[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
4.9

Jak wyleczyć grypę bez lekarza? [Poradnik]

Najlepszym sposobem na grypę jest kilka dni wolnego, dużo ciepłych płynów i zapas chusteczek przy łóżku. Ale kto ma czas chorować? Oto przewodnik, co robić, gdy mimo grypy musisz funkcjonować.

grypa
*Podczas tego wymuszonego testu nie ucierpiał poza mną żaden redaktor

Od początku września na grypę zachorowało już w Polsce ponad 780 tysięcy ludzi. Liczba zwykłych przeziębień jest prawdopodobnie znacznie wyższa. Istnieje więc duże ryzyko, że i Ty już za parę dni lub tygodni obudzisz się rozbity, z bolącą głową i zapchanym nosem. Tak jak ja dwa czy trzy tygodnie temu.

Na łamach Men’s Health pisałem już pewnie ze sto razy, że w takim wypadku najlepszym sposobem jest wzięcie kilku dni wolnego i spokojne odchorowanie w domu. I nadal jestem o tym przekonany. Dlaczego? Powodów jest kilka.

Wersja dla egoistów. W ten sposób zmniejszasz ryzyko powikłań. Gdy Twój organizm zajęty jest walką z wirusem, staje się bardziej podatny na ataki innych drobnoustrojów. Najczęstszym powikłaniem grypy jest zapalenie płuc i ucha środkowego, ale ucierpieć może też serce.

Powikłania pogrypowe są nie tylko nieprzyjemne, są też dużo groźniejsze. No i, nie oszukujmy się, parę dni bez budzika przed telewizorem i pod opieką czułej partnerki też jest całkiem miłe. Wielu ludzi chce za to sporo zapłacić – w internecie kwitnie czarny rynek lewych zwolnień.

Wersja dla altruistów Zostając w domu, dokonujesz heroicznego czynu i, kto wie, może ratujesz ludzkość przed zagładą. Niby tylko sobie leżysz, odpoczywasz i nadrabiasz zaległości w lekturze, ale w istocie poświęcasz się, chroniąc kumpli z pracy, współpasażerów, małe dzieci, kobiety i starców.

Wersja dla mściwych Izolując się od otoczenia, utrudniasz wirusowi życie i rozmnażanie się, a przecież głównie chodzi o to, żeby mu dać popalić w zemście za cierpienia, które Ci zafundował.

REKLAMA

REKLAMA

Inwazja

Natura tak mnie wyposażyła, że choruję bardzo rzadko. Nawet gdy wszyscy w domu są przeziębieni, kichają, smarkają i pojękują, ja zazwyczaj nie mam żadnych dolegliwości. Być może dlatego, gdy już jednak mnie dopada, znoszę takie choroby dosyć ciężko. I naprawdę nie ma sensu, żebym szedł do pracy – po pierwsze, ze względów, o których już wspomniałem powyżej, po drugie zaś – pisać mogę, nie wychodząc z domu.

Tym razem było inaczej. Wirusy zaatakowały mnie w wyjątkowym momencie. Po prostu musiałem iść do pracy. Poza tym kolegów mogłem zarazić już wczoraj, bo człowiek chory zaczyna zarażać już na 1-2 dni przed wystąpieniem pierwszych objawów.

Problem w tym, że czułem się naprawdę źle. Bolały mnie stawy i mięśnie, miałem zapchany nos i męczył mnie uciążliwy kaszel. Najgorszy był ból głowy. Czułem się, jakby mózg mi spuchł i z każdym krokiem obijał się o ściany czaszki. W tym stanie na pewno nic bym nie zdziałał. Musiałem się postawić na nogi przynajmniej na kilka godzin. Na szczęście po latach pracy jako redaktor działu Zdrowie wiedziałem, co robić.

REKLAMA

Ratuj siebie

Zacząłem, klasycznie, od sprawdzenia zawartości apteczki. Znalazłem w niej tylko ibuprofen i aspirynę, skądinąd mój ulubiony lek. Uznałem, że skoro zapowiada się grypa/ przeziębienie, wybiorę jednak ibuprofen, bo to nowszy lek i chociaż, podobnie jak aspiryna, ma działanie przeciwbólowe i przeciwzapalne, nieco lepiej radzi sobie z bólem.

Jednak ibuprofen na czczo to nie najlepszy pomysł, bo może podrażnić żołądek. Najpierw więc zrobiłem sobie jajecznicę. Doraźnie nie miało to większego znaczenia, ale jajka zawierają witaminę A i B oraz selen, które są niezbędne do funkcjonowania układu odporności.

Łyknąłem 400 mg ibuprofenu. Później wypiłem jeszcze kawę, gdyż kofeina wzmacnia przeciwbólowe działanie niesteroidowych leków przeciwzapalnych, a ibuprofen należy do grupy NLPZ. Po ok. 30 minutach ból głowy zelżał do tego stopnia, że byłem już w stanie prowadzić samochód.

Zapchany nos dalej mi dokuczał – musiałem cały czas oddychać przez usta, przez co wyglądałem jak przygłup i tak też się czułem. W drodze do pracy wstąpiłem więc do apteki i kupiłem jeszcze ksylometazolinę w sprayu. Działa jak cudowny lek, przynosząc ulgę natychmiast. Trzeba tylko pamiętać, by nie stosować jej dłużej niż przez tydzień, bo można się od niej uzależnić.

REKLAMA

REKLAMA

Ratuj innych

Przez cały dzień starałem się pić dużo ciepłych płynów – to przynosi ulgę i zapewnia właściwe nawodnienie. Wirus roznosi się drogą kropelkową, więc za każdym razem, gdy czułem, że zacznę kaszleć lub kichać, dokładnie zasłaniałem dłońmi nos i usta, po czym natychmiast szedłem do łazienki starannie umyć ręce wodą z mydłem.

Starałem się jak najmniej dotykać klamek, przycisk w windzie wcisnąłem długopisem i nikomu nie podawałem dłoni na przywitanie. Ta strategia się sprawdziła.

I wróć do żywych

Mniej więcej po czterech godzinach poczułem, że lek przestaje działać, wziąłem więc drugą dawkę, żeby dotrwać do końca dnia pracy. Trzecią i ostatnią tabletkę (maksymalna dawka to 1200 mg na dobę) wziąłem pod wieczór, gdy wyczerpany wróciłem do domu. Następnego dnia wprawdzie z nosa ciekło mi bardziej i kaszlałem częściej, ale czułem się dużo lepiej.

To był piątek, ale nie poszedłem do pracy, by nie kusić licha. Nie łykałem już tabletek, tylko nadal piłem sporo płynów, a na noc używałem sprayu do nosa. Trzy dni przeleżałem pod kocykiem przed TV i w poniedziałek byłem właściwie zdrowy. We wtorek zaczęła kichać moja dziewczyna. W domu nie udało mi się tak rygorystycznie przestrzegać zasad higieny. Ale to już zupełnie inna historia.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij