Jak rzucić palenie? Historia prawdziwa

Dziś nie ma już nikogo, kto nie wiedziałby, jak szkodliwe są papierosy. Palenie jest też drogie, zabronione w miejscach publicznych i niemodne... A jednak nadal co czwarty facet pali codziennie. Co więcej, aż 11% z tej grupy zaczęło palić niedawno. Zadziwiająca lekkomyślność. Ale są też dobre wiadomości: w ciągu 10 lat odsetek palaczy zmniejszył się  z 39 do 24%. A więc da się zrobić. Pytanie, jak?

rzucanie palenia, papierosy, nałóg shutterstock.com
Połowa lat 90. i kolega z lekko wymiętą paczką Golden Americanów. Słabo mieściła się w kieszeni, bo goldeny sprzedawali wtedy w paczkach po 25 sztuk – dla tych, którzy 20 sztuk wypalali do wieczora, a chcieli jeszcze mieć coś na poranny rozruch. Ławka w parku, trzech nastolatków, kłęby dymu, nerwowe śmiechy i dużo, bardzo dużo śliny w ustach. I na ścieżce pod ławką. Organizm się bronił. Dawał znaki, że jednak dym to nie to, na czym mu zależy, ale postanowiłem być silniejszy i zapaliłem drugiego, a potem trzeciego. Więcej nie  dałem rady, bo dopadły mnie  takie nudności, że po kolejnym  na pewno bym wylądował w krzakach, wstrząsany torsjami. Tak jak Darek – kolega, dla którego to też była inicjacja.  

REKLAMA

ZOBACZ: Jak papierosy wpływają na ciało i umysł?

Potem poszło już z górki. Jeszcze przez tydzień czy dwa paliłem tylko, gdy zostałem poczęstowany, ale w końcu kupiłem sobie pierwszą paczkę. Trochę się bałem, że kioskarz nie będzie chciał mi sprzedać, ale to były lata wczesnego kapitalizmu w Polsce – liczył się przede wszystkim zysk. No i nastawienie do palenia  było trochę inne.

Przykład idzie z góry

Z własną paczką w kieszeni poczułem się jak prawdziwy dorosły. Oczywiście dorosły nie byłem, bo wciąż na utrzymaniu rodziców, którzy nie pozwalali mi palić, więc musiałem się ukrywać aż do końca liceum. Nie bardzo pasowało to do znanego z kina wizerunku dorosłego nonkonformisty, palącego jednego za drugim, ale co było robić? Każdy młodociany palacz przez to przechodził: wystawanie przed bramą, żeby wywietrzeć, gumy do żucia, pastylki miętowe...

Kiedyś nawet w desperacji najedliśmy się z kolegą szczawiu z trawnika przed blokiem, żeby zneutralizować zapach dymu. Na pytania o dziwny swąd, wszyscy zrzucaliśmy winę na kolegów. „Ja nie palę, to koledzy”. I rodzice się na to nabierali, albo się nie nabierali, tylko nie bardzo wiedzieli, jak mieliby wyegzekwować zakaz bez przykuwania nas do kaloryfera, więc woleli „nie wiedzieć”. Tym bardziej że niespecjalnie świecili przykładem.

Prawie we wszystkich domach się paliło, niekiedy nawet przy dzieciach. Świadomość szkodliwości palenia dopiero raczkowała. Często można było nawet usłyszeć, jak ktoś powołuje się na słowa słynnego kardiologa, profesora Religi, który podobno powiedział publicznie, że nie ma udowodnionego związku przyczynowo-skutkowego między paleniem a rakiem płuc. O argumentach typu „dziadek palił i dożył 80.” nawet nie wspomnę.

PRZECZYTAJ: 6 nowatorskich powodów, by rzucić palenie

Te 25-30 lat temu wiedza o szkodliwości palenia była już powszechnie dostępna, ale jeszcze nie została przyswojona lub – jak ujęliby to psycholodzy – zinternalizowana. Już wiedzieliśmy, ale jeszcze nie wierzyliśmy. Bardziej niż śmierci w męczarniach baliśmy się więc reakcji rodziców i bury od nauczycieli. Którzy swoją drogą również palili na potęgę – w pokoju nauczycielskim wyraźnie było czuć, że niepalący stanowili mniejszość.

REKLAMA

REKLAMA

Jest się czego bać

Gdybyś jakimś cudem przespał ostatnie kilkadziesiąt lat, przypomnę, jakie są skutki palenia. Najgroźniejsze to oczywiście rak płuc, zawał serca i udar mózgu, jednak gdy masz lat dwadzieścia parę, perspektywa choroby, która może Cię dopaść za 30-40 lat, wydaje się być uspokajająco odległa. Jako argument zaczyna nabierać wagi około czterdziestki, gdy starość się gwałtownie przybliży.

REKLAMA

Tymczasem palenie szkodzi od razu – precyzyjnie wskazano je w raporcie „Smoking’s immediate effects on the body”, przygotowanym przez specjalistów z organizacji Campaign for Tobacco Free Kids: palenie ma natychmiastowy, niekorzystny wpływ na mózg i układy oddechowy, krążeniowy, trawienny i odpornościowy. Kłopot w tym, że skutki tego wpływu nie są od razu odczuwalne, ale powstają natychmiast. Jakie są efekty?

Większy poziom stresu

Wbrew powszechnemu przekonaniu papieros wcale nie uspokaja. Jest wręcz odwrotnie: badanie opublikowane w „American Psychologist” wykazało, że palacze są statystycznie bardziej zestresowani niż niepalący, więc zapalenie papierosa nie tyle łagodzi stres, co przywraca stan, którym niepalący cieszą się na co dzień.

Mniejsza przyjemność

Na początku zwiększają ilość dopaminy – substancji odpowiedzialnej za odczuwanie przyjemności, np. podczas seksu; dzięki temu w ogóle sięgamy po drugiego papierosa. Jednak z czasem nie tylko obniżają poziom dopaminy, ale wręcz zmniejszają ilość receptorów dopaminowych w mózgu, co sprawia, że aby osiągnąć podobną frajdę, potrzebujesz więcej nikotyny, więcej alkoholu, więcej cukru etc.

Skurcz oskrzeli

Dym jest jak trucizna; w końcu jest trucizną, i organizm próbuje się przed nim bronić, zwężając drogi oddechowe, odruchem kaszlowym etc. Zwężenie dróg oddechowych skutkuje zmniejszeniem dostaw tlenu, więc palacze mają gorszą wydolność. Nawet jeśli przemknęło Ci przez głowę, że przecież znani są wyczynowi sportowcy palacze, to jednak są to wyjątki. No i pomyśl, o ile lepsze wyniki mieliby, gdyby tlenu starczało im na dłużej.

Więcej flegmy

Pod wpływem dymu przestają funkcjonować rzęski – coś w rodzaju mikroskopijnych szczoteczek wymiatających zanieczyszczenia i usuwających nadmiar flegmy.

Większe ryzyko astmy

Wg European Lung Foundation (ELF) palenie papierosów zwiększa ryzyko astmy dwu-, a nawet trzykrotnie. Tę listę można by ciągnąć niemal w nieskończoność, jednak nie chodzi o to, żeby Cię przestraszyć. Właściwie trochę o to, ale doskonale wiem, bo paliłem przez lata, że takie wyliczenia zagrożeń powodują co najwyżej sięgnięcie po kolejnego papierosa. A do tego właśnie próbuję Cię zniechęcić.

REKLAMA

Jak rzucić palenie

Nie będę ściemniał – to niełatwe zadanie. Niełatwe, ale możliwe. Wiem to na pewno, bo sam rzuciłem, poza tym widać to wyraźnie w statystykach – od lat 90. odsetek palących Polaków spadł z 46% do 24%. Zapewne częściowo jest to zasługa przedwczesnych zgonów, ale tylko częściowo. Pomyśl o wszystkich tych znajomych, członkach rodziny i kolegach z pracy, którzy „już nie palą”. Ci ludzie to żywe dowody na to, że da się, że to możliwe i że wcale nie trzeba być nadczłowiekiem, żeby zerwać z nałogiem. Trzeba tylko... chcieć.

REKLAMA

No właśnie – chcieć. Chęć rzucenia palenia to absolutna podstawa. Znacznie łatwiej znaleźć motywację do wyrzeczeń, gdy się czegoś chce, niż wtedy, gdy się czegoś tylko nie chce. Bo gdy nie chcesz palić, musisz sobie coś odebrać. Gdy chcesz nie palić, masz perspektywę osiągnięcia czegoś. Właśnie dlatego nie chciałem się skupiać na tym, jakie szkody wyrządza palenie nikotyny. Znacznie skuteczniejsze, przynajmniej w moim przypadku, było uświadomienie sobie, co zyskam, gdy rzucę palenie. A zyskałem bardzo dużo. Szczerze mówiąc, więcej niż się spodziewałem.

Wolność

Może to zabrzmi górnolotnie, ale mniej więcej po miesiącu niepalenia uświadomiłem sobie, że odzyskałem wolność. Paliłem wiele lat i przez ten czas nie zauważyłem, jak zmiana okoliczności krok po kroczku odbierała mi poczucie kontroli. Gdy zaczynałem palić, była to jakaś forma deklaracji niepodległości, niezależności od rodziców, od nauczycieli, od zakazów.

Wprawdzie w liceum musiałem się ukrywać, co trochę kłóci się z poczuciem wolności, ale to były jeszcze czasy, gdy większość doby spędzałem poza domem. Komputery raczkowały, internetu nie było, a rodzice nie mogli zadzwonić do mnie w każdej chwili, żeby mnie sprowadzić do domu. Paliliśmy w kawiarniach, w pociągu, na przystanku, w parku, na korytarzach uczelni też stały popielniczki. Paliliśmy na trybunach, a nawet w jednym kinie. I nikt się nie czepiał. Ale potem palacze zaczęli być spychani do podziemia. W coraz większej ilości miejsc obowiązywały zakazy.

Kawiarnie, korytarze pociągów, przystanki... Moda na niepalenie zmieniła też nastawienie ludzi i nawet w tych domach, w których dotyczas paliło się swobodnie, trzeba było wychodzić na balkon, przed bramę, do ogrodu etc.

Gdybym mieszkał na południu Francji, pewnie nie byłoby większego problemu, ale w Polsce przez większą część roku pogoda nie sprzyja. Niepostrzeżenie zapalenie papierosa stało się dużo bardziej skomplikowane. Trzeba było znaleźć kurtkę albo dygotać przed wejściem do baru. Każdy palacz doskonale też zna uczucie zmarzniętych stóp na balkonie u znajomych z narzuconą kurtką, ale w kapciach lub wręcz w skarpetkach, bo nie chciało się iść do przedpokoju po buty.

Ilu z nas spóźniło się na pociąg, bo przed dłuższą podróżą musiało jeszcze zajarać trzy razy z rzędu na zapas? Ilu się przeziębiło? Ilu okradziono w klubie, gdy wychodzili na dymka, zostawiając na krześle torbę czy kurtkę?

Właśnie mniej więcej po miesiącu dotarło do mnie, że nagle mam więcej swobody. Że wybierając knajpę, nie muszę się ograniczać do tych nielicznych, w których jeszcze są sale dla palących. Że nie muszę wieczorem wychodzić na stację benzynową po fajki. Że nie muszę nieśmiało pytać, gdzie tu można zapalić, skrępowany, jakbym co najmniej chciał sobie wstrzyknąć heroinę. Że wyjeżdżając do kraju, w którym papierosy są wielokrotnie droższe, nie muszę już pamiętać, by wrzucić do walizki wagon ulubionych fajek.

Tych „nie muszę” zrobiło się bardzo dużo. Na tyle dużo, że w końcu to poczułem. Możesz iść z plecakiem wiele kilometrów i wydaje Ci się, że plecak nie przeszkadza, ale gdy w końcu go zrzucasz z pleców, czujesz wyraźną ulgę. Z fajkami jest podobnie.

 

REKLAMA

REKLAMA

Czas

Zyskałem też, a raczej odzyskałem, ogromną ilość czasu. Policzmy. Wypalenie papierosa zajmuje około 10 minut. Jeśli doliczyć do tego czas poświęcony na kupowanie, szukanie zapalniczki, odkurzanie samochodu i wyprawy do Żabki po fajki, wychodzi na to, że codziennie traciłem przez nałóg jakieś trzy godziny. Wychodzi, że w ciągu tygodnia prawie całą dobę poświęcałem na rujnowanie zdrowia i kieszeni.

REKLAMA

To rzecz jasna jest trochę przesadzone wyliczenie, bo wiele z tych dwudziestu papierosów dziennie wypalałem mimochodem – podczas pisania, jadąc samochodem, czekając na autobus, rozmawiając z kimś czy zwyczajnie gapiąc się przed siebie i myśląc, co i dziś zdarza mi się często – ale mniej więcej wiesz, o jaką stratę czasu chodzi.

Trzy próby

O takich oczywistościach, jak pozbycie się porannego kaszlu, odzyskanie smaku, węchu, świeżego oddechu, pewności siebie przy pocałunkach i sporej ilości gotówki w kieszeni (jakieś 500 zł miesięcznie) wspominam tylko z kronikarskiego obowiązku, bo przede wszystkim chciałbym Ci powiedzieć, jak mi się to udało. Nie za pierwszym razem.

Według danych European Lung Foundation tylko 10-15% ludzi udaje się rzucić palenie za pierwszym razem. Ja nie zaliczam się do tych szczęśliwców, bo udało mi się dopiero za trzecim. Ale wiedziałem, że sukces nie jest gwarantowany i za każdym razem było mi łatwiej. Częściowo chyba również dlatego, że po pierwszej nieudanej próbie zmienił się mój stosunek do palenia.

Poczułem się pokonany przez nałóg, a nikt nie lubi tego, kto z nim wygrywa. Zacząłem traktować fajki jak wroga. Już nigdy po tej pierwszej próbie nie powiedziałem popularnego wśród palaczy zdania: „Palę, bo lubię”. Doskonale wiedziałem już bowiem, że wcale nie, że palę, bo jestem nałogowcem. Uświadomienie sobie tego uważam za drugi bardzo ważny krok w rzucaniu palenia.

Pierwsza próba była spontaniczna. Moja dziewczyna właśnie rzucała, więc niewiele myśląc, powiedziałem, że też rzucam, że we dwoje łatwiej. Poradniki mówią, że owszem, znalezienie partnera do zmiany stylu życia zwiększa szanse na sukces, ale w moim przypadku to się w ogóle nie sprawdziło. Po kilku dniach euforii zacząłem traktować decyzję o niepaleniu nie jako swój autonomiczny wybór, tylko jak swego rodzaju opresję – narzucenie woli dziewczyny. I zamiast się cieszyć z wolności, zacząłem się złościć.

Głód nikotynowy powodował silne rozdrażnienie, które przekierowałem na dziewczynę, obwiniając ją (mniej lub bardziej świadomie) o to, że to przez nią tak cierpię. Dziś wiem już (potwierdzają to też badania), że prawdziwy fizjologiczny głód nikotynowy, czyli objawy odstawienia, trwa nie więcej niż tydzień, a często nawet krócej.

Po tym czasie największym wrogiem stają się nawyki, rytuały i skojarzenia sytuacyjne związane z paleniem. I właśnie ten schematyczny odruch mnie pokonał za pierwszym razem. Pewnego dnia zrobiło się chłodniej, więc założyłem cieplejszą kurtkę. Wyszedłem z domu i poszedłem na przystanek. W połowie drogi zorientowałem się, że... palę. Okazało się, że w kieszeni kurtki zostały paczka papierosów i zapalniczka. Ręka je odnalazła, automatycznie wyjąłem papierosa i bezwiednie zapaliłem.

Zauważyłem, co robię, dopiero wtedy, gdy poczułem dobrze mi znane mrowienie w nogach. Zrobiło mi się głupio: obejrzałem się, czy dziewczyna przypadkiem nie patrzy przez okno i spaliłem papierosa do końca. A potem drugiego, no bo skoro już złamałem obietnicę, to mogę bezpiecznie dopalić tę paczkę. Potem następną i następną i przez jakiś tydzień znów się ukrywałem z paleniem jak w czasach licealnych. W końcu przyznałem się do porażki.

REKLAMA

Druga porażka

Za drugim razem sięgnąłem po książkę Allena Carra pod bezpretensjonalnym tytułem „Prosta metoda, jak skutecznie rzucić palenie”. Gorąco ją polecam każdemu palaczowi, bo jest napisana w taki sposób, że masz wrażenie, jakbyś obcował z czarownikiem czy iluzjonistą.

REKLAMA

Strona po stronie, nie używając tępych, wyświechtanych argumentów, tylko czystej logiki, autor przekonuje Cię, że palenie jest po prostu czynnością calkowicie bezsensowną. Ten wykład jest tak spójny, a jednocześnie pozbawiony dydaktycznego smrodku, że po doczytaniu do końca odstawiłem fajki bez większego problemu na prawie rok.

Niestety, z czasem przestrogi zblakły i w sytuacji silnego stresu sięgnąłem po alkohol w towarzystwie starych kolegów, zatwardziałych palaczy. Po którejś tam kolejce siedziałem już z nimi i paliłem jednego za drugim. Uzależnienie natychmiast pokazało swoją moc, bo chociaż następnego dnia dogorywałem, pierwsze, co zrobiłem po przebudzeniu i wypiciu kartonu soku, to był oczywiście papieros.

Sukces

Z rozpędu paliłem jeszcze około roku. Paliłem, chociaż już tego nie lubiłem. Paliłem i wstydziłem się, że palę. Paliłem i czułem się coraz gorzej. Zbliżałem się do czterdziestki i zacząłem zauważać, że zaczyna mi brakować oddechu nawet po wejściu na drugie piętro, a na cotygodniowych meczykach z kumplami płuca odmawiają mi posłuszeństwa już w połowie pierwszej połowy.

Tak się złożyło, że wtedy rozpoczęła się kampania nowych elektronicznych papierosów, w których nie pali się ani nie wlewa płynów, tylko wdycha się nasycone nikotyną opary rozgrzanego tytoniu. Pomyślałem, że skoro już jestem uzależniony od nikotyny, to może chociaż będę sobie podawał ją w nieco mniej szkodliwej formie, bo przynajmniej zredukuję ilość szkodliwych substancji – głównie produktów procesu spalania. I okazało się, że w moim przypadku był to strzał w dziesiątkę.

Po pierwsze, niemal natychmiast zniknął kaszel. Po drugie – bardzo szybko odczułem poprawę kondycji. I po trzecie – te niby-papierosy bardziej przypominają lekarstwo niż element stylizacji. W zaciąganiu się oparami nikotyny z plastikowego cylindra nie ma już nic romantycznego. To jest po prostu niewygodne. Trzeba pamiętać o ładowaniu, wyciągać, czyścić, urządzenie się psuje po jakimś czasie i trzeba je wymieniać.

Po kilku miesiącach byłem już tak zmęczony tym nowoczesnym paleniem, że gdy pewnego dnia ładowarka wyślizgnęła mi się z ręki i roztrzaskała o beton, po prostu nie zamówiłem następnej. Od tego momentu miną niedługo dwa lata, a ja zdążyłem się już parę razy upić, porządnie wściec, przestraszyć i wynudzić. I ani razu nie sięgnąłem po papierosa.

Trzy próby

Nie twierdzę, że mój sposób jest najlepszy. Być może lepsze są leki, hipnoza albo gumy z nikotyną – nie wiem, nie próbowałem. Wiem tylko, że z paleniem można się pożegnać, choć to wydaje się bardzo trudne. Trzeba tylko spróbować: raz, drugi, trzeci.

W końcu się uda, czego Ci życzę.

Zobacz również:
Co pić w trakcie wysiłku? Producenci oferują znacznie więcej opcji niż popularne napoje izotoniczne. Prześwietlamy kilka z ich propozycji.
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA