REKLAMA

Fitness propaganda – jak nie dać się nabrać?

Czy żeby być zdrowym, naprawdę trzeba robić makaron z cukinii? Zastanawiamy się, jak żyć w świecie opanowanym przez fitnessowych ekstremistów.

awokado, zdrowie, fitness shutterstock.com
Z niedowierzaniem oglądam filmik na YT, jak dzięki specjalnej krajalnicy można błyskawicznie przekształcić cukinię z solidnej zielonej maczugi w wąziutkie strużki, będące bazą warzywnego makaronu. Równie szybko ulatnia się moja ostatnia wymówka, by tego nie robić – do tej pory przekonywałem się, że nie mam czasu na to, by godzinami szatkować tony warzyw z precyzją japońskiego samuraja.

REKLAMA

ZOBACZ: Ortoreksja, czyli jak zdrowe jedzenie może Ci szkodzić

A tu lipa. Okazuje się, że jednak można. Z rezygnacją mobilizuję się więc, by wreszcie zmajstrować w kuchni ten nieszczęsny warzywny makaron, przed którym uciekałem tak długo, jak tylko się dało. Ale dłużej już nie mogę. Jestem przecież redaktorem działu Dieta magazynu Men’s Health. Stoję w awangardzie walki o lepsze zdrowie, wyznaczam trendy i świecę przykładem. Skoro więc wszystkie blogerki, fejsbukerki, instagramerki, youtuberki i influencerki przekonują, że makaron ma być z warzyw, to przecież nie będę jak ten frajer ładował do michy pszenicznych kluch pełnych glutenu, prawda?

Chociaż zaraz, a właściwie to dlaczego nie? Nie mam przecież żadnych widocznych objawów, które mogłyby świadczyć o alergii, nietolerancji czy nadwrażliwości na gluten. Próbowałem przez miesiąc diety, w której go nie było, i nie zauważyłem w swoim samopoczuciu absolutnie żadnych zmian. Nie minęły mi żadne brain fogi (a w ogóle były?), nie zacząłem się budzić, tryskając energią i pomysłami. Nie poczułem, jakby ktoś zdjął niewidzialną załonę dzielącą mnie od świata.

PRZECZYTAJ: Czy żywność faktycznie jest lepsza?

Śledzę wyniki badań oraz fachową literaturę i na tej podstawie wyrobiłem sobie pogląd, że nie ma obecnie podstaw naukowych, by zalecać wszystkim, jak leci, rezygnację z glutenu. A jednak za każdym – przyznaję, niezbyt częstym – razem, gdy na moim talerzu ląduje ten zlepek białek, mam wyrzuty sumienia. Bo to niemodne. Bo inni są bardziej fit. Bo może to jednak oni mają racje. Paranoja, co?

Fitnessowa propaganda

Kiedy zastanawiam się, skąd wzięła się ta fiksacja, przypominam sobie początki pracy w MH. Na polu łączenia zdrowia, jedzenia i wysiłku fizycznego byliśmy wtedy praktycznie sami, niczym rozbitkowie na bezludnej wyspie. Teraz czujemy się jak urlopowicze na plaży we Władysławowie w samym szczycie sezonu. I to bez parawanu, którym można by się odgrodzić od inwazji bodźców. Odkąd w swoje szpony wzięły nas media społecznościowe i smartfony, nie mamy chwili spokoju. Nie można nawet zażartować, że „otwieramy lodówkę, a tam też zdrowy tryb życia”, bo to przecież jego prawdziwe epicentrum.

Nie żadna tam chłodziarko-zamrażarka, tylko magazyn składników odżywczych, bez których staniemy się łupem chorób cywilizacyjnych toczących współczesny świat. Naszą tarczą przeciwko nim mają być te wszystkie awokado, komosy ryżowe, nasiona chia, jarmuże i zielone jęczmienie. I choć zdrowy rozsądek podpowiada, że kiedyś dało się być zdrowym i bez nich, to potęga fitnessowej propagandy, podbudowana milionami ludzi śledzących profile społecznościowe gwiazd wellnessu, jest taka, że nawet nam w MH trudno czasem stwierdzić, gdzie kończy się moda, a zaczyna naprawdę sensowny wybór zapewniający dłuższe i zdrowsze życie.

Zwłaszcza że rzecznicy każdej ze wspominanych nowinek dietetycznych, a także wszystkich innych, których nie da się tutaj wymienić, jak na zawołanie przywołują wyniki badań uzasadniające przewagi swoich pupilów. I człowiekowi, który nie jest lekarzem albo dietetykiem, naprawdę trudno połapać się w tych wszystkich zawiłościach.

REKLAMA

REKLAMA

Najgorszym możliwym wyjściem

w takiej sytuacji, chociaż całkiem naturalnym, byłoby machnięcie ręką i powiedzenie sobie: „A idźcie wy wszyscy z tym zdrowym stylem życia do diabła. Skoro sami specjaliści nie mogą się ze sobą dogadać, co jest dobre, a co złe, to ja odpalam fajeczkę i poczekam, aż się dogadają”. Byłoby to jednak wyjście pochopne. Bo sytuacja wygląda tak, że „specjaliści” rzeczywiście się sprzeczają, ale specjaliści są ze sobą w większości kwestii raczej zgodni. I żeby wyjaśnić, kiedy kończy się moda i snobizm, a zaczyna sensowne działanie, dające realne korzyści, kontaktuję się z jednym z nich.

REKLAMA

Nowa gałąź wiedzy

Dr n. med. Daniel Śliż jest adiunktem  w III Klinice Chorób Wewnętrznych  i Kardiologii Warszawskiego Uniwer-sytetu Medycznego oraz specjalistą  w nowej gałęzi wiedzy: medycynie stylu życia. Gdy pytam go, czym ona dokładnie jest, odpowiada: „Współczesna nauka dość dobrze radzi sobie z chorobami, które trapią Trzeci Świat, ale nie sprawdza się w przeciwdziałaniu niezakaźnym chorobom cywilizacyjnym, które w pierwszym świecie osiągają rozmiary epidemii. Wynikają one ze złego stylu życia, więc lekami można jedynie zwalczać ich skutki.

My chcemy propagować oparte na rzetelnych badaniach naukowych zalecenia, które zapobiegną rozwojowi tych chorób”. No właśnie, badania dotyczące żywienia. Czasami sam mam wątpliwości, czy one są dla nas wartościową wskazówką. Zawsze gdy otwieram link  z kolejnym doniesieniem, przypominam sobie eksperyment naukowego dziennikarza Johna Bohannona.

Założył sobie, że zgodnie ze wszystkimi regułami sztuki udowodni zbawienny wpływ czekolady (zawartość kakao 81%) na odchudzanie. Zaprojektował eksperyment, zrekrutował grupy badawcze, a następnie tak zinterpretował otrzymane dane, by udowodnić założoną tezę (statystyka  – królowa nauk!).

Na koniec przesłał wyniki do szeregu naukowych czasopism i czekał na publikację. Część  odrzuciła badanie, ale inne puściły  w świat bez weryfikacji jego wartości.  A potem już poszło. Przy pomocy znajomej specjalistki od PR zainteresował informacją największe media i świat obiegła informacja: czekolada odchudza! Dobry tytuł, prawda? I dopiero kiedy wszyscy nacieszyli się myślą, że już nie trzeba mieć wyrzutów sumienia, Bohannon ujawnił tło eksperymentu i jego cel, czyli zwrócenie uwagi na zalew badań, które dają nam naciągane lub wręcz fałszywe zalecenia dotyczące stylu życia.

„Świat nauki jest bezwzględny. Badaczy ocenia się na podstawie liczby publikacji, co może tłumaczyć fakt, że pojawia się tak wiele eksperymentów o niewielkiej wartości, które nic nie wnoszą do naszej wiedzy o tym, jak zdrowo żyć” – wyjaśnia dr Śliż i nakreśla tło takich mechanizmów.

„Grupa badanych osób jest mała, liczy kilkadziesiąt albo nawet kilkanaście osób, a to oczywiście za mało, żeby formułować ogólne wnioski. Dwa: eksperymenty prowadzi się często na zwierzętach, a ich wyniki ogłasza tak, jakby dotyczyły ludzi. Trzy: działaniu jakiejś substancji poddaje się wyizolowane komórki, ale nie wiadomo przecież, czy taki sam efekt zajdzie w żywym organizmie, który jest nieporównywalnie bardziej skomplikowaną strukturą. Warto też zawsze zwracać uwagę, jaka ilość aktywnego czynnika wywołuje efekt, bo w badanich często wykorzystuje się ilości, które nie występują w normalnym pożywieniu”  – wyjaśnia dr Śliż.

Oczywiście przypisywanie całego zła żądnym kariery naukowcom byłoby bezsensownym uproszczeniem.  W swojej pracy napotykają oni bowiem obiektywne trudności. Nie da się przecież odizolować na długi czas dużej grupy osób i dokładnie kontrolować wszystkiego, co zjadają. Badacze muszą więc opierać się na deklaracjach ludzi.

Oni zaś mogą się mylić lub wręcz specjalnie wprowadzać w błąd. Przecież kto przyzna się do zjedzenia wiaderka lodów, gdy wcześniej obiecał, że będzie jadł tylko jarmuż i brokuły? Trzeba też odróżnić obserwowanie zależności od występowania przyczyny i skutku. Badania obserwacyjne pokazują na przykład, że w grupie osób jedzących najwięcej orzechów występuje najmniej chorób serca. Wcale nie znaczy to jednak, że właśnie orzechy chronią przed zawałem, bo efekt może być związany z mnóstwem innych czynników.

REKLAMA

Medycyna oparta na dowodach

To wszystko nie znaczy w żadnym razie, że nauka nie ma nic do zaoferowania. Jest sporo właściwie zaprojektowanych badań, które dają nam dobrą wiedzę o tym, co warto robić, żeby żyć dłużej i w dobrym zdrowiu. „To kontrolowane eksperymenty kliniczne ze ślepą próbą. To znaczy, że ich uczestnicy nie wiedzą, czy przyjmują aktywny związek, czy placebo. Ważne są także metaanalizy, czyli podsumowania  stanu wiedzy na jakiś temat. I to na ich podstawie formułujemy zalecenia. Takie podejście nazywamy z angielskiego evidence based medicine, czyli medycyną opartą na dowodach” – mówi dr Śliż.

REKLAMA

Jest on współautorem świeżo wydanej książki „Medycyna stylu życia”, która zbiera w jednej publikacji najnowsze doniesienia naukowe na temat zapobiegania chorobom cywilizacyjnym. Pewnie jesteś ciekaw, jakież to egzotyczne składniki, rosnące na samym końcu świata, mają być naszą bronią przeciw otyłości, cukrzycy, nowotworom czy chorobom serca. Odpowiedź jest krótka: żadne. Nie ma takiego składnika, który dodany do diety zrobi ogromną różnicę. Większość z nich to tylko tematy zastępcze, które odsuwają uwagę od prawdziwych problemów.

Zastanawianie się, czy więcej przeciwutleniaczy będzie w jednym owocu czy w drugim, jest absurdalne w sytuacji, gdy sięgasz po fajki. „Gdybym miał wybrać jedną, najważniejszą radę, byłoby to: rzuć palenie” – bez najmniejszego wahania mówi dr Śliż. Jakież to banalne i oklepane w porównaniu  do koktajlu z zielonym jęczmieniem. Zwłaszcza jeżeli pada z ust lekarza w białym kitlu,  a nie diabelsko zgrabnej instagramerki, która wznosi tym koktajlem toast na tle niezmąconej tafli jeziora.

Przykłady można mnożyć. Lekarz, opierający się na rzetelnych i sprawdzonych informacjach, powie Ci: trzydzieści minut niskopoziomowej aktywności. Codziennie. 10 tysięcy kroków. Spacer z psem. Rower zamiast samochodu. Schody zamiast windy. Zieeew. A gdzie wyzwanie?

A gdzie krew, pot i łzy? Gdzie triathlon, HIIT i CrossFit? Ano w internecie. Na profilach. Na zdjęciach z uśmiechniętymi gladiatorami. Jak tu skupiać się na spacerze czy rowerze, gdy na wyciągnięcie ręki jest taka sylwetka! Pamiętaj jednak, że te zdjęcia to jedynie zamrożone, wyjęte z kontekstu chwile z ich życia. Nie wiesz, co za  nimi stoi.

Nie ma na nich nic o zaburzeniach odżywiania w sportach sylwetkowych (znajdź na YT kanał TeamNatural, na którym opowiada o nich Mariusz Czerniewicz – jedyny polski zawodowiec w elitarnej IFBB Pro League). Nie ma nic o kontuzjach i pękających w szwach gabinetach fizjoterapeutów (wiem, byłem tam – trzy razy naprawiałem się po zabiegach chirurgicznych związanych z kontuzją – a jakże! – sportową).

REKLAMA

REKLAMA

Mantra pięciu porcji

No i te nieszczęsne warzywa i owoce. Pięć porcji, a najlepiej jeszcze więcej. „400-600 gramów dziennie – precyzuje dr Śliż. – Ich dobroczynny wpływ na zdrowie jest dokumentowany bez najmniejszych wątpliwości”. A nie lepiej jakiś suplemencik? Skoncentrowana dawka tych wszystkich odżywczych wartości, żeby brokuły nie kłuły w zęby?

REKLAMA

Musimy Cię rozczarować – preparaty witaminowe nie mają potwierdzonego pozytywnego wpływu na zdrowie. Wręcz przeciwnie – wiarygodne badania pokazują, że nie działają.  Nie mamy też najlepszych wieści dla mięsożerców. Rozchodzące się po internecie lotem błyskawicy wieści, że smażony bekon to zdrowe jedzenie, są  w najlepszym razie przesadzone.  

„Nie musimy całkowicie wykluczać mięsa z menu, ale powinniśmy jeść go zdecydowanie mniej. Na stole powinno pojawiać się najwyżej kilka razy w tygodniu. I to jeszcze najlepiej wycięte prosto z antylopy, którą upolowaliśmy po wyczerpującym pościgu” – śmieje się dr Śliż.  A białko? Skąd proteiny? Odżywcze aminokwasy? Dr Śliż ma ma gotową odpowiedź.

„Z roślin. Zdecydowanie nie doceniamy białka roślinnego. Owszem, nie ma w jego źródłach produktów o kompletnym zestawie aminokwasów, ale umiejętnie je łącząc, można dostarczyć mięśniom wszystkiego, co potrzebne” – zapewnia dr Śliż. Zwłaszcza że masz przecież jeszcze w odwodzie te kilka porcji mięsa i nabiał. Bo przecież nie zrezygnowałeś z niego za namową internetowych szamanów, prawda?

Życie w równowadze

Gdybyśmy mieli to wszystko jakoś podsumować, wyszłaby zasada:  im prościej, tym lepiej. Nie ma sensu skupiać się na detalach, jeśli nie masz ogarniętych podstaw. To trochę jak z kolarzem, który za grube tysiące odchudza rower o kolejne gramy, a potem wsiada na niego, wprowadzając  do układu 20 kilogramów nadwagi.  

Dziwaczne superfoodsy to raczej temat zastępczy niż realne wsparcie. Poza tym nie składają się z niczego wyjątkowego. Wszystko, co zawierają, znajdziesz w tańszych zastępnikach (tak, całkiem jak w aptece). Nie będą może miały takiego potencjału w generowanu lajków, ale zapewniamy,  że organizm nie poczuje różnicy. Nie musisz kombinować z oknami żywieniowymi, czasem przyjmowania posiłków czy rozkładem makroskładników – żeby schudnąć, potrzebujesz deficytu kalorii, a to wszystko są tylko sposoby na jego osiągnięcie.

Żaden nie będzie miał znaczącej przewagi nad innymi. Nie musisz niczego całkowicie wykluczać z menu (no, może poza tłuszczami trans). Jedz jak najmniej wysokoprzetworzonego jedzenia, tego najtańszego, najniższej jakości, ale w żadnym razie nie znaczy to, że powinieneś zastąpić je ekologicznym, którego ceny przyprawiają o zawrót głowy. Jeśli masz misję przeobrazić się  w mistrza ulubionej dyscypliny sportu, będziemy Cię w tym wspierać,  ale pamiętaj, że wyczerpujący trening  nie jest potrzebny, by zapewnić sobie niezbędną dawkę ruchu.

No i przyda się też trochę zaufania do lekarzy oraz solidna dawka odporności na zdrowotnościową obsesję, która ogarnęła świat. Zrób sobie od niej odwyk. To będzie najlepszy detoks, jaki możesz sobie zafundować.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA