REKLAMA

Igrzyska zimowe na własnej skórze

Łatwo krytykować sportowców, kiedy siedzi się na kanapie. Ale spróbowałbyś zrobić to, co oni... My spróbowaliśmy. Trzech redaktorów MH sprawdziło, jak trudno wybić się z progu, trafić do tarczy po szaleńczym biegu i pędzić lodową rynną z prędkością 100 km/h.

Jacek Heliasz - heliasz.com
Skoki narciarskie, bobsleje, biathlon - trzy wyzwania, którym przed igrzyskami stawili czoła redaktorzy MH (fot. Jacek Heliasz - heliasz.com)
Setką po lodzie, czyli MH Team w lodowej rynnie

Kiedy w 1988 roku bobslejowa reprezentacja Jamajki startowała na olimpiadzie w Calgary, wzbudzała salwy śmiechu wywrotkami nawet na prostych odcinkach toru. Ale po dwóch ślizgach w lodowej rynnie muszę oddać honor rodakom Boba Marleya - bobsleje to sport dla prawdziwych twardzieli - pisze Adam Furyk.

Szybko, coraz szybciej

Dwóch mężczyzn z wysiłkiem podnosi bobsleja i umieszcza go na specjalnych szynach na linii startu. Chcemy nim ruszyć jak prawdziwi bobsleiści, samodzielnie rozpędzając boba, ale nasz zapał szybko zostaje ostudzony - bez licencji zawodniczej nikt nie ma prawa wstępu na tor. Jesteśmy trochę rozczarowani, ale przyznaję, że to ma sens. Bez odpowiedniego przygotowania pewnie prędzej byśmy sobie połamali nogi niż zdołali nadać maszynie przyzwoitą prędkość.

Zakładamy więc kaski i od razu wsiadamy do smukłego, zielonego bolidu. Najpierw hamulcowy, odpowiedzialny za zatrzymanie boba po ślizgu, który zajmuje miejsce z tyłu. Później wciskamy się ja i nasz fotoreporter, a jako ostatni wsuwa się do środka pilot. Zastanawiam się, jakim cudem bobsleiści są w stanie wskoczyć do boba w pełnym biegu, skoro kabina ma szerokość mniej więcej pół metra. Przerywa mi jednak ktoś z obsługi toru, tłumacząc nam, jak mamy się zachowywać w czasie jazdy.

REKLAMA

Po krótkim instruktażu kiwam głową na znak, że rozumiem, i po chwili z głośnika rozlega się komunikat: "Rusza numer 18, zespół "Men's Health" z Polski!." Szyny przechylają się do przodu i nasz bobslej dotyka płozami lodu. Błyskawicznie nabieramy szybkości, trzęsąc się jak dwudziestoletni maluch na dziurawej wiejskiej drodze, a ja czuję jak adrenalina zaczyna mi buzować w żyłach.

Po pionowej ścianie

Pierwszy zakręt pokonujemy dość spokojnie, ale na kolejnym bob wspina się już na pionową ścianę i rzucam przekleństwo, gdy pod wpływem siły odśrodkowej walę z całej siły kaskiem o burtę. Natychmiast napinam mięśnie karku, bo z rosnącą prędkością zbliżamy się już do następnego wirażu. Tym razem nie testuję kasku pod kątem wytrzymałości na uderzenia, ale przeciążenie powoduje, że głowa opada mi na piersi i przez dwie sekundy gapię się bezradnie w podłogę bobsleja.

Odzyskuję władzę nad ciałem dopiero, gdy wracamy do poziomu i wypadamy na długą prostą. Ponad głową pilota patrzę na tor i widzę, że zbliżamy się już do jedynej na torze pętli. Jasny gwint, wygląda na naprawdę wielką! Serce wali jak oszalałe, pompując krew, w której poziom adrenaliny pewnie przekroczył wszelkie dopuszczalne normy. Spinam mięśnie mocniej niż poprzednio, udaje mi się utrzymać głowę w pionie i dostrzegam, jak przód bobsleja skręca się gwałtownie, kiedy z zawrotną prędkością wjeżdżamy na zewnętrzną część lodowej rynny.

Totalny odjazd!

360-stopniowy wiraż pokonujemy całkiem gładko, ale gdy wyskakujemy znów na prostą, walimy z impetem w bandę. Nim do mojej świadomości dociera ten fakt, pilot błyskawicznie koryguje tor jazdy (jak on jest w stanie sterować tym ważącym z załogą ponad sześćset kilogramów bolidem?!), znów przyśpieszamy i na maksymalnej prędkości pokonujemy resztę zakrętów. Chociaż kurczowo trzymam się specjalnych uchwytów na wewnętrznych ścianach bolidu, to na każdym z nich siła odśrodkowa rzuca mną na prawo i lewo niczym szmacianą lalką.

W pewnym momencie czuję, że bobslej jedzie pod górę, "przytula się" do bandy i kilka sekund później zatrzymuje się. Nie mogę uwierzyć, że to już koniec, ale spiker potwierdza, że zakończyliśmy ślizg z czasem 45,55 sekundy. Podobno niezłym - sporą część trasy przejechaliśmy, pędząc ponad 100 kilometrów na godzinę.

Pilot i hamulcowy z kocią zręcznością opuszczają bobslej, podczas gdy my gramolimy się niczym pijane niedźwiedzie. Stajemy na lodzie na drżących od emocji nogach, a na usta ciśnie mi się tylko jedno: "Jasna cholera, totalny odjazd! Jedziemy jeszcze raz!"

 

1 ... 5 6 7 ... 8
STRONA 6 z 8

Komentarze

 (2)
ZOBACZ KOMENTARZE
REKLAMA