybierały mniej drastyczne metody i śmiercią skończyły się mniej niż 4 zamachy na 10.

Nie ma statystyk, które powiedziałyby, ile spośród ofiar samobójstw cierpiało wcześniej na depresję, ale uzasadnione wydaje się podejrzenie, że wiele, jeśli nie większość. Pytanie, ile z tych istnień ludzkich udałoby się uratować, gdyby nie nasza męska niechęć do szukania pomocy u specjalistów.

Depresja pogłębia się niepostrzeżenie

Marek też zwlekał aż kilka lat. Łudził się, że spadek nastroju jest tylko chwilowy. Widział przyczyny: a to problemy w pracy, a to nieporozumienia z żoną, potem trochę za dużo obowiązków naraz... Za każdym razem czekał, aż samo przejdzie.

Bo przecież to nie były jego pierwsze kłopoty w życiu. Już wcześniej je miał, bywał smutny i przygnębiony, ale zawsze nastrój wracał w końcu do normy. Jednak tym razem nie chciał wracać. Ale wiesz, jak to jest: nie sposób zauważyć, jak rosną włosy. Nagle któregoś dnia budzisz się i masz fryzurę jak fan metalu.

Z depresją jest podobnie: z dnia na dzień Twój stan minimalnie się pogarsza. Rzadziej się śmiejesz, rzadziej coś Cię interesuje, rzadziej wychodzisz z domu... W końcu łapiesz się na tym, że jedyna istota, która jest w stanie zmusić Cię do wyjścia, to Twój pies. Bo wiesz, że bez Ciebie on sobie nie poradzi. Koledzy sobie poradzą, żona sobie poradzi, nawet nastoletnie dziecko sobie poradzi. Ale pies nie.

Dokładnie tak było w przypadku Marka. Gdy już dotarł do miejsca, w którym praktycznie jedynie pies był go w stanie podnieść z łóżka, zaczęło do niego docierać, że żona, która rok czy dwa wcześniej wysyłała go do psychiatry, mogła mieć rację. Jednak żony nie posłuchał. Dopiero gdy znajomi powiedzieli mu, że wygląda fatalnie i że powinien iść do specjalisty, w końcu się przełamał.

REKLAMA

Mężczyźni nie chodzą do lekarza

W 2015 roku w renomowanym piśmie „Health Psychology Review” ukazał się duży artykuł uczonych z dwóch brytyjskich uczelni: King’s College London i Birmingham University. Jego autorzy po analizie wielu badań wskazują przyczyny, dla których mężczyźni unikają, jak mogą, wizyt u lekarza, w szczególności zaś u lekarzy psychiatrów.

Najczęściej powtarzały się takie bariery, jak: niechęć do dzielenia się swoimi emocjami, wstyd, lęk oraz problemy komunikacyjne w relacjach z lekarzami w przeszłości. Z większością z tych blokad rozprawiamy się w osobnym tekście.

Przeczytaj też: 6 powodów, dla których mężczyzna unika psychiatry

Kiedy go przeczytasz, zrozumiesz, dlaczego nie powinny powstrzymywać Cię przed wizytą. I łatwiej będzie Ci o przełamanie wstydu, niechęci i lęku, które może uratować Ci życie albo przynajmniej sprawić, że przestanie być takim koszmarnym zmaganiem się z rzeczywistością.

Nie licz na cud, licz na poprawę

Marek skorzystał z najlepszej rady w życiu i w końcu poszedł do psychiatry. Poszedł, chociaż wcześniej był przekonany, że to wstyd, że do psychiatry chodzą tylko „wariaci”, w najlepszym razie zaś słabeusze, którzy nie potrafi ą sobie poradzić sami. Bo on przecież jest inteligentny, wykształcony i silny i żadnej pomocy mu nie potrzeba.

Zanim poszedł, musiał więc przełamać te mocno utrwalone uprzedzenia. To nie było łatwe, dlatego trwało tak długo – prawie pięć lat. Pięć lat życia w depresji. Mówi się, że depresja nie boli. To prawda tylko częściowa, bo czasami boli, tylko niekoniecznie tam, gdzie się spodziewasz.

Jedną z charakterystycznych cech tzw. męskiej depresji są trudne do zdiagnozowania, nieokreślone dolegliwości bólowe. Mężczyźni dotknięci depresją często trafiają do psychiatry dopiero po frustrującej wędrówce od jednego lekarza do drugiego – mówi dr Gzubicki. – Uskarżają się na ból mięśni, pleców, głowy... Robią dziesiątki badań, które nie wykazują żadnych odchyleń od normy, i lekarze innych specjalności są bezradni. W końcu któryś z moich kolegów lekarzy, np. kardiolog czy neurolog, orientuje się, że podłoże tych dolegliwości jest bardziej psychiczne niż somatyczne i kieruje takiego pacjenta do mnie. A ja odkrywam, że przyczyną tego tajemniczego cierpienia jest depresja”.

Chociaż Marek nie miał tego typu problemów, też cierpiał. Kiedy zapytałem go, co było dominującym objawem, na chwilę się zamyślił, po czym odpowiedział enigmatycznie: „Bolał mnie mózg. Nie głowa, mózg”. To oczywiście metafora, ale wynikająca z tego, że depresja jest stanem niesłychanie trudnym do opisania.

Do jej klasycznych objawów należą smutek, lęk, utrata tzw. napędu, czyli energii do działania, oraz anhedonia, czyli brak zdolności odczuwania przyjemności. Proste, prawda? Każdy przecież był kiedyś smutny, czegoś się bał, nie miał siły do życia czy zauważył, że coś, co dotychczas go cieszyło, już nie cieszy.

Jednak w depresji te wszystkie doskonale znane każdemu stany kumulują się. Przekraczają granice wytrzymałości i w końcu zamieniają człowieka w zombie. Chociaż może zombie to nie najlepsze porównanie, bo zombiaki są żądne krwi, a ludzie cierpiący na depresję nie mają już żadnych żądz. Nawet seks staje się nudny i jałowy, a z czasem nie jesteś się w stanie zmusić nawet do mechanicznego odbębnienia obowiązku.

Z jednym wyjątkiem. Dr n. med. Sławomir Murawiec na łamach „Polityki” wyjaśnia to tak: „W umiarkowanej depresji albo w początkowej fazie ciężkiej mężczyźni charakteryzują się zwiększoną aktywnością seksualną, jakby chcieli samych siebie upewnić, że nic im nie dolega”. Jednak to tylko przy umiarkowanym nasileniu – gdy depresja narasta, libido praktycznie zamiera.

REKLAMA

REKLAMA

Alarmujące objawy depresji

Dr Gzubicki wyjaśnia, że u mężczyzn częstym objawem depresji jest zwiększona drażliwość i wzrost agresji. Jeśli kiedyś byłeś spokojny i trudno Cię było wyprowadzić z równowagi, a od pewnego czasu zacząłeś podnosić głos, walić pięścią w stół czy wdawać się w bójki, zacznij się uważniej obserwować.

Sygnałem ostrzegawczym mogą też być ryzykowne zachowania. Zawsze jeździłeś ostrożnie, a teraz uwielbiasz włączyć głośno Rammstein i docisnąć gaz? A może zacząłeś się upijać na umór? Albo korzystać z usług prostytutek, choć nigdy Cię do nich nie ciągnęło? To też może być sygnał alarmowy.

W medycynie funkcjonuje pojęcie czerwonej flagi, czyli objawów alarmujących. Nie jesteś lekarzem (chociaż nie ma pewności, bo znamy lekarzy czytających MH), ale ten objaw warto zapamiętać. Jeśli jesteś w dołku już od kilku tygodni, i to takim, że nawet na seks nie masz ochoty, rozważ wizytę u psychiatry. Trudno bowiem o wyraźniejszy sygnał, że coś złego dzieje się z Twoją głową.

W przypadku Marka tym przełomowym momentem nie było jednak wystygnięcie łóżka. Czerwoną flagą było... rozedrganie. Podczas dość przypadkowej rozmowy znajomi zauważyli, że Marek nie tylko źle wygląda, jest zaniedbany, co dla niego było niezwykłe, ale że w ogóle się nie uśmiecha, chociaż chłopięcy uśmiech był wcześniej jego znakiem rozpoznawczym.

Tym, co ich przeraziło, było to, że Marek drżał. Że mówił bez emocji, ale nie potrafił opanować drżenia. Głosu, rąk, całego ciała. Dlatego dali mu numer do sprawdzonego psychiatry. Marek do niego zadzwonił i w końcu umówił się na wizytę.

Leki na depresję naprawdę działają

Już na pierwszej wizycie lekarz nie miał wątpliwości, że Marek wymaga pomocy, i to w trybie pilnym. Przepisał mu więc tabletki. Na początek łagodne. I ostrzegł, że na efekty trzeba będzie poczekać dwa, może nawet trzy tygodnie. Marek wytrzymał dwa, ale nie widząc śladu poprawy, poszedł jeszcze raz.

Lekarz zmienił mu leki, tym razem na zestaw trzech środków. I to był strzał w dziesiątkę. Już po kilku dniach poczuł, jakby ktoś odsłonił okna w zaciemnionym pokoju. Wróciło życie. I to wróciło w tak rewelacyjnej formie, że z depresji Marek wkroczył w fazę całkowitej euforii. Po roku mógł już odstawić kolejno wszystkie środki.

Mijają dwa lata od odstawienia i Marek jest wyleczony. Chociaż wyleczony to może za duże słowo. Marek traktuje dziś depresję jak zakażenie opryszczką. Wie, że ten „wirus” ciągle gdzieś w nim jest, ale nie jest już bezradny.

Gdy czuje, że nastrój mu pikuje, idzie po prostu do psychiatry i prosi o pomoc. Tak jak idzie do dentysty, gdy boli go ząb, albo zawozi samochód do warsztatu, gdy coś zaczyna piszczeć w kole. Bo już wie, że wizyta u psychiatry to żaden wstyd. Ale przede wszystkim dlatego, że wie, że lekarz mu pomoże. Tobie też może. Pod warunkiem oczywiście, że do niego pójdziesz...

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij