AIDS i COVID - czego nauczyły nas dwie pandemie?

Pandemia koronawirusa zmieniła świat, w którym żyjemy. Zmieniła także nas. A przecież nie jest to pierwsza choroba zakaźna, która rozprzestrzeniła się na cały świat. 40 lat temu rozpoczęła się inna epidemia – AIDS. Przypomnijmy ją dziś. Pod wieloma względami była inna, ale to nie znaczy, że nie możemy się z niej czegoś nauczyć. Na przykład cierpliwości  i wiary w potęgę nauki.  

COVID, pandemia GettyImages-1215419166
Boimy się różnych rzeczy. Boimy się latać, boimy się ciemności, cmentarzy, duchów, psów, bandytów, wojny i, oczywiście, chorób  i śmierci. Te nasze lęki nie są  w pełni racjonalne. Gdyby były, nikt, kto jeździ samochodem, nie bałby się latać samolotem, nikt nie bałby się duchów ani pająków w Polsce, gdzie tych jadowitych stawonogów jest naprawdę niewiele i ryzyko ukąszenia jest bliskie zeru.

REKLAMA

Strach ma wielkie oczy

Jednak racjonalne szacowanie ryzyka to jedno, a emocje to drugie. Dan Brown, autor „Kodu Leonarda da Vinci”, przypomniał, że boimy się przede wszystkim tego, czego nie rozumiemy, czego nie znamy. Obecna epidemia jest tego doskonałym dowodem. Wiosną 2020 roku w rozmowach ze znajomymi wyczuwałem wyraźne zaniepokojenie. Ludzie się bali, ja zresztą też. W styczniu 2020 roku, kiedy znanego nam dziś doskonale wirusa nazywano jeszcze koronawirusem z Wuhan, pisałem na www.menshealth.pl: „W sieci krąży natomiast mnóstwo informacji o rzekomo katastrofalnej sytuacji w Chinach. Ludzie wrzucają na Twitter filmiki, na których widać ludzi leżących nieruchomo na ulicach miast lub wręcz przewracających się jak w filmach o epidemiach. Można też zobaczyć, jak do tych leżących ludzi podchodzą ratownicy w maskach lub wręcz strojach jak z filmów katastroficznych. Źródła tych filmików są jednak niejasne, z pewnością jednak w samym Wuhan panuje panika – w szpitalach kłębią się tłumy przerażonych ludzi”.

Dziś doskonale wiemy, że pandemia tak nie wygląda, że ludzie nie przewracają się na ulicy i nie umierają jak w czasach zarazy, jednak wtedy jeszcze tej wiedzy nie mieliśmy. Dlatego gdy w marcu pojawiły się pierwsze przypadki zakażenia w Polsce, wielu z nas wpadło w panikę. Niektórzy całkowicie odcięli się od świata, zamknęli się w domach i zdali się na pomoc rodziny i przyjaciół, którzy dostarczali im jedzenie.

Reszta rzuciła się na zakupy: kupowaliśmy maseczki i lateksowe rękawiczki w tak horrendalnych cenach, że dziś trudno w to uwierzyć. Sam cieszyłem się jak dziecko, gdy udało mi się kupić trzy paczki lateksowych rękawiczek po 80 zł za paczkę. Dziś taką samą paczkę rękawiczek można kupić za 16 zł. I właściwie nikt ich już nie nosi w sklepach. Nosimy wprawdzie maseczki, częściej niż kiedyś myjemy lub dezynfekujemy ręce, zachowujemy ostrożność, ale wygląda na to, że przestaliśmy się bać.

Nie pierwszy raz

W latach 80., kiedy na świecie wybuchła epidemia HIV, sytuacja była inna. Początki epidemii skrywa mrok niewiedzy. „Pierwszym znanym medycynie przypadkiem zachorowania na AIDS był 25-letni marynarz z Europy, który zmarł w Manchesterze w 1959 r. W archiwalnych próbkach jego tkanek, w badaniach wykonanych w 1990 r. wykryto HIV” (cytat za „Zakażenia HIV i AIDS – poradnik dla lekarzy”). Później też były pojedyncze przypadki odkryte dopiero po latach, ale problem został zauważony dopiero w roku 1981,  kiedy nagle w środowiskach gejowskich  w Los Angeles, San Francisco i Nowym Jorku „pojawiły się pierwsze przypadki  dość dziwnej choroby. Polegała na tym, że  u tych ludzi rozwijały się zakażenia oportunistyczne, np. w postaci ciężkiego, bardzo szybko postępującego zapalenia płuc, aż do niewydolności oddechowej oraz nowotworów.

Działo się tak za sprawą pierwotniaka, jak wówczas był klasyfikowany, dzisiaj zaliczanego do grzybów. To była słynna pneumocystydoza (znana dotąd jako częste powikłanie u noworodków wcześniaków, które miały niewykształcony właściwie układ odpornościowy), która atakowała  tę odmienną grupę ludzi. Etiologia, czyli przyczyna tych zachorowań u młodych,  dotąd zdrowych mężczyzn, była niejasna”  – wspomina na łamach „Naszej Historii” prof. Andrzej Gładysz, znany zakaźnik, autor wielu publikacji dotyczących HIV i AIDS. Już rok później, bo w 1982 roku, zostaje ustalona nazwa choroby: „acquired immunodeficiency  syndrom” – zespół nabytego  upośledzenia odporności,  w skrócie AIDS.  

W tym samym roku w Europie zanotowano już 771 przypadków tej choroby, chociaż wciąż nie było wiadomo, co ją wywołuje. To udało się ustalić dopiero francuskim uczonym z Instytutu Pasteura pod kierownictwem prof. Luca Montagniera w roku 1983. Od tego momentu wiedzieliśmy już, że to wirus HIV wywołuje AIDS. Na początku dominującą grupą chorych byli mężczyźni uprawiający seks z mężczyznami (MSM).

To właśnie dlatego do AIDS przylgnęła łatka „choroby gejów”. Przez kilka miesięcy w 1982 roku funkcjonowała nawet nazwa GRID – Gay Related Immune Deficiency. Również mięsak Kaposiego, nowotwór wcześniej bardzo rzadki, a u chorych na AIDS spotykany często, nazywany był wówczas potocznie rakiem gejów. Początek epidemii wywołał więc falę strachu, ale ograniczoną głównie do środowisk gejowskich. Heteroseksualna większość traktowała tę chorobę jako dopust boży – coś w rodzaju kary za rozwiązłość. Nawet niektórzy lekarze niechętnie leczyli chorych, sugerując, że są oni sami sobie winni, i nie chcąc ryzykować życia swojego i swoich rodzin.

AIDS grozi wszystkim

Skoro była to wówczas „choroba gejów”, to skąd taki niepokój nawet wśród lekarzy? Ano dlatego, że już pod koniec 1982 roku wiadomo było, że AIDS dotyczy także heteroseksualnych mężczyzn i kobiet, osób przyjmujących narkotyki w iniekcjach, chorych na hemofilię, biorców transfuzji, a także dzieci matek chorych na AIDS. Udało się ustalić, że zarazić się można tylko trzema drogami: przez kontakty seksualne (homo- i heteroseksualne), przez krew oraz że zainfekowana matka może zarazić dziecko. Gdy ta wiedza rozpowszechniła się, AIDS zaczęliśmy się bać wszyscy. Heteroseksualizm nie zapewniał już immunitetu.

AIDS w Polsce

Do Polski, która w latach 80. wciąż była za „żelazną kurtyną”, epidemia AIDS dotarła

z opóźnieniem i miała znacznie mniejszy zasięg niż w krajach zachodnich. Pierwszy potwierdzony przypadek zakażenia HIV zanotowano dopiero w 1985 roku, a zachorowania na AIDS – rok później. W tym samym czasie w Niemczech Zachodnich zdążono już zdiagnozować AIDS u ponad 1000 osób. Taka różnica wskazuje, że zamykanie granic i ograniczenie ruchu między krajami istotnie wpływa na rozszerzanie się epidemii. Oczywiście o takim wyniku decydowały też inne czynniki – homoseksualiści w Polsce mieli mniej miejsc, w których mogliby się spotykać, było zdecydowanie mniej narkomanów, mniejsza też była świadomość lekarzy.

Aż do przełomu lat 80. i 90. problem AIDS był w Polsce dość egzotyczny: większość zakażonych stanowili użytkownicy tzw. polskiej heroiny, dlatego pod koniec lat 80. to właśnie do nich skierowane były głównie ostrzeżenia. Przestrzegano przed używaniem wspólnych igieł, a symbolem człowieka chorego na AIDS był właśnie kołyszący się na ugiętych nogach ćpun. W USA i na zachodzie Europy pierwszy cios ostracyzmu przyjęli na siebie homoseksualiści, w Polsce – narkomani.

Mechanizm był jednak podobny: w powszechnej opinii HIV atakował „innych”, „dziwaków”. Przeciętny Kowalski czuł się bezpiecznie, bo przecież nic sobie nie wstrzykiwał. Po cichu mówiło się też o tym, że AIDS atakuje gejów, ale w oficjalnych komunikatach ten aspekt nie był podkreślany.

Na początku lat 90. również dla Polaków stało się już jasne, że AIDS stanowi zagrożenie dla każdego. Strach wywoływał zaś agresję, bo to właśnie strach leży najczęściej u jej źródeł. Przykładem podszytej strachem agresji wobec ludzi zakażonych HIV było podpalenie w Laskach pod Warszawą założonego przez MONAR domu dla zakażonych dzieci. Nie tylko ten atak, ale i sam fakt, że musiały powstawać schroniska dla osób żyjących z HIV, wiele mówią o panującym wówczas nastawieniu do nosicieli i chorych.

Teoretycznie wiadomo było, jakie są możliwe drogi zakażenia (że tylko przez krew i kontakty seksualne), ale po kilkudziesięciu latach oglądania telewizji, która kłamała w żywe oczy, ludzie byli nieufni. Z podobną sytuacją mamy do czynienia teraz, tylko à rebour.

Wówczas media uspokajały, a ludzie nie wierzyli, dziś media straszą, a ludzie nie wierzą. Nie pomagały nawet apele „Magica” Johnsona – legendy koszykówki, który w 1991 roku przyznał, że jest HIV+ i wyjaśniał, że przez codzienne kontakty nie można się zarazić. Kilka dni po oświadczeniu Johnsona zmarł Freddy Mercury – wokalista Queen. Freddie miał pecha: gdyby choroba postępowała trochę wolniej, być może zdążyłby skorzystać ze skutecznych terapii przeciwwirusowych, które dziś pozwalają żyć i funkcjonować milionom ludzi z HIV na całym świecie.

Pierwszy lek przeciwwirusowy (AZT) zaczęto stosować w terapii zakażonych HIV już w 1987 roku, jednak był on mało skuteczny i wywoływał dużo działań niepożądanych. Dopiero w 1997 roku zaczęto powszechnie stosować terapię kombinowaną, czyli koktajle z trzech leków. W ciągu 15 lat od wybuchu epidemii udało się więc doprowadzić do tego, że dziś zakażenie HIV można już w pewnym sensie uważać za chorobę przewlekłą.

Regularne przyjmowanie leków trzyma w ryzach wirusa, nie dopuszczając do jego namnażania się powyżej pewnej granicy, a więc powstrzymuje rozwój AIDS. Oczekiwana długość życia zakażonych wirusem HIV wciąż jest o ponad 10 lat krótsza niż u niezakażonych, jednak dodatni wynik testu  na HIV nie jest już wyrokiem śmierci.  Od wyznania Johnsona minie w listopadzie 30 lat, a koszykarz wciąż żyje.

Połowiczny sukces

Gdy nauczyliśmy się leczyć zakażonych HIV, zainteresowanie tematem spadło.  Problem solved – jak powiedzieliby Amerykanie. Oczywiście co jakiś czas w mediach wspomina się o AIDS, zazwyczaj w grudniu, kiedy przypada Światowy Dzień Walki z AIDS, jednak informacje nie budzą już takich emocji. Zwłaszcza w Polsce, gdzie liczba zakażonych w porównaniu do USA czy krajów zachodniej Europy jest relatywnie mała. Według  danych WHO w porównywalnej pod  wieloma względami Hiszpanii z powodu AIDS zmarło od początku pandemii  do 2019 roku 48 991 osób, we Francji 37 067, w Niemczech 14 970, a w Polsce 1428.

Gdyby nie fakt, że mówimy tu o tragediach ponad tysiąca rodzin, można by było napisać, że „tylko” 1428 osób. Porównanie zgonów, a nie zakażeń HIV jest o tyle uczciwsze, że liczba osób zakażonych  w Polsce jest prawdopodobnie zaniżona. Według najnowszych danych Krajowego Centrum ds. AIDS w Polsce żyje 26 486 osób ze zdiagnozowanym zakażeniem HIV, jednak epidemiolodzy podejrzewają, że prawdziwa liczba nosicieli może być nawet dwukrotnie większa. Jako że to właśnie nieświadomi nosicielstwa są odpowiedzialni za 75% nowych zakażeń, zachęcamy, żebyś zrobił sobie test.

Można go wykonać bezpłatnie i anonimowo  w większych miastach całej Polski.  Listę punktów konsultacyjno-diagnostycznych znajdziesz na stronie aids.gov.pl. Nie zapominaj też o podstawowej zasadzie, że albo związek, w którym oboje zachowujecie wierność, albo prezerwatywy. Jeśli masz w planie wyjątkowo rozpustny weekend, żyjesz z osobą zakażoną lub  po prostu nie potrafisz sobie odmówić dobrej zabawy, rozważ zabezpieczenie profilaktyczne – tzw. PrEP. To profilaktyka przedekspozycyjna – polega na przyjmowaniu leków przeciwwirusowych albo w trybie ciągłym  – codziennie o stałych porach, albo doraźnie – przed i po stosunku obarczonym ryzykiem.

Nauczka AIDS

Teraz, gdy już przypomnieliśmy sobie historię epidemii HIV, czas się zastanowić, czym się obecna pandemia różni od tamtej i jakie wnioski możemy wyciągnąć z czterech dekad walki z AIDS. Różnic jest sporo. Zacznijmy od skali. Z HIV żyje w tej chwili na Ziemi około 38 mln ludzi. Od początku pandemii wirusa złapało 78 mln, z czego na AIDS zmarły 32 mln w ciągu 40 lat.

Koronawirusem zaraziły się 222 miliony ludzi, a w ciągu niecałych dwóch lat z jego powodu zmarło (wg oficjalnych danych) 4,5 mln. Koronawirus jest zakaźny przez kilka-kilkanaście dni, HIV – przez lata. Od 40 lat nie udaje się opracować szczepionki na HIV, szczepionka na COVID powstała w ciągu roku.

Opracowanie standardów terapii zakażenia HIV zajęło medykom 15 lat, na wypracowanie najskuteczniejszej metody leczenia COVID będziemy pewnie musieli trochę poczekać, ale skoro doczekaliśmy się z HIV, to i z COVID się doczekamy. Potrzebna jest cierpliwość – to jest chyba najważniejsza nauczka. Nauka sobie z pandemią poradzi. Na początku może rozkładać ręce i mówić „nie wiemy”, potem może stawiać błędne hipotezy i proponować niedoskonałe rozwiązania, z czasem jednak hipotezy są weryfikowane, a procedury udoskonalane. Może szczepionki okażą się mniej skuteczne, niż mieliśmy nadzieję. Może będziemy musieli je przyjmować cyklicznie.

A może uczeni opracują lek, który będzie na tyle skutecznie leczył objawy, że korona zostanie zdegradowana do poziomu przeziębienia. Tego nie wiemy. Ale jesteśmy przekonani, że ludzie w laboratoriach coś wymyślą i nauka nas ocali. Stawką jest przecież nie tylko Nagroda Nobla, ale też zdrowie  ich samych i ich dzieci. Trudno  o lepszą motywację.

Bez stygmatu

Na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie. W epidemii AIDS pojęcie grupy ryzyka oznaczało osoby, które mogą stanowić zagrożenie i wyraźnie je stygmatyzowało. Geje, narkomani, prostytutki...

To oni byli podejrzani, budzili niechęć, wręcz wrogość. W pandemii koronowirusa znaczenie grupy ryzyka przesunęło się w drugą stronę – w stronę ludzi, dla których zakażenie jest szczególnie niebezpieczne. Być może to tylko kwestia odmiennego charakteru wirusa, ale my wolimy wierzyć, że przez te 40 lat nauczyliśmy się jako ludzkość koncentrować na ochronie słabszych, a nie na wskazywaniu palcem winnego.

Zobacz również:
Ten trening ze skakanką daje Ci alternatywę: spalasz kalorie ostro albo długo. Wybierz swoją drogę.
ZOBACZ WIĘCEJ
REKLAMA