REKLAMA

Jak ochronić prywatność w sieci

Korporacje i rządy wiedzą o Tobie niemal wszystko. Kogo znasz, kogo nie lubisz, o której wstajesz, o której zasypiasz, z kim sypiasz, ile zarabiasz i na co wydajesz. Jesteśmy nieustannie śledzeni przez algorytmy, które dane zbierają nie tylko z Facebooka czy Instagrama, ale również z aplikacji w Twoim telefonie, z zegarka, z GPS w samochodzie, z elektronicznych liczników prądu, kamer CCTV, parkometrów i setek innych urządzeń podłączonych do globalnej sieci. MH sprawdza, jak w ogóle do tego doszło, jak dużo mogą o nas wiedzieć oraz jak możesz, przynajmniej w pewnym stopniu, utrudnić pracę tym, którzy chcą o Tobie wiedzieć wszystko.

Kamera CCTV Shutterstock.com
Dzień po tym, jak Beto O’Rourke ogłosił start w wyborach prezydenckich w USA, agencja Reuters ujawniła potencjalnie kompromitujące informacje z młodości polityka.

Kiedy O’Rourke był nastolatkiem, należał do grupy hacktywistów znanej jako „Kult Martwych Krów”. Na tajnym forum grupy, na którym występował pod nickiem „Psychedelic Warlord”, wrzucał jednak głównie posty ze swoją poezją eksperymentalną. Dziś raczej wolałby się nie chwalić ówczesnymi wersami.

Przez lata tak właśnie rozumieliśmy niebezpieczeństwa związane z internetem: że wszystko, co kiedykolwiek zrobiliśmy w sieci – każda żenująca wypowiedź po spożyciu, przypadkowe zdjęcie czy źle oceniony tweet – po pewnym czasie wypłynie w najmniej odpowiednim momencie. Z perspektywy czasu te obawy – przekonanie, że najgorsze, co może się nam w internecie zdarzyć, to zhakowanie historii naszych wyszukiwań i wypłynięcie takich wpadek, jak anonimowa, młodzieńcza, anarchistyczna poezja – wydają się uroczo naiwne.

SPRAWDŹ TEŻ: Jak zbudować swój wizerunek w sieci?

Tymczasem w ciągu ostatniej dekady miliony z nas zdążyły uznać, że podzielenie się danymi osobowymi i intymnymi tajemnicami (w skrócie – prywatnością) z największymi firmami na świecie w zamian za ich usługi jest całkiem niezłym pomysłem. Bo niby dlaczego nie? Przecież w zamian wszystko dostajemy za darmo! Niezupełnie.

Ile wiedzą o nas algorytmy?

W miarę jak giganty internetowe rosły, algorytmy robiły się coraz bardziej skuteczne i dziś wiedzą o nas nawet więcej niż my sami. I chociaż jako społeczeństwu nie bardzo nam się to podoba – badanie przeprowadzone przez Pew Research Center wykazało, że zaledwie 9% z nas ufa, że serwisy społecznościowe dobrze chronią nasze dane – wciąż większość z nas dzieli się z nimi informacjami o sobie. W końcu zaczęliśmy zadawać sobie pytania. Ile mogą o mnie wiedzieć inni? Ile ja powinienem wiedzieć o życiu innych? Oraz kto lub co (bo to może być przecież także instytucja, np. rząd albo koncern) może sobie kupić takie informacje?

Walka o prawo do prywatności jeszcze na dobre się nie zaczęła, a już wielu z nas ma wrażenie, że giganty internetowe wygrały tę bitwę. A być może nawet wojnę. Wg pesymistów jedyne, co dziś możemy zrobić, to spróbować ograniczyć straty. Być może. Ale wcale nie musimy się jeszcze poddawać.

REKLAMA

REKLAMA

Prawda wychodzi na jaw

W wydanej kilka lat temu książce „The Age of Surveillance Capitalism” („Era kapitalizmu
nadzoru”) prof. Shoshana Zuboff , psycholog społeczny, ukuła termin „kapitalizm nadzoru”, który jej zdaniem dobrze opisuje zakusy gigantów technologicznych na przetworzenie wszystkiego, co robimy, w surowiec. Weźmy taką dominację Google’a w dziedzinie zakupów online.

„Przewidywania dotyczące tego, gdzie i dlaczego dana osoba może wydać pieniądze, bazują niemal w całości na danych behawioralnych, do których ta fi rma ma niemal wyłączny dostęp, oraz na zdolności algorytmów Google’a do przetwarzania i analizy tych danych” – pisze Zuboff . „Przyciągać, odpychać, sugerować, szturchać, odpychać, zawstydzać i uwodzić: Google chce być drugim pilotem Twojego życia”. A przecież Google to tylko jeden z przykładów. Niezliczona ilość usługodawców próbuje prześledzić Twoje zachowania minuta po minucie. I wcale nie tylko gdy siedzisz przy komputerze lub przeglądasz telefon.

Prof. Zuboff podaje w swojej książce wiele przykładów: nawet coś tak na pozór niewinnego, jak Roomba, robot odkurzający, potrafi zmapować i zapamiętać dokładny rozkład Twojego mieszkania. Albo jeansy. Levi’s we współpracy z Google stworzył kurtkę wyposażoną w czujniki, które „potrafią >>widzieć<< przez materiał i wykrywać nawet tak subtelne zmiany, jak drżenie palca” – pisze Zuboff . Dziecięca zabawka My Friend Cayla ma wbudowaną aplikację, która nagrywa głos dziecka i używa online systemu rozpoznawania mowy, żeby prowadzić z dzieckiem konwersację. Przy okazji systematycznie zadaje dziecku pytania, które śmiało można określić jako naruszenie prywatności. Na przykład: „Gdzie mieszkasz?”. Tim Medin z organizacji Counter Hack wykazał, że można łatwo shackować lalkę przez Bluetooth i za jej pośrednictwem rozmawiać z dzieckiem. Ups.

Wkrótce firmy technologiczne będą w stanie nie tylko śledzić nasze zachowania i emocje, ale wręcz je przewidywać. Szybciej niż sami to odczujemy. Niedawno pojawiła się informacja, że algorytmy Facebooka są w stanie przewidzieć rozpad związku i utworzenie się nowego. W 2017 roku do sieci wyciekły dokumenty, z których rzekomo wynika, że Facebook Australia dzielił się z marketingowcami danymi o zmianach nastroju u nastolatków, zwłaszcza gdy czuli się „zestresowani”, „pokonani”, „przytłoczeni”, „bali się czegoś” lub czuli się „bezużyteczni”. To nie zostało oficjalnie potwierdzone, ale Facebook przyznał, że przeprowadził kiedyś eksperyment, w którym próbował dostosowywać treści pojawiające się w feedzie do nastroju użytkowników.

Nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby zobaczyć, dokąd to zmierza. Coraz więcej ludzi zaczyna się więc zastanawiać, jak chronić swoją prywatność. Niektórzy wymyślają maski, które oszukują systemy rozpoznawania twarzy, ale w tym samym czasie miliony kupują telefony, które do zalogowania wymagają właśnie zdjęcia Twojej twarzy – tej samej, z której można wyczytać emocje. Odciski palców milionów zostały już przecież zeskanowane.

REKLAMA

Dołącz do ruchu oporu

W Europie i tak jesteśmy w dość szczęśliwej sytuacji, ponieważ Unia Europejska wymogła wprowadzenie w krajach członkowskich ustawy o ochronie danych osobowych, czyli słynnego RODO. Gdziekolwiek klikniesz, zaraz wyskakuje Ci okienko z informacją, że Twoje poczynania będą śledzone i udostępniane różnym podmiotom. Możesz albo zaakceptować ciasteczka jednym klikiem, albo dostosować ustawienia, decydując, na co się zgadzasz, a na co nie. W teorii to dobry pomysł. W praktyce – no cóż...

Większość z nas sprzedaje swoje dane za cenę wygody i szybkiego dostępu do informacji, której akurat potrzebuje. I tak klik po kliku, z lenistwa, pozbawiamy się niezauważalnie resztek prywatności. Prof. Zuboff pisze: „Kapitalizm nadzoru został wymyślony przez konkretnych ludzi w konkretnym czasie i miejscu. Nadzór wcale nie jest inherentnie wbudowany w technologię cyfrową, nie jest też wcale koniecznym elementem tego, co możemy nazwać kapitalizmem informacji”.

ZOBACZ TEŻ: Siłownie przyszłości - czego się spodziewać?

Innymi słowy, wcale tak nie musi być. Prywatność rozpoczęła się wraz z wynalezieniem klucza. To, do czego chcieliśmy mieć wyłączny dostęp, zamykaliśmy na klucz. Dziś już przekonaliśmy się, że nasze zachowania, emocje i potrzeby stanowią znacznie cenniejsze dobro niż pieniądze czy klejnoty. Dlatego jak najszybciej musimy się nauczyć zamykać ten największy skarb człowieka. Jeśli oddamy korporacjom naszą prywatność, oddamy wolność. Nie oddawajmy jej bez walki.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA