[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
4.8

Narkotyki i halucynogeny - lekarstwa zaburzeń psychicznych?

Kiedyś halucynogeny zapewniały odloty hippisom, dziś budzą coraz większe zainteresowanie lekarzy. Ale nie jako trucizna, lecz lekarstwo. Być może pozwolą nam lepiej poradzić sobie z zaburzeniami psychicznymi, z którymi dziś radzimy sobie tak sobie. Gotowy na kolejną działkę zdrowia?

halucynogeny Leki rozszerzające świadomość mogą być tak powszechne jak dziś akupunktura. (Shutterstock.com)
Przyszłość leków psychodelicznych może potoczyć się różnie. Być może powstaną całe sieci SPA, gdzie oprócz zajęć z jogi i organicznych rzodkiewek na śniadanie w ofercie będzie również tydzień na grzybkach, oczywiście pod kontrolą kwalifikowanych terapeutów. Być może zaś powstaną oficjalne psychodeliczne lecznice dla ludzi, cierpiących na niepoddające się tradycyjnemu leczeniu odmiany depresji czy jakąś inną z grubej jak książka telefoniczna listy chorób i zaburzeń psychicznych (np. fobie, nerwica natręctw, uzależnienia etc.). Wstępne badania są obiecujące.

Okoliczności są istotne. Psychodeliki są pod tym względem wyjątkowe; znaczenie w nich ma bowiem nie tylko samo działanie substancji chemicznej. Wygląda na to, że mają wpływ na poziom serotoniny, ale nie tylko. Nie do końca wiemy, co sprawia, że w umyśle jednego pacjenta – w badaniu przeprowadzonym na Imperial College w Londynie – prześladujący go w dzieciństwie ojciec przyjął postać akurat pegaza. Wpływ halucynacji, doświadczenie konkretnych obrazów i uczuć może mieć większe znaczenie niż sama substancja aktywna.

Raczej nikt nie będzie chciał odlatywać w izbie przyjęć w towarzystwie zabieganych i zmieniających się lekarzy. Prawdopodobnie więc, gdy leki psychodeliczne zostaną dopuszczone do użytku, powstaną specjalne ośrodki z przytulnymi pokoikami umeblowanymi jak ekskluzywne saloniki i z przyjaznym, empatycznym personelem. Substancje psychodeliczne mogą być podawane dożylnie albo w postaci tabletki. Działają zwykle od czterech do sześciu godzin. Być może z czasem pojawią się też psychodeliczne hospicja, w których terminalnie chorzy pacjenci będą mogli udawać się w "podróże" ze swoimi bliskimi.

ZOBACZ TEŻ: Nerwice - epidemia XXI wieku

W eksperymencie przeprowadzonym niedawno na New York University pacjentom nowotworowym podawano psylocybinę, pozyskaną z magicznych grzybków. Jedna z pacjentek przyznała się, że pod wpływem tego środka znalazła się na "wielkiej równinie świadomości". "Czułam się samotna, ale mogłam wyciągnąć rękę i dotknąć każdego, kogo kiedykolwiek znałam – mówiła. – Gdy przyjdzie na mnie pora, tam właśnie się znajdę. I to jest OK" – dodawała.

REKLAMA

REKLAMA

halucynogeny Shutterstock.com
Może się okazać, że z czasem zaczniemy traktować halucynogeny mniej więcej tak, jak dziś akupunkturę. Otoczka grzechu i rozpusty, która od dziesięcioleci towarzyszy LSD czy MDMA, prawdopodobnie znacznie osłabnie. Te substancje mogą się bowiem okazać skuteczne w niesieniu ulgi około 100 milionom ludzi, cierpiącym na niepoddającą się leczeniu depresję. Ba! Być może uda się zatrzymać narastającą pandemię chorób psychicznych, którą wielu już uznało za nieuniknione koszty uboczne nowoczesności.

ZOBACZ TEŻ: Pokonaj depresję jak mężczyzna

Wielki powrót

Wyolbrzymiamy? Być może, ale niekoniecznie. Dr Robin Carhart-Harris, szef badań nad psychodelikami na Imperial College London, twierdzi, że "wprowadzenie leków z magicznych grzybków do oficjalnej dystrybucji nie jest wcale tak nierealne i może nastąpić szybciej, niż się wydaje".

Zgadza się z nim Michael Pollan, autor książki "How to Change Your Mind: The New Science of Psychedelics". "Agencje promujące badania nad psychodelikami przygotowały już grunt pod uzyskanie oficjalnego zezwolenia na ich stosowanie; wiadomo, jakie badania trzeba jeszcze przeprowadzić, jak duże muszą być itd. Jeśli okaże się, że psylocybina jest w walce z depresją skuteczniejsza od tego, czym dziś dysponujemy, NHS (brytyjski odpowiednik NFZ) będzie to finansował" – pisze.

Pollan nie jest zwolennikiem poglądu, że narkotyki powinny być swobodnie dostępne dla każdego. Wręcz przeciwnie: uważa, że należy do nich podchodzić z dużą ostrożnością. Wie, co mówi, bo – przygotowując książkę – dwukrotnie zażywał psylocybinę, raz LSD, dwa razy wziął udział w rytuale ayahuasca, brał też 5-MeO-DMT – halucynogen uzyskiwany z jadu ropuchy.

REKLAMA

halucynogeny Kiedy halucynogeny trafią do aptek, mogą zniknąć z klubów. Legalne już tak nie smakuje. (Shutterstock.com)
Robił to z dwóch powodów. Po pierwsze, z zafascynowaniem obserwował powolną rehabilitację środków, które zniknęły z pola zainteresowania medycyny w latach 60., po drugie zaś sam poszukiwał nowych "doświadczeń duchowych" – czegoś, czego w swoim 60-letnim życiu nie miał okazji przeżyć. Uważa też, że środki psychodeliczne są szczególnie przydatne na starość. "Naprawdę uważam, że używanie ich za młodu to marnotrawstwo. Ich najciekawsza cecha to to, że rozpuszczają ego" – mówi ze śmiechem. A gdy masz kilkanaście lat, ego nie jest jeszcze uformowane. Gdy zbliżasz się do emerytury, ego jest zaś ukształtowane aż za bardzo.

"Człowiek grzęźnie w tożsamości, którą sam sobie mozolnie zbudował, w dużej mierze pod wpływem otoczenia. Nabieramy przyzwyczajeń, które wprawdzie są użyteczne na co dzień, ale tak naprawdę odbierają nam możliwość dostrzeżenia nowych rzeczy, poczucia silnych emocji. Pomysł, by wstrząsnąć tą szklaną kulą ze śniegiem, jest bardzo kuszący" – twierdzi.

Nie bój się

Już to kiedyś graliśmy. Pierwsza rewolucja psychodeliczna rozpoczęła się 19 kwietnia 1943 roku, kiedy to szwajcarski farmaceuta, Albert Hofmann, skusił się na kilka mikrogramów LSD. "Znajome przedmioty i meble zaczęły przybierać groteskowe, przerażające kształty" – pisał po latach. "Widziałem swoje martwe ciało leżące na sofie". Następnego dnia wystąpił u niego dobrze znany wszystkim, którzy próbowali LSD, efekt afterglow. "Wszystko błyszczało i lśniło. Świat wyglądał, jakby został stworzony na nowo".

Hofmann szybko zorientował się, jaką wartość LSD może mieć dla medycyny. LSD zostało opatentowane jako lek psychiatryczny i rozesłane do ośrodków badawczych. W latach 50. i 60. w ramach eksperymentów medycznych podano LSD około 40 tysiącom ludzi. LSD było reklamowane jako potencjalne lekarstwo na alkoholizm. Ale odkrycie nie mogło być trzymane w ukryciu zbyt długo.

Psycholog z Harvardu, Timothy Leary, ojciec chrzestny ruchu hippisów, ogłosił hasło: "Włącz się, dostrój i odpadnij". Inni badacze zaczęli korzystać z badanej substancji do celów rekreacyjnych. W końcu prezydent Nixon skojarzył, że dzieciaki biorące LSD niezbyt chętnie zgłaszają się na wojnę w Wietnamie i źródła finansowania badań nad LSD gwałtownie wyschły.

Pollan zwraca uwagę, że ataki ze strony moralistów były nieuniknione. "Przyjęcie tych narkotyków było jak rytuał przejścia. Większość takich obrzędów organizują dorośli, by przyjąć młodego człowieka do społeczności dorosłych właśnie. W tym przypadku młodzi ludzie przechodzili do miejsca, o którym dorośli nie mieli bladego pojęcia. LSD dawało młodym odwagę odrzucenia wszelkich ideologii i wytworzyło potężną lukę międzypokoleniową, co zaowocowało powstaniem kontrkultury".

ZOBACZ TEŻ: Fakty i mity o marihuanie

Dziś ci, którzy wówczas posłuchali Leary’ego, są już dorośli, mają władzę i pieniądze, które mogą przeznaczyć na badania. "To jedna z przyczyn widocznego renesansu zainteresowania halucynogenami" – twierdzi Leary. Nie bez znaczenia jest też to, że zdążyliśmy się już z nimi nieco oswoić. Wiemy, że nie zamieniają automatycznie ludzi w szaleńców. Wiemy, że wspierają kreatywność. Steve Jobs przyznał, że doświadczenia z LSD miały wpływ na jego życie.

REKLAMA

REKLAMA

halucynogeny Shutterstock.com
Organizacja Compass Pathways, założona przez George’a Goldsmitha i jego żonę, finansuje badania nad psylocybiną. Jej celem jest "ułatwienie chorym dostępu do udowodnionych naukowo innowacji w psychiatrii". Z naciskiem na naukowy charakter badań. "W latach 50. i 60., kiedy po raz pierwszy badano te substancje, nie było jeszcze współczesnych metod badawczych. Dziś mamy dużo lepsze narzędzia. Badania są bezpieczniejsze, a wyniki bardziej precyzyjne" – mówi Goldsmith.

On sam zainteresował się psychodelikami przez przypadek. Jeden z jego krewnych cierpiał na ciężką depresję. Psychiatrzy przepisywali mu coraz to nowe leki, dość przypadkowo, metodą prób i błędów próbując ustalić, który pomoże. Wiele leków tylko nasilało objawy. Żaden nie pomagał. W końcu zdesperowany Goldsmith znalazł w Holandii eksperymentalną terapię ketaminą. "Wreszcie stan chorego się poprawił. Dziś jest w stałym związku i ma świetną pracę, a lekarze mówili mu, że dla niego to są rzeczy nieosiągalne".

To właśnie może być najważniejsza przyczyna rosnącego zainteresowania halucynogenami. "Psychiatria przeżywa coś w rodzaju kryzysu – mówi Pollan. – Selektywne inhibitory wtórnego wychwytu serotoniny (SSRI) nie działają już tak dobrze, jak kiedyś. W przeciwieństwie do onkologów czy np. kardiologów psychiatrzy nie mają zbyt wielu spektakularnych sukcesów. Ich praca nie przekłada się na wydłużenie średniej długości życia, a w wielu przypadkach są po prostu bezradni i nie potrafi ą pomóc cierpiącym pacjentom. Być może dlatego odważniej sięgają po metody niekonwencjonalne. A wyniki badań psychodelików z lat 40. i 50. były bardzo obiecujące".

Głębiej niż ego

Carhart-Harris ma interesującą teorię na temat tego, w jaki sposób halucynogeny mogą pomagać ludziom. "Zawsze interesował mnie ludzki umysł – mówi. – Prawdopodobnie dlatego, że chciałem zrozumieć siebie. Jako nastolatek nie byłem całkiem stabilny emocjonalnie. Nie zdiagnozowano wprawdzie u mnie żadnej choroby, ale nie byłem szczęśliwy i chciałem wiedzieć, dlaczego tak jest".

Zaczął studiować biochemię i tzw. neuroscience, ale szybko uznał, że te nie "dadzą mu odpowiedzi na pytania o kondycję człowieka". Zafascynował się teorią Zygmunta Freuda, ale wykładowcy przekonywali go, że jest już nieaktualna. Zdaniem młodego Carhart-Harrisa odkrycie Freuda, że poza naszym obserwowalnym ego istnieją potężne pokłady podświadomości, było zbyt cenne, by je tak po prostu odrzucić.

"Jeśli rzeczywiście choroby psychiczne mają swoje źródło w podświadomości, porzucenie teorii Freuda było lekkomyślnością". Freud mówił, że sny są drogą wiodącą do poznania podświadomości. Zdaniem Carhart-Harrisa LSD i psylocybina mogą być latającą tam tanią linią lotniczą. Badanie psychodelików może pozwolić nam udowodnić istnienie podświadomości i ponownie zrewolucjonizować psychiatrię i psychologię.

REKLAMA

halucynogeny Jeśli grzybki okażą się skuteczniejsze niż antydepresanty, zapewne wkrótce trafi ą do aptek. (Shutterstock.com)
Zmiana nawyków

Kiedy patrzy się na wyniki badań, pojawia się natychmiast pytanie, jak to możliwe, że jedna substancja może pomagać w tak różnych schorzeniach: od depresji, przez fobie, aż po nerwicę natręctw. Widać tutaj podobieństwo do antydepresantów – one też mają szerokie spektrum działania. Warto zaznaczyć, że Carhart-Harris nie odrzuca całkowicie SSRI.

"Są skuteczniejsze niż placebo – mówi. – Ale nie są idealne: łagodzą objawy, ale nie są w stanie dotrzeć do źródła problemu. To wielka tragedia, że ludzie tak długo cierpią tylko dlatego, że w obowiązującym modelu psychiki odrzucono ideę podświadomości".

Kiedy Carhart-Harris po raz pierwszy badał aktywność mózgu ochotników pod wpływem psylocybiny, zauważył interesujące zjawisko w tzw. sieci spoczynkowego trybu mózgu (DMN). Ta struktura stanowi coś w rodzaju łącznika między korą mózgową, odpowiedzialną za świadome myślenie, a ewolucyjnie starszymi częściami mózgu, odpowiedzialnymi za uczucia i pamięć. Podczas badań okazało się, że po zażyciu psylocybiny aktywność sieci spada: obie części mózgu, ta logiczna i ta uczuciowa, tracą ze sobą kontakt.

Być może właśnie dlatego w mózgu wszystko zaczyna się mieszać i jest on w stanie wygenerować obraz ojca jako skrzydlatego konia. Izolacja analitycznej części może też wyjaśniać, dlaczego w tym stanie jesteśmy tak podatni na sugestie. Carhart-Harris pracuje teraz nad teorią "mózgu entropicznego".

Jej kluczowym elementem jest założenie, że mózg, aby funkcjonować prawidłowo, potrzebuje zarówno porządku, jak i chaosu. Zaburzenia pracy mózgu, takie jak depresja czy uzależnienia, mogą paradoksalnie wynikać nie z nadmiaru chaosu, lecz zbytniego uporządkowania, zbytniej sztywności. Psychodeliki mogą przywrócić właściwą równowagę między chaosem a porządkiem.

Uwolnić umysł

Carhart-Harris chciałby, by psychodeliki nie były zarezerwowane jedynie "do użytku medycznego". Ma nadzieję, że doświadczenie odlotu będzie legalnie dostępne nie tylko dla zdiagnozowanych chorych. By wyjaśnić, co ma na myśli, przywołuje przykład znanych z krajów anglosaskich tzw. birthing centers (coś w rodzaju ośrodka położniczego, w którym kobieta może urodzić w komfortowych warunkach: pod opieką akuszerki, położnej albo lekarza położnika), i hospicjów.

Jeszcze niedawno były to instytucje niszowe – dziś są niezwykle popularne. "Mamy już miejsca, w których przychodzimy na świat i opuszczamy go w komfortowych warunkach – mówi uczony. – Dlaczego więc nie mielibyśmy stworzyć ośrodków, w których moglibyśmy czasowo porzucić świadomość, by pozwolić naszemu ego umrzeć i narodzić się na nowo? Byłoby cudownie!". Z kolei Pollan jest przekonany, że uznanie psychodelików przez medycynę zdejmie z nich odium tych złych narkotyków i otworzy furtkę do szerszego wykorzystania.

"Zmiany w społecznym postrzeganiu mogą być bardzo szybkie. Nigdy nie przypuszczałem, że będę sobie mógł w Kalifornii tak po prostu wyjść z domu i kupić w sklepie marihuanę. Legalizacja marihuany medycznej zmieniła jej wizerunek z typowego narkotyku imprezowego na substancję, które przynosi ulgę w cierpieniu. Coś podobnego może się wydarzyć z psylocybiną, tym bardziej że jej badania są dużo bardziej obiecujące". Granica między zdrowiem a chorobą psychiczną nie jest wyraźna.

Zwykły strach czy fobia, smutek czy depresja, umiłowanie porządku czy nerwica natręctw? "Każdy z nas musi w jakimś okresie zmierzyć się z psychicznymi wyzwaniami" – mówi Pollan. Rzecz w tym, żeby umieć sobie z nimi poradzić. A gdy sama siła woli nie wystarczy, pomocne mogą być antydepresanty. Być może już niedługo do arsenału psychiatrów trafią nowe leki – te, które pozwolą nam zgubić na parę godzin trzeźwy ogląd świata. I ocknąć się w dużo lepszym stanie.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA