REKLAMA

Rewilding - czy powinniśmy żyć bardziej dziko?

Coraz większa liczba ekspertów uważa, że współczesne życie zmieniło nas w „ludzi z betonowych zoo”, oderwanych od naszych pierwotnych instynktów i tęskniących za powrotem do dzikości. Czy naśladowanie przodków może być brakującym ogniwem w dążeniu do zdrowszego stylu życia? Nasz kolega, Jamie Millar z brytyjskiego MH, bada, czy powrót do natury jest faktycznie panaceum na problemy współczesności.

rewilding Motor Presse Polska

Czy słyszeliście kiedyś o takim zawodzie, jak „stylista naturalnego życia” (Natural Life Stylist)? Wiecie, to taki coach, który pomaga nam, mieszkańcom betonowych dżungli, przełączyć się czasami w tryb „dziki człowiek”. Chodzi nie tylko o łączność z naturą, ale także z tą swoją wewnętrzną naturalną siłą, którą tłumimy. Takim coachem jest Tony Riddle (zachęcamy do zajrzenia na jego stronę oraz na filmiki na YT).

Tony to ekstremalny biegacz, który w zeszłym roku przebiegł 1400 km przez Wielką Brytanię boso w celu wspierania ochrony środowiska naturalnego. Zrobił to w 30 dni, co odpowiada więcej niż maratonowi dziennie. 29 sierpnia wystartował znowu, aby w ciągu dziewięciu dni zrobić 780-kilometrową trasę, w trakcie której zamierza zdobyć trzy szczyty: Snowdon w Walii (1085 m), Scafell Pike w Anglii (978 m) i Ben Nevis w Szkocji (1345 m).

Ale nasza rozmowa odbywa się wcześniej, przed tym wyzwaniem. Spotykamy się w styczniu tego roku w pobliżu stawu Highgate Men’s Pond w północnym Londynie, gdzie miłośnicy morsowania mają swoją bazę. Przytulanie kogoś, kogo nigdy nie spotkałeś, nie jest naturalne niezależnie od zasad dystansu społecznego. A już na pewno nie w Londynie, gdzie ludzie nawet nie nawiązują kontaktu wzrokowego z nieznajomymi. Ale Tony wita mnie serdecznie z otwartymi ramionami. Wschodzące słońce odbija się pomarańczowo od pokrytej szronem trawy, ale na szczęście jest mi ciepło.

Nie jest mi obce morsowanie i krioterapia, które stały się ostatnio bardzo modne w kręgach fitness, ale mimo to czuję się trochę nieswojo. Spacerowicze są niewątpliwie zdziwieni widokiem nas dwóch siedzących w otwartej przebieralni przy brzegu, robiących wdechy i wydechy w tempie podawanym przez apkę do medytacji, aby spowolnić nasz metabolizm. Nie mogę się powstrzymać od obserwacji, że stopy Riddle’a, mimo biegania takich dystansów boso (urosły o dwa rozmiary z powodu hipertrofii), są niezwykle gładkie. Poźniej, zgodnie z instrukcją Riddle’a, schodzę po drabince, aż całe ciało, oprócz mojej głowy, jest zanurzone, i – tłumiąc westchnienia – wykonuję wyćwiczony wcześniej sposób oddychania.

To jest to, co Riddle nazywa „mikrozderzeniem z przeciwnościami”, a jego celem jest wyregulowanie naszej przesadnej reakcji na dostrzegane zagrożenia, takie jak deadline lub perspektywa upadku, kiedy to po początkowym szoku dochodzimy do wniosku, że nie było tak źle. Podczas gdy Riddle zanurza się głębiej, ja wysycham, doceniając słońce i naturalne otoczenie, które zaledwie kilka minut temu wydawało się wrogie. Tryskam endorfinami. Jest super! „Jesteśmy wewnętrznie dzikimi, połączonymi z naturą i obdarzonymi mocą istotami. Czas na nowo odkryć swój ludzki potencjał” – czytamy na stronie internetowej Riddle’a. To do dzieła!

Tryb: dzikus

Termin „rewilding”, który oznacza przywrócenie miejsca, zwierząt, przyrody, a także ludzi do naturalnego stanu, powstał w Stanach Zjednoczonych w latach 80. XX wieku. Został ponownie rozpropagowany w 2013 roku przez brytyjskiego ekologa George’a Monbiota w książce „Feral: Rewilding the Land, Sea and Human Life”. Istnieją różne podejścia do tematu, mniej lub bardziej skrajne, ale – w skrócie – ponowne zdziczenie to więcej natury, a mniej kontroli.

Abstrahując od dobroczynnego wpływu na ledwie zipiącą planetę, ponowne „zdziczenie” jest dla nas dobre. Kontakt z naturą wzmacnia odporność i uzdrawia, zmniejsza stres i ciśnienie krwi. W Stanach Zjednoczonych niektórzy lekarze przepisują obecnie pacjentom na receptę kontakt z naturą zamiast leków, podczas gdy w Japonii istnieje od dawna termin „Kąpiel w lesie” oraz świadomość jego dobroczynnego działania.

Kiedy Riddle używa terminu „Powrót do dzikości”, ma na myśli znalezienie sposobów na życie, bardziej zsynchronizowanych z biologią człowieka. Pogląd ten prezentował też Joseph Lachance, profesor nadzwyczajny w Szkole Studiów Biologicznych w Georgia Institute of Technology, który badał DNA naszych przodków. Podczas gdy proces doboru naturalnego wymaga wielu, wielu pokoleń, aby wyeliminować niekorzystne cechy genetyczne, to ostatnie zmiany w naszym stylu życia przebiegają relatywnie szybko.

„Nasze genomy nie miały czasu przystosować się w pełni do współczesnego środowiska” – mówi profesor Lachance. Czy zatem guru trendów nawołujących do powrotu do dzikości mają słuszność, twierdząc, że powinniśmy jeść i żyć jak myśliwi-zbieracze, nawet jeśli bezprecedensowe rozmnożenie się naszego gatunku w ostatnich czasach sugerowałoby, że radzimy sobie całkiem nieźle i bez tego? A może to odrzucenie nowoczesnych udogodnień jest bardziej hobby niż koniecznością?

Lachance wskazuje na szalenie popularny kanał na YouTube – Primitive Technology, który pokazuje swoim 10 milionom subskrybentów, jak zbudować łuk i strzały, chatkę z błota lub piec do wypalania cegieł w australijskim buszu, używając wyłącznie domowych narzędzi. To odpowiedź domorosłych majsterkowiczów na dietę paleo.

Riddle nie przestrzega diety paleo, chociaż unika cukru, nabiału i zbóż, a jego minimalne ilości mięsa w diecie składają się z dziczyzny. Woli „patrzeć w niebo niż w monitor”, ale nie rezygnuje z technologii. Zmiany stylu życia, które postuluje, są niewielkie, stopniowe i nawet w miejskiej dżungli mają zastosowanie. „Nie wszyscy możemy żyć blisko natury – mówi. – Ale to nie znaczy, że nie możemy żyć bardziej naturalnie”.

Dziki dom

Riddle mieszka z żoną Katariną, z którą współprowadzi warsztaty naturalnego rodzicielstwa, oraz z czwórką małych dzieci. W naturalnie wykończonym mieszkaniu Riddle’ów znajduje się drążek do podciągania w poprzek drzwi kuchennych, z którego można zwisać, ponieważ nasze ramiona są do tego przystosowane. Są tu rośliny doniczkowe, które usuwają toksyny z powietrza, ale widzę też oczyszczacz powietrza Dyson.

Riddle’owie mają zdalnie sterowane bursztynowe oświetlenie, które nie rozregulowuje naszych zegarów biologicznych. Nie ma krzeseł, tylko organiczne poduszki wokół stołu z nogami przyciętymi do 36 cm. Nie ma łóżek, tylko materace i pościel organiczna. Nie ma telewizora, ale w rogu pokoju stoi szerokoekranowy iMac na niskim biurku (Riddle nosi okulary przeciwsłoneczne Swannies, blokujące niebieskie światło, gdy patrzyw monitor.)

Jest Squatty Potty, czyli podnóżek koło muszli klozetowej, dzięki któremu przybieramy naturalną pozycję podczas defekacji (pomaga odblokować okrężnicę). Siedzenie to „nowe palenie” – a przynajmniej tak było przed wapowaniem. Kiedy Riddle przeprowadza szkolenia dla korporacji, zaleca pracownikom ustawienie timera co 20 minut – wtedy powinni sobie trochę pospacerować albo zrobić kilka przysiadów, by zresetować swoją postawę; sugeruje też wprowadzenie roślin doniczkowych, oczyszczających powietrze.

Riddle jest entuzjastą siedzenia na ziemi. Dzięki temu ruszamy się bardziej regularnie, ponieważ pozostawanie w jednej pozycji jest niewygodne. W ten sposób Riddle i jego rodzina w sobotnie i niedzielne wieczory oglądają swoje cotygodniowe filmy, które wybierają jego dzieci – zazwyczaj coś wesołego zamiast wywołujących stres filmów sensacyjnych, albo, nie daj Boże, wiadomości. Telewizor zajął miejsce ogniska, wokół którego w tradycyjnych społecznościach wszyscy zasiadali wieczorami, dzieląc się historiami.

Zastanów się, jakie opowieści teraz my wchłaniamy co wieczór? Kiedy tak usiłuję znaleźć wygodną pozycję na podłodze, twarda płaszczyzna masuje moje tkanki jak wałek. „Tak jest dobrze – mówi Riddle. – Zamiast tracić czas na rozciąganie, po prostu zmieniam pozycję i to świetnie działa na stawy”. Wiem doskonale, jak ważny jest ruch, ale często mi się to nie udaje. Dlatego częściej zacząłem siadywać na podłodze w domu, co również sprowadziło mnie do poziomu moich małych dzieci. Pomaga nam lepiej się dogadywać. Ćwiczę to również w pracy, używając krzeseł jako biurka. Nie jestem w stanie zmusić się do robienia przysiadów, ale od czasu do czasu chodzę do parku i zwisam z gałęzi. Oczywiście nie co 20 minut – inaczej nigdy bym tego nie napisał.

Zdrowie w ruchu

„Odżywczy ruch” to koncepcja opracowana przez Katy Bowman, biomechaniczkę i autorkę książek, takich jak m.in. wydana w Polsce „Homo Immobilis – Trenuj, pracując”. W jej trochę odjechanym domu w stanie Waszyngton znajdują się stoły niskie i wysokie, krzesła, ławki, poduszki na podłodze i pniaki wokół stołu jadalnego sięgającego łydki.

Są tam łóżka z niestandardowo niskimi ramami, które umożliwiają cyrkulację powietrza pod materacami, ale brakuje poduszek, co ułatwia przyjęcie naturalnej pozycji ciała. Jest oczywiście Squatty Potty przy toalecie. Mata w korytarzu składa się z setki rzecznych kamieni, które stymulują podeszwy stóp. Znajdzesz tu też małpie gaje. „Kiedy nauczyłam się lepiej rozumieć ruch, zdałam sobie sprawę, że naszym wrogiem jest sposób, w jaki współcześnie urządzamy sobie otoczenie” – mówi Bowman.

Kiedyś ruch był częścią naszego codziennego życia, ale wraz z postępem technologii coraz więcej siedzimy. „Być może jedynym sposobem na poprawę naszej kondycji sabotowanej przez kulturę wygody, jest powrót do zachowań naszych przodków”. Chociaż Bowman jest popularna wśród fanów powrotu do dzikości, nie uważa swo- jego stylu życia za aż tak radykalny.

Jak wielu z nas, pracuje przy komputerze. Układa swoje życie tak, aby mieć więcej ruchu. Zamiast jechać do supermarketu, a potem na siłownię, idzie do sklepu piechotą, a potem niesie zakupy do domu. Wychowując dzieci razem z mężem, w ogóle nie używali wózków – po prostu nosili dzieciaki zamiast podnosić ciężary na siłowni. „Ewolucyjnie jesteśmy przystosowani do większej ilości ruchu w ciągu dnia” – mówi Herman Pontzer, profesor antropologii na Duke University. Pontzer badał społeczność

Hadza w Tanzanii, która nadal poluje i zajmuje się zbieractwem – jak nasi przodkowie. Hadza wędrują średnio przez dwie godziny dziennie, co odpowiada ok. 18 000 kroków. Choć ich oczekiwana długość życia jest relatywnie niska ze względu na ograniczony dostęp do lekarstw, pozostają sprawni do późnych lat, omijają ich choroby cywilizacyjne i mają „najzdrowsze serca na świecie”.

Mają też silne więzi społeczne i egalitarne społeczeństwo, a to są czynniki, których brak w naszej cywilizacji przyczynia się do chronicznego stresu i związanych z nim dolegliwości. Naturalna rutyna Riddle, były instruktor fitness, zbliżając się do 40. roku życia doznał olśnienia, że jego życie nie było autentyczne. Życiowy kryzys doprowadził go do przełomu.

W domu zażył ayahuascę, południowoamerykańską roślinę psychodeliczną, która słynie ze swoich właściwości odkrywania naszej prawdziwej natury; na Ibizie wdychał jad ropuchy i wizualizował siebie jako niedźwiedzia zrywającego kajdany. Biegał przez las, rycząc i wspinając się na drzewa.

„Robienie serii i powtórzeń na siłowni to tylko chwilowa ulga, ale nie zmienia podstawowej przyczyny naszego dysfunkcyjnego stylu życia” – mówi Riddle. Zamiast wizyt w gymie rozpoczyna dzień od pracy z oddechem. Na wrzosowiskach rzuca ciężkimi kamieniami i kłodami, ale nie ma obsesji na punkcie serii i powtórzeń. Czołga się. Balansuje. Robi przysiady (zobacz jego samouczek online „Rewild Your Squat”). Ćwiczy na kółkach gimnastycznych, które służą również jako huśtawka dla jego dzieci. I bawi się ze swoimi dziećmi, które też nie mają obsesji na punkcie zestawów i powtórzeń. To dobry pomysł – też zatrudniam dzieci jako ciężarki do swoich ćwiczeń.

Powrót do życia

Kilka tygodni później uczestniczę w warsztatach „Move Breathe Chill”, których współgospodarzem jest Riddle. Jak sama nazwa wskazuje, cała zabawa polega m.in. na ćwiczeniu specjalnego oddychania oraz wchodzeniu do lodowatej wody. Chodzimy też po pokoju w różne strony dziwnymi krokami. Jeśli nawiązujemy z kimś kontakt wzrokowy, musimy się do niego uśmiechnąć, przytulić i powiedzieć: „Jesteś kochany”. W parach dotykamy się czołami i naśladujemy swoje ruchy. Zataczamy się, jakbyśmy byli pijani, więc ten drugi musi nas wspierać. Brzmi głupio?

Wiecie, to odpowiedź na schorzenie współczesności – głód ludzkiego dotyku, który, jak udowodniono, obniża stres i wzmacnia odporność. Kiedy wracam do domu transportem publicznym, starając się na nikogo nie patrzeć ani nie dotykać, wpatrując się w swój telefon (jak zresztą wszyscy pozostali pasażerowie), uderza mnie, że może to właśnie jest dziwne, to nie jest naturalne.

Zdrowie przodków, ich dieta i chodzenie boso mogą być dyskusyjne, ale natura, ruch i kontakt z ludźmi to rzeczy, o których instynktownie wiemy, że są dla nas dobre. Kiedy jesteśmy w lesie, patrzymy na ptaki i drzewa, zachwycamy się, czujemy, jak opuszcza nas stres, oddychamy głębiej i żałujemy, że nie możemy częściej pozwolić sobie na kontakt z przyrodą. Ale przecież możemy, tylko codziennie dokonujemy mnóstwa antynaturalnych wyborów, jeżdżąc wszędzie czy spiesząc się – nie wiadomo, po co.

Przecież nawet duże miasta nie są martwe ekologicznie. Są parki, skwerki, zielony kwadrat pod Twoimi oknem. To jest właśnie w tej idei najlepsze, że nie wymaga jakiejś szalonej rewolucji, tylko zmian w codziennej rutynie metodą małych kroków. Częściej spaceruj, na zakupy idź piechotą, baw się z dzieciakami, kulając się na podłodze, uśmiechaj się do sąsiadów, ogranicz łykanie bezwartościowych informacji z sieci. To dobry początek, by starać się maksymalnie zbliżyć do natury.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA