REKLAMA

Ketamina - cudowny lek?

Ponad 30 lat od pojawienia się prozacu medycy wciąż spierają się o to, jak leczyć depresję. Dziś kołem ratunkowym dla chronicznie nieszczęśliwych została okrzyknięta pochodna ketaminy. Czy zatem jedyną różnicą między cudownym lekiem a nielegalnym narkotykiem są okoliczności, w jakich się coś zażywa? Sprawę bada Will Self, brytyjski pisarz, znany m.in. ze swojej narkotykowej przeszłości.

ketamina shutterstock.com
Notka w „Guardianie”: „Rewolucyjny lek na bazie ketaminy został zarejestrowany w UK do leczenia ciężkich depresji. Decyzja ta daje nadzieję milionom pacjentów, u których tradycyjne metody leczenia okazały się nieskuteczne. Esketamina w postaci sprayu do nosa jest jednym z pierwszych szybko działających leków antydepresyjnych i pierwszym od dekad, który mainny niż reszta mechanizm działania.

Zdania psychiatrów są jednak podzielone – część przyjęła esketaminę z wielkim entuzjazmem, inni są pełni obaw ze względu na uzależniający potencjał substancji aktywnej”. W całym tym cytacie jest jedno sformułowanie, któremu warto się przyjrzeć bliżej: „na bazie” (oryg. ketamine like). Jeśli wierzyć zwolennikom nowego leku, istnieje zasadnicza różnica między lekiem a ketaminą. Lek jest szybciej metabolizowany i – w przeciwieństwie do starszego brata bez przedrostka – nie wiąże się z receptorami sigma w mózgu.

ZOBACZ TEŻ: Narkotyki w służbie psychiatrii

Przeciwnicy nowego leku – ci wskazujący na niebezpieczeństwo nadużywania i uzależnienia – są skłonni widzieć różnice między nowym lekiem a starą, dobrą ketaminą raczej jako marginalne. Ketamina jest bowiem na rynku tak długo, że patent na nią już dawno wygasł i dziś jej generyczne wersje może produkować praktycznie każdy. Niedawne badania wykazały, że ketamina, wykorzystywana jako anestetyk od lat 70. XX wieku, ma działanie antydepresyjne. Jednak żadna firma nie wyda milionów na badania kliniczne niezbędne przed wprowadzeniem na rynek leku na tak powszechne zaburzenia, jeśli wcześniej nie będzie miała zapewnionego godziwego zysku.

A tak by się stało, gdyby okazało się, że wystarczy podać znaną od lat ketaminę. Sceptycy podejrzewają więc, że Janssen – firma farmaceutyczna stojąca za nowym lekiem – po prostu zmodyfikowała cząsteczkę na tyle, żeby można ją było opatentować jako esketaminę.

Uleczyć melancholię

Przypuszczam, że wypada wspomnieć, że nie jestem w kwestii ketaminy całkowicie bezstronny. W przeciwieństwie do tzw. ekspertów wypowiadających się na temat (es)ketaminy, ja mogę przynajmniej powiedzieć o sobie, że wiem, jak działa, bo próbowałem. Chociaż tylko raz. Szkoda, że nie piszę akurat o przeciwdepresyjnych właściwościach psylocybiny – aktywnego składnika magicznych grzybków – bo tych połknąłem naprawdę sporo.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Substancje halucynogenne - co mówi nauka?

Oczywiście dla psychofarmakologów takie doświadczenie jest raczej dyskredytujące, ale z mojego punktu widzenia opinia ludzi, którzy doświadczyli działania danej substancji na własnej skórze, jest najbardziej wiarygodna. To było w lekko podejrzanym barze w Greenwich Village w Nowym Jorku. Zaludniali go przedstawiciele bohemy – pisarze, plastycy i filmowcy oraz przedstawiciele środowisk przestępczych, krótko mówiąc – gangsterzy.

W toalecie zostałem poczęstowany kreską białego proszku przez faceta z akcentem z New Jersey i mniejszą niż zwykle ilością palców w dłoni. Założyłem naiwnie, że to kokaina, więc zachłannie wciągnąłem kreskę. Gdy tylko biały proszek dotarł do śluzówki nosa, moje palce zaczęły się robić coraz dłuższe, a ciasna toaleta zaczęła się powiększać do rozmiarów holu stacji Grand Central. To była ta legendarna dysocjacja ketaminowa – nie miało to nic wspólnego ze szczęściem. Byłem dokładnie tak samo nieszczęśliwy, jak wcześniej. To było na tyle przygnębiające doświadczenie, że nigdy więcej nie sięgnąłem po ten narkotyk.

Chociaż przyznaję, że miałem pomysł, by jeszcze raz spróbować, tym razem na trzeźwo – w końcu minęło już ćwierć wieku, a tamtego wieczoru wlałem w siebie kilka Martini dry i trochę koki też wciągnąłem. Dlaczego się nie zdecydowałem? No cóż, skoro już przyznałem się do wciągania ketaminy, powinienem też chyba przyznać się, że nieobce są mi również klasyczne antydepresanty. Zacząłem od trójpierścieniowej amitryptyliny.

Zdiagnozowano u mnie depresję i przepisano mi ten lek, gdy miałem 20 lat. Brałem amitryptalinę z przerwami przez sześć lat. Szczerze mówiąc, nie czułem nigdy, żeby cokolwiek mi dawała. Ale łykałem pigułki jak cukierki, bo po prostu tak mi powiedział lekarz. Później, kiedy miałem już trzydziestkę na karku, dostałem seroxat, należący do grupy leków SSRI (inhibitorów wtórnego wychwytu serotoniny). Po trzech dniach na SSRI próbowałem popełnić samobójstwo. Kiedy wróciłem do psychiatry, który zapisał mi seroxat, dołożył mi jeszcze trzy inne leki (uspokajający, nasenny i przeciwlękowy).

To miało być coś w rodzaju buforu... Dopiero gdy wychodziłem z apteki ze sporą reklamówką leków, doznałem czegoś w rodzaju oświecenia. Dotarło do mnie, że najszczęśliwszy w życiu byłem, gdy nie przyjmowałem żadnych leków. Zwróciłem leki i od tej pory, czyli od 20 lat, nie przyjmuję już żadnych tego typu środków, o ile nie przepiszę ich sobie sam.

SPRAWDŹ TEŻ: Wielkie narkotykowe kłamstwo

REKLAMA

REKLAMA

Gdy lek nie działa

W 2013 roku zrobiłem dla BBC dokument z okazji 25-lecia powstania prozacu w firmie Eli Lilly. Z serii rozmów z tymi, którzy przepisywali, jak i tymi, którym prozac przepisywano, wyłania się niewygodna prawda. Oczywiście SSRI działają, ale tak naprawdę nikt nie wie, jaki jest mechanizm działania.

Tymczasem metaanaliza podwójnie zaślepionych badań porównujących skuteczność SSRI z innymi metodami wykazała, że w poprawianiu nastroju SSRI co najwyżej są nieznacznie skuteczniejsze niż tak tradycyjne metody, jak szczera rozmowa z przyjacielem, placebo, trening czy piesza wycieczka za miasto. Co gorsza, badania wykazały, że SSRI radzą sobie z łagodzeniem objawów depresji, przynajmniej na krótką metę, gorzej nawet niż opiaty, np. heroina.

Teraz staje się jasne, dlaczego psychiatrom i Big Pharmie tak bardzo zależy, żeby wyznaczyć granicę, choćby cieniutką na grubość cząsteczki, między ich cudownymi, ratującymi życie pigułkami a mroczną otchłanią narkotyków. Przywołałem przykład prozacu, ponieważ jego początki i błyskawiczne zdobycie popularności przypominają to, co dzieje się teraz wokół esketaminy. Pamiętacie, jak wszyscy się zachwycali prozakiem?

Powstawały peany na jego cześć, rzekomo naprawiał związki i pobudzał kreatywność. W przeciwieństwie do starej freudowskiej psychoterapii, która obiecywała jedynie zastąpienie skrajnej rozpaczy zwykłą melancholią, prozac miał być ostatecznym, chemicznym rozwiązaniem problemu ludzkiej melancholii. Wkrótce jednak pojawiły się doniesienia o próbach samobójczych, problemach z odstawieniem i pierwsze oskarżenia o zbyt pochopne wpuszczenie na rynek. W wielu krajach, w tym również w Polsce, między rokiem 2008 a 2018 ilość sprzedanych opakowań SSRI podwoiła się.

 

REKLAMA

Tylko na receptę

Psychiatrzy publicznie zachwalający esketaminę, np. prof. Allan Young z King’s College London, zdecydowanie sprzeciwiają się porównywaniu przedłużonego zażywania leków psychotropowych ze zwykłym kompulsywnym sięganiem po dragi w poszukiwaniu haju. Rozmawiałem z profesorem tuż po tym, jak NICE (brytyjska agencja opiniująca procedury medyczne i rekomendująca lub nie ich fi nansowanie przez NHS – odpowiednik naszego NFZ), w przeciwieństwie do amerykańskiego FDA i Komisji Europejskiej, odmówił rekomendacji dla esketaminy.

„Jestem przekonany, że poszło o koszty – mówił profesor Young. – Poza tym w panelu nie było żadnego psychiatry, więc pozostali decydenci podejmowali decyzję na podstawie niepewnych danych, np. obliczali koszty, nie wiedząc, jak długo trwa kuracja u tych, którzy zareagują na nią dobrze”.

Chwilę porozmawialiśmy jeszcze o szczegółach badań klinicznych, później o badaniach profesora nad wykorzystaniem psylocybiny w leczeniu depresji i PTSD. Wspomniałem, że skoro dziś w każdej brytyjskiej aptece można kupić preperaty z CBD, to można się też spodziewać, że wkrótce marihuana zostanie co najmniej zdekryminalizowana. Ale profesor nie wydawał się przekonany. Nie odniósł się też entuzjastycznie do wykorzystania najpopularniejszego sposobu na stres – alkoholu.

W końcu kilka drinków na początku imprezy działa zupełnie jak samoleczenie stresu. Stanowczo zaprzeczył, by było jakiekolwiek podobieństwo między marihuaną czy alkoholem a substancją, którą tak zachwala jako antydepresant, a która do niedawna była popularnym w klubach nielegalnym narkotykiem.

REKLAMA

REKLAMA

Wyjaśniał to tak: „Kiedy eksperymentujemy z alkoholem, musimy go przyjmować w odpowiednich okolicznościach. Nie ma sensu pojenie alkoholem ochotników w warunkach laboratoryjnych. Wszystko zależy od okoliczności”. Fraza „wszystko zależy od okoliczności” zapadła mi w pamięć. Profesor jest bardzo zajęty, więc nie zdążyłem zapytać o okoliczności właśnie. Bo o ile mi wiadomo, jego badania były w dużej mierze finansowane przez, pewnie już się domyśliliście, producenta esketaminy.

Chciałbym go też dopytać, co miał konkretnie na myśli, twierdząc, że to właśnie okoliczności, czyli miejsce, sposób oraz nastawienie psychiczne człowieka mają poważny wpływ na to, jak zadziała dana substancja. Pomysł nie jest wszak nowy. Nie wymyślił go żaden z opłacanych przez Big Pharmę zespołów, a pionier badań nad LSD, psychonauta i profesor Harvardu – Timothy Leary. Na związki prof. Younga z firmą farmaceutyczną zwrócił moją uwagę inny profesor, John Read, psycholog z University of East London.

„Ludzie tacy jak Allan Young szczerze nie widzą nic zdrożnego w korzystaniu z pieniędzy firm farmaceutycznych podczas testów – mówi Read. – Są przekonani, że to w żaden sposób nie zakłóca wyników ich badań i że wystarczy na koniec publikacji w informacji o konflikcie interesów wpisać źródło finansowania i tyle. Że to załatwia sprawę”.

Umysł czy materia?

Bitwa o dopuszczenie esketaminy jest tylko jedną z wielu bitew w długiej wojnie o władzę nad naszymi mózgami między dwoma przeciwstawnymi obozami – nazwijmy ich fizykalistami i mentalistami. Profesor Young i inni zwolennicy esketaminy są przekonani, że mózg to nie to samo co umysł i że człowiek, którego mózg jest pod względem chemicznym prawidłowy, to człowiek szczęśliwy.

Skupiają się na hipotezie chemicznego oddziaływania esketaminy i podkreślają pozytywne wyniki badań klinicznych. Ich oponenci – nazwijmy ich mentalistami – atakują te poglądy. W przypadku esketaminy podkreślają, że badania kliniczne były prowadzone na zbyt małych grupach i że nie ma wystarczająco mocnych dowodów, by uzasadnić wydawanie z publicznych pieniędzy 10 0000 funtów na jedną kurację nowym, cudownym lekiem.

Przede wszystkim jednak mentaliści podważają fundament przekonań fizykalistów, twierdząc, że choroby psychiczne mają swoje źródło przede wszystkim w tym, co wcześniej nazwaliśmy okolicznościami: w nastawieniu psychicznym pacjenta, w jego otoczeniu, w relacjach z innymi ludźmi. To właśnie dlatego zwolennicy podejścia psychologicznego wyraźniej widzą podobieństwa między zażywaniem esketaminy z przepisu lekarza i rekreacyjnym zarzucaniem ketaminy. Dlatego prof. Read i inni eksperci zwracają uwagą na zagrożenia.

W liście do Medical and Healthcare Products Regulatory Authority piszą m.in.: „Skuteczność esketaminy na krótką metę nie jest żadnym zaskoczeniem, jeśli weźmie się pod uwagę jej podobieństwo do popularnego narkotyku, a więc trudno to uznać za podstawę do zarejestrowania leku. Bardzo podobne efekty można uzyskać, stosując narkotyki dostępne na ulicy. Jesteśmy wstrząśnięci tym pomysłem mniej więcej tak samo, jak bylibyśmy, gdyby ktoś próbował zarejestrować jako lek eskokainę”.

REKLAMA

Leki czy rozmowa?

Nie trzeba być cynikiem, żeby mieć wątpliwości co do czystości sytuacji, w której uczeni wypowiadają się pochlebnie o lekach firmy, która finansuje badania. Ale druga strona, czyli mentaliści, też nie jest całkiem bezinteresowna. Psycholodzy, psychoterapeuci i psychoanalitycy często podważają podwójnie zaślepione i randomizowane badania kliniczne, bo sami nie są w stanie dowieść skuteczności swoich metod w porównywalnie obiektywny sposób. Bo niby jak porównać relację konkretnej osoby z konkretnym terapeutą z inną relacją?

Poza tym terapie psychologiczne zazwyczaj ciągną się długo. Z perspektywy fizykalistów takie terapie są całkowicie pozbawione naukowego rygoru metodologicznego. Moim zdaniem, próbując rozstrzygnąć ten spór, nie ma sensu odwoływać się ani do Zygmunta Freuda, ani do twórcy współczesnej neuropsychologii Aleksandra Łuriji. Odpowiedzi szukać raczej należy u socjologa Maxa Webera.

Jego koncepcja „zamknięcia” stosunków społecznych zdaje się wyjaśniać zachowanie obu tych grup zawodowych. Wg Webera grupy społeczne konstytuują się i zachowują swoją integralność przez odróżnienie się lub wręcz wykluczenie wszystkich innych. W przypadku wspólnot kulturowych, religijnych czy etnicznych można to osiągnąć przez rytuał albo szybolety, czyli specjalne znaki rozpoznawcze. W przypadku grup zawodowych osiąga się tę inetegralność przez sformalizowanie kwalifikacji, członkostwo w organizacjach i wynikających z tego praw.

REKLAMA

REKLAMA

Można by rzec, że mamy do czynienia z klasyczną wojną o zasoby. W przypadku mentalistów i fizykalistów tym zasobem są nieszczęśliwi pacjenci. Ale jak to? Przecież nieszczęśliwych ludzi wciąż przybywa. Owszem, ale gwałtownie przybywa też żyjących z nich specjalistów. Do II wojny światowej w USA prawie nie było psychiatrów i psychoanalityków. A teraz? Aż się od nich roi: wszyscy stale się rozglądają, kogo by tu jeszcze wyleczyć z depresji.

Ich największym zagrożeniem nie jest wcale psychofarmakologia. Największym zagrożeniem jest to, co podobnie skutecznie jak leki i psychoterapia potrafi złagodzić objawy depresji: ćwiczenia fizyczne, bliskie, serdeczne relacje z innymi i substancje, które można kupić od facetów, którzy mają tylko imiona. W końcu czy jest coś bardziej przygnębiającego od życia w świecie, w którym, żeby jakoś wydobyć się z depresji, musimy sięgać po pomoc ekspertów?

W świecie, w którym leki działają – o ile – jedynie dzięki temu, że zostały zatwierdzone przez różne medyczne ciała, i musimy komuś płacić za to, by usiadł naprzeciwko i wysłuchał naszych narzekań? Myślę, że źródeł naszych problemów z samopoczuciem nie ma co szukać w lekach, narkotykach i konflikcie między psychologami a fizjologami. Przyczyną tego nieustannego kurczenia się i gwałtownego rozszerzania świata nie jest ketamina. Coraz większa liczba smutnych ludzi to efekt pokręconej rzeczywistości społecznej, w której przyszło nam żyć

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA