REKLAMA

E-papieros - czy to zabija?

E-papierosy miały być sposobem na ograniczenie przedwczesnych śmierci spowodowanych przez tradycyjne fajki. Jednak fala  doniesień o zgonach amerykańskich waperów stawia pod znakiem zapytania bezpieczeństwo przejścia na fajki bez ognia. Sprawdzamy, na ile zagrożenie jest naprawdę poważne.

vaping, e-papierosy shutterstock.com
Stojąc na terenie National Exhibition Centre (NEC) w Birmingham i pykając sobie z metalicznego cylindra, miałem wrażenie nierzeczywistości. Obok mnie stał Vulcan i dwoje oficerów Starfleet. Oni przyjechali tu na konwencję fanów Star Trek, aby porozmawiać o walce z nowotworami wywoływanymi przez palenie tytoniu, z przedstawicielami brytyjskich producentów e-papierosów. Targi Vaper Expo były dość niecodziennym miejscem do takich rozmów. Z głośników przy wejściu dobiegał numer „Skoro to cię uszczęśliwia” Sheryl Crow, a samo wejście z czerwonym dywanem i feerią świateł bardziej przypominało zachłanne szczęki bram kasyna z Las Vegas niż klasyczne targi.

ZOBACZ: E-papierosy - prawy i mity

Wewnątrz, nad dziesiątkami standów reklamowych, wisiały opary sztucznego dymu. Stosy buteleczek z liquidami, zwanymi przez wtajemniczonych sokiem, hostessy, dużo ledowego światła i muzyki. Dosyć dziwny sposób prezentacji tego, co rząd Wielkiej Brytanii ofi cjalnie nazywa „alternatywnym systemem dostarczania nikotyny”, który „może w znacznym stopniu przyczynić się do poprawy zdrowia publicznego”.

Dym i lustra

Z drugiej strony, dlaczego nie celebrować czegoś dobrego? Już w 2015 roku Public Health England (brytyjska oficjalna agenda zdrowia publicznego – PHE) ogłosiła, że wapowanie jest „o 95% bezpieczniejsze” niż palenie papierosów, ponieważ opary e-liquidów nie zawierają większości szkodliwych substancji chemicznych oskarżanych o wywoływanie chorób, że nie ma w nich rakotwórczych substancji smolistych i że NHS (brytyjska publiczna służba zdrowia) powinna wręcz zachwalać e-papierosy jako jedną z metod rzucania palenia.

Wygląda na to, że to było dobre zalecenie, gdyż dziś, wg danych PHE, nawet 68% tych, którzy zaczęli używać e-papierosów jako zamiennika analogowych papierosów, udało się zerwać z nałogiem palenia. Inne badanie wykazało również, że e-papierosy są dwukrotnie skuteczniejsze niż gumy czy plastry z nikotyną. Dla mnie to żadne zaskoczenie – przerzuciłem się na e-papierosy w 2017 roku, kilka miesięcy przed narodzinami mojego syna. Przeczytałem o związku palenia tytoniu i nagłej śmierci łóżeczkowej.

PRZECZYTAJ: Papierosy i ich wpływ na Twoje ciało i umysł

Zmiana wyszła mi na dobre i była zaskakująco łatwa. „Paliłem kiedyś jak smok – mówi Dan, sales manager firmy zajmującej się dystrybucją e-liquidów, rozkładając towar na stoisku targowym. – Zacząłem, gdy miałam 12 lat”. Krzepki 36-latek w jeansach i czarnym T-shircie ma imponujące muskuły. I faktycznie, po chwili dowiaduję się, że zanim zaczął sprzedawać e-liquidy, był ochroniarzem. Dan wygląda na faceta, który ani nie da sobie wcisnąć kitu, ani nie będzie go wciskał nikomu innemu. Podobnie jak zaskakująco wielu ludzi spotkanych na targach, jego przygoda z wapowaniem również rozpoczęła się od problemów zdrowotnych.

„Jakieś dziesięć lat temu miałem przewlekłe zapalenie oskrzeli, kaszlałem i co chwila łapałem infekcje. To wszystko przez palenie” – mówi. Jego kilkuletni syn przyszedł któregoś dnia ze szkoły i zrobił mu wykład na temat szkodliwości palenia. Jednak rzucenie nie było takie proste. „Próbowałem gum, próbowałem plastrów, próbowałem chyba wszystkiego. Ale nic nie działało”. W końcu w 2013 r.

Dan odkrył wapowanie. Wtedy wciąż była to nowinka technologiczna wymyślona mniej więcej 10 lat wcześniej przez pewnego chińskiego aptekarza. Dan miał trochę wątpliwości, ale postanowił spróbować. I od tego czasu nigdy nie miał już w ustach papierosa. Kiedy zapytałem, czy odczuwa jakieś skutki tej zamiany, odpowiada bez wahania: „Czuję, że mam czystsze płuca. Przestał mnie dręczyć poranny kaszel, a kiedyś codziennie wypluwałem płuca. No i bez wątpienia jestem w dużo lepszej formie”.

Kumpel Dana z firmy, Sam, wtrąca, że dzięki przerzuceniu się na e-papierosy ciągle daje radę w amatorskiej drużynie rugby. A jest już po trzydziestce. „Gdybym wciąż palił, nie dałbym rady dotrwać do końca meczu” – dodaje. Idę przez halę i co chwila wysłuchuję różnych odmian tej samej historii. Każdy opowiada, jak to po przestawieniu się na e-papierosy poprawiło się mu zdrowie. Może tak być – myślę sobie. W końcu wszyscy ci ludzie, podobnie jak ja, wcześniej robili sobie sporą krzywdę fajkami.

Papierosy to wciąż główna przyczyna przedwczesnych zgonów. W latach 40. paliło 80% mężczyzn, obecnie w UK pali już tylko 17%. W Polsce, wg danych GIS, pali wciąż 24% mężczyzn. To dużo mniej niż jeszcze kilka lat temu, ale mimo wszystko z powodu palenia papierosów umiera w naszym kraju ponad 60 tysięcy ludzi. Badania wykazują też, że mniej więcej połowa palaczy umiera przedwcześnie. Papierosy, dzięki filmom i reklamom, wyglądały atrakcyjnie. E-papierosy bardziej przypominają miniwkrętarki i nikt nie wygląda cool, ssając takie metaliczne coś, ale to kolejna zmiana. E-papierosy nie służą do tego, żeby komukolwiek imponować. Ludzie po nie sięgają, żeby żyć dłużej i w lepszym stanie.

Czarne chmury

No dobra, ale może wcale nie jest tak cudownie i oprócz plusów są też jakieś minusy? Czarne chmury gromadzą się za oceanem. W zeszłym roku w USA zanotowano już kilkadziesiąt zgonów i prawie trzy tysiące przypadków poważnego uszkodzenia płuc, które amerykańskie CDC uznało za spowodowane przez wapowanie. Podejrzenia o wywołanie tych problemów padły na dodatki smakowe. W rezultacie tych doniesień administracja Donalda Trumpa wprowadziła zakaz używania niektórych dodatków smakowych. O smaku waniliowym czy deserowym można już w Stanach zapomnieć.

Oficjalne zalecenia służb medycznych USA są następujące: dopóki sprawa tej fali zachorowań i zgonów nie zostanie dogłębnie wyjaśniona, lepiej zrezygnować z e-papierosów. W Massachusetts to już nie było nawet zalecenie: gubernator wprowadził całkowity zakaz sprzedaży produktów do wapowania. Wielu zwolenników e-papierosów na targach w Birmingham te amerykańskie zakazy odebrało nie tylko jako uderzenie w ich biznes, ale również jako atak na ich system wierzeń. Kiedy wspominam o amerykańskich restrykcjach, patrzą na mnie jak na bluźniercę i wygłaszają całą serię teorii spiskowych.

Że to skutek nacisków koncernów tytoniowych (chociaż koncerny posiadają całkiem spory udział w tym rynku) albo fundamentalistów chrześcijańskich, dla których każdy nałóg to grzech. Jeden z handlowców wysunął nawet hipotezę, że ten zakaz to efekt korpucji w rządzie amerykańskim. Że prawdopodobnie system służby zdrowia czerpie zbyt duże korzyści z leczenia chorych na raka, żeby sobie pozwolić na zmniejszenie zachorowań. Inny podejrzewał, że lobby antynikotynowe zaatakowało wapowanie, żeby nie stracić sensu istnienia i źródeł finansowania.

REKLAMA

REKLAMA

Do utraty tchu

Jednak nie wszystkie wątpliwości i podejrzenia były tak paranoiczne. Andrew Moss z Ecigwizard – dystrybutora urządzeń i płynów do wapowania – sądzi, że producenci i dystrybutorzy amerykańscy w pewnym stopniu sami mogą być sobie winni. Podstawowa różnica w podejściu do wapowania między Europą a USA polega na sposobie nadzoru. Unia Europejska już w 2016 roku wprowadziła prawo regulujące podstawowe wymagania dla podgrzewaczy i płynów (Tobacco Products Directive – TPD).

Określono w nim między innymi maksymalną zawartość nikotyny w płynie na poziomie 20 mg/ml. W Wielkiej Brytanii wszystkie produkty do wapowania, zanim trafi ą na rynek, muszą zostać przebadane i dopuszczone (lub nie) do obrotu. W rezultacie budzące wątpliwości dodatki, m.in. takie jak prawdopodobnie powodujący problemy z płucami diacetyl, zostały w UK zakazane już kilka lat temu. W Stanach było inaczej. Nie było praktycznie żadnych regulacji – wprowadza się je dopiero teraz, gdy mleko już się rozlało.

Dla wielu ludzi z biznesu amerykańska afera z wapowaniem jest nie tyle dowodem ułomności samych e-papierosów, ile efektem niskich amerykańskich standardów. Ich zdaniem odpowiednie regulacje są niezbędne. Fakty zdają się potwierdzać te opinie. Na samym początku CDC oskarżyło o powodowanie ciężkich uszkodzeń płuc wszystkie e-papierosy. Jednak lekarze szybko wprowadzili korektę, precyzując, że największym zagrożeniem są prawdopodobnie produkty zawierające THC, czyli główny składnik psychoaktywny marihuany.

80% ofiar śmiertelnych wapowania używało e-papierosów w sposób niewłaściwy – żeby zażywać narkotyki. Co więcej, wielu z tych, którzy trafi li do szpitali, przyznawało, że kupiło zmodyfikowane fluidy nie w normalnych sklepach, tylko na ulicy. W większości krajów Europy THC wciąż jest nielegalne, więc jego używanie jako dodatku do liquidów jest mocno ograniczone. W Polsce dotychczas odnotowano jedynie dwa lub trzy przypadki poważnych problemów z płucami po używaniu e-papierosów, jednak dokładne okoliczności nie są znane. W Wielkiej Brytanii nadal obowiązują zalecenia PHE, wg których e-papierosy są jednym z narzędzi, które mogą pomóc zlikwidować problem palenia tytoniu w UK do 2030 roku.

„Nie zmieniamy zdania na temat e-papierosów – czytamy w oficjalnym oświadczeniu. – Wapowanie nie jest całkowicie wolne od ryzyka, jednak jest o wiele mniej szkodliwe niż palenie tytoniu”. W reakcji na doniesienia o Amerykanach, którzy po ujawnieniu przypadków zgonów po e-papierosach wrócili do palenia papierosów, PAH napisał na Twitterze: „Nie ma takiej sytuacji, w której kontynuowanie palenia papierosów byłoby lepsze dla Twojego zdrowia niż całkowite przejście na e-papierosy”.

Punkt zwrotny

Żeby zasięgnąć obiektywnej opinii, zadzwoniłem do dr Caitlin Notley z University of East Anglia. Kilka lat temu pani doktor, specjalistka od uzależnień, zrobiła badania (za pieniądze Cancer Research), z których wynikało, że wapowanie ułatwia odstawienie papierosów na dłuższą metę nawet u ludzi ciężko uzależnionych. Dr Notley powiedziała, że zgadza się z tym, co twierdzi Public Health England.

Że jej zdaniem e-papierosy są „o wiele, wiele bezpieczniejsze od zwykłego palenia tytoniu” i że zachęcanie ludzi do zmiany analogów na e-papierosy to prawidłowa strategia. Zwłaszcza zaś ludzi biednych, których może nie być stać na inne, najskuteczniejsze metody rzucania palenia. Zadałem więc pytanie, które się narzuca. Bo o ile w zasadzie większość osób się zgadza, że e-papierosy są dobrą alternatywą dla obecnych palaczy, o tyle bardzo niepokojące są dane dotyczące młodzieży, a nawet dzieci sięgających po e-papierosy w przekonaniu, że to nieszkodliwa zabawa.

„Mam wrażenie, że młodzi ludzie w naszym kraju postrzegają e-papierosy jako środek dla dorosłych, służący do rzucania palenia” – odpowiada dr Notley. Innymi słowy, e-fajki nie są postrzegane jako cool. W Polsce sytuacja jest trochę inna. Liczba młodych ludzi regularnie używających e-papierosów zwiększyła się aż sześciokrotnie i dziś, wg danych GIS, wapuje regularnie nawet 30% młodzieży w wieku 15-19 lat. Wielu z nich nigdy wcześniej nie paliło papierosów, w ich przypadku trudno więc mówić o korzystnym wpływie e-fajek. Bo wapowanie nie jest obojętne dla zdrowia. To, że jest mniej szkodliwe, nie znaczy, że jest całkowicie bezpieczne.

Gdy zadzwoniłem do profesora Stantona Glantza, kardiologa z University of California, który od dekad nie ustaje w walce z nałogiem palenia, przez 45 minut wyjaśniał mi, jak niebezpieczne jest dawanie ludziom fałszywego poczucia bezpieczeństwa. Zdaniem Glantza brytyjskie organizacje medyczne okopały się na stanowiskach ustalonych wcześniej i nie przyjmują do wiadomości nowych faktów i wyników badań. Według kardiologa twierdzenie PHE, że e-papierosy są o 95% bezpieczniejsze od zwykłych, jest kuriozalne i że w ogóle rozpatrywanie wapowania jako czegoś bezpieczniejszego jest pomieszaniem pojęć.

REKLAMA

Kto ma rację?

„Nie ma najmniejszych wątpliwości, że e-papierosy szkodzą płucom – mówi prof. Glantz. – Uszkadzają górne drogi oddechowe, wywołują ataki astmy i demolują pęcherzyki płucne, w których dochodzi do wymiany gazowej”. Powiedział też, że z punktu widzenia układu krwionośnego wpływ e-papierosów może się okazać dokładnie taki sam, jak zwykłych papierosów. Następnie cierpliwie wyjaśniał, że często powtarzana opinia o rzekomej całkowitej nieszkodliwości nikotyny to zaklęcie wymyślone w zaciszu gabinetów przemysłu tytoniowego.

Gdy zakończyliśmy rozmowę, profesor wysyłał mi jeszcze wyniki badań, potwierdzające każdą z przedstawionych przez niego tez. Wyraźnie zależało mu na tym, żeby mnie przekonać. I przekonał: czułem, że ten surowy, energetyczny człowiek odważnie i bez owijania w bawełnę krytykujący wszystkich, którzy jego zdaniem nie mają racji, robi to, bo naprawdę zależy mu, żeby pokonać coś, co sam uważa za zdecydowanie zbyt lekceważone śmiertelnie niebezpieczne uzależnienie. Trudno nie uwierzyć komuś tak przekonującemu.

Ale z drugiej strony wierzę też Danowi, dr Notley i badaczom z PHE. Oni byli równie mocno przekonani, że prawda leży po ich stronie. Jeżeli prof. Glantz ma rację i brytyjscy uczeni się mylą, nie dopuszczając nowych danych do wiadomości, my, waperzy, mamy poważne kłopoty. Ale przy tak diametralnych różnicach poglądów specjalistów najbezpieczniej chyba jest przyjąć wyrok zdrowego rozsądku. Jeżeli nie palisz, traktuj e-papierosy jako tak samo niebezpieczne, co staromodne fajki. Natomiast jeżeli w tej chwili palisz i nie potrafisz rzucić, przynajmniej zmniejsz ryzyko, zastępując zapalniczkę baterią. Wydaje się, że nawet jeśli nie o 95%, to jednak e-papierosy są bezpieczniejszym wyjściem niż tradycyjne fajki. Być może jednak jest dym bez ognia...

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA