REKLAMA

Życiowy wyścig szczurów - czy można się z niego wypisać?

Nie masz czasem ochoty powiedzieć całemu światu: Stop, ja wysiadam? Zamiast pędzić w nieznanym kierunku (albo po prostu w kółko), oddalić się w jakieś spokojne miejsce, poleżeć na trawie i pogapić się na chmury?

stres, wyścig szczurów, tempo życia shutterstock.com
Kiedy się to wszystko zaczęło? Dlaczego życie we własnym tempie jest passé, a zamiast tego czujemy się zmuszani do nieustannego wyścigu? Jak pisze Svend Brinkmann w swojej bestsellerowej książce „Poczuj grunt pod nogami”: „Prędkość życia nieustannie wzrasta. Bez przerwy musimy ustosunkowywać się do nowych technologii, restrukturyzacji albo zmieniających się trendów dotyczących jedzenia, mody czy cudownych kuracji. Niedawno zakupiony smartfon po krótkim czasie trzeba wymieniać na nowy, abyśmy mogli korzystać z najnowszych aplikacji”. To dotyczy niemal każdej dziedziny naszego życia. Ledwo człowiek się do czegoś przyzwyczai, polubi, za chwilę okazuje się to przestarzałe, niemodne, tuczące albo szkodliwe na potencję.

#1 Pośpiech zabija

Co jakiś czas słyszymy i czytamy o modzie na slow food czy slow life, ale jakoś dziwnie wciąż pozostaje ona jedynie w sferze naszych wyobrażeń o spokojnym i szczęśliwym życiu gdzieś daleko, w okolicach Morza Śródziemnego. A w naszym życiu tempo rośnie z każdym rokiem. Ile razy Twój ojciec zmieniał pracę? No, założę się, że może raz. A Ty, zgodnie z wszelkim prawdopodobieństwem, zrobisz to wielokrotnie.

PRZECZYTAJ TEŻ: Mroczna twarz współczesnego mężczyzny

Będziesz też wielokrotnie zmieniał rodzaj wykonywanego zajęcia. Aby przetrwać, musisz być elastyczny i ciągle się uczyć. Robić wszystko szybciej, intensywniej. To świat szybkich randek, szybkiego czytania, szybkich treningów, szybkich dań przyrządzanych w 10 minut – sam sobie dopowiedz resztę. Nie ma czasu na leniuchowanie, masz być aktywny. Nawet wakacji nie zostawili w spokoju, promując „aktywny wypoczynek” jako jedyną słuszną opcję. Technologia z jednej strony pozwala nam zaoszczędzić mnóstwo czasu, ale z drugiej jakoś nie poświęcamy tego zaoszczędzonego czasu na przykład na spotkania z naszymi starymi przyjaciółmi czy na chodzenie po lesie. Jest wręcz przeciwnie: wszyscy mamy wrażenie, że takiego wartościowego czasu dla siebie mamy coraz mniej.

Jak pisze Svend Brinkmann, we współczesnym świecie, w którym już coraz mniej ludzi wierzy w czekające nas wieczne życie w raju, ludzie usiłują wcisnąć jak najwięcej w to doczesne – jedyne, jakie mamy. Co oczywiście jest skazane na niepowodzenie, bo wbrew temu, co nam wmawiają reklamy, nasz czas i możliwości są ograniczone. Specjaliści twierdzą, że charakterystyczna dla naszych czasów epidemia depresji i wypalenia jest właśnie skutkiem tego nieustannego wyścigu za nieuchwytnym celem.

REKLAMA

REKLAMA

#2 Tuiterazizm

Oprócz nieustannego pośpiechu, nowe czasy charakteryzuje również niewiarygodna ilość specjalistów od dobrego samopoczucia. Mam na myśli tych wszystkich kołczów, którzy wmawiają nam, że dysponują sprawdzonymi metodami, aby tych wszystkich, którzy są smutni i nie nadążają, znowu zmusić do galopu. Jak pisze Brinkmann: „Jeśli ktoś nie potrafi sprostać obowiązkom, na przykład pracuje zbyt wolno, jest pozbawiony energii albo wręcz doświadcza załamania, środkami pomocniczymi stają się: coaching, terapia antystresowa, trening uważności (mindfulness) i pozytywne myślenie.

ZOBACZ: 7 plag nowoczesnego świata

Przesłanie brzmi – naucz się być obecny tu i teraz”. Czujecie to? Jeśli chcecie w życiu postawić na coś trwałego, jesteście wierni jakimś swoim ideałom z młodości (na przykład, że mówienie prawdy jest ważne) albo chcecie być lojalni wobec ludzi, stajecie się, w myśl nowej filozofi i, marudą oporną wobec nieuchronnych zmian, w których radośnie uczestniczą wszyscy lepiej przystosowani. W cywilizacji szybkości należy skoncentrować się na tu i teraz, być w nieustannym ruchu, zamiast zapuszczać korzenie. Jak czytamy w książce: „Poczuj grunt pod nogami”: „Zapuszczanie korzeni polega bowiem na połączeniu z innymi ludźmi – rodziną, przyjaciółmi, dziećmi, ideałami – może także z miejscem, w którym lubimy przebywać, albo z miejscem pracy, wobec którego czujemy jakiś rodzaj lojalności”. Ale właśnie to zapuszczanie korzeni sprawia, że nie tak łatwo nas złamać, mamy bowiem oparcie nie tylko w sobie.

#3 FOMO, czyli gdzieś indziej jest lepiej

Człowiek nowych czasów jest nieustannie poddawany medialnej czy reklamowej presji, którą można najprościej ująć tak: „Nie możesz być w pełni szczęśliwy, zanim nie poznasz, kupisz, doświadczysz tego czy tamtego”. To zrozumiałe – dla korporacji jesteśmy tylko konsumentami, więc najlepiej jest nas utrzymywać w stanie ciągłego głodu czegoś nowego. Przeradza się to u wielu osób w bardzo charakterystyczny syndrom FOMO (Fear of Missing Out), czyli lęk, że coś nas ominie.

Przejawia się on niepokojem, że nie możemy się cieszyć tym, co mamy, bo przecież nie wypróbowaliśmy wszystkich innych opcji. Jak tu się wyluzować, kiedy gdzieś indziej ludzie bawią się lepiej? Jak możemy cieszyć się naszą pracą, skoro w innej moglibyśmy się bardziej realizować? Jak możemy pokochać partnerkę naprawdę głęboko, skoro gdzieś tam może spotkamy inną kobietę, z którą będzie nam lepiej? Jak możemy cieszyć się wakacjami na Sycylii, skoro wybierając Sycylię, odrzuciliśmy inne opcje, a kto wie, może gdzie indziej byłoby fajniej, zabawniej, więcej słońca?

REKLAMA

#4 Nie, nie możesz wszystkiego

Prorocy nowej wiary usiłują nas przekonać, że „możemy wszystko”, że „chcieć to móc”, że aby zrealizować wszystkie nasze marzenia, wystarczy „pozytywne myślenie i wiara we własne możliwości”. Ale przecież im bardziej jesteśmy dorośli, tym bardziej widzimy, że nie wystarczy. Mamy ograniczenia wynikające z miejsca, w którym jesteśmy, z naszego charakteru czy predyspozycji. A także, na przykład, z poczucia obowiązku wobec bliskich. Tak, tak. Nie wyjedziesz, ot tak sobie, na Goa, rozpocząć nowe, wspaniałe życie, kiedy masz pod opieką schorowanych rodziców.

Brinkmann twierdzi, że zdrowszą alternatywą dla kultury zachłanności i folgowania sobie jest stoicyzm, czyli filozofia, która uczy, że dobre życie osiąga się przez pogodzenie się z ograniczeniami, problemami i tym wszystkim, co nieuchronnie niesie ze sobą doczesne życie. Jedną z dróg samorozwoju jest ćwiczenie siły woli i samoograniczania. Nie o to chodzi, aby być niewolnikiem własnych popędów.

Tak samo jak nie o to chodzi, że zawsze musi być przyjemnie. Jeśli nauczymy się znosić niewygody i dyskomfort, to bardziej docenimy to, co mamy. Kluczem do tego jest samodyscyplina. Jak pisze Brinkmann: „Siła woli jest jak mięsień: im bardziej ją trenujemy, tym staje się silniejsza. Dlatego to nie takie głupie odmawiać sobie deseru, lampki wina”. Im mniej podatni jesteśmy na chwilowe impulsy, tym bardziej możemy się skoncentrować na tym, aby robić to, co jest ważne w dłuższej perspektywie.

#5 Skup się na negatywach

Profesor psychologii Barbara Held od dłuższego czasu krytykuje tzw. psychologię pozytywnego myślenia, twierdząc, że przynosi ona zdecydowanie więcej negatywnych skutków. Przykładem niech będzie stosunek do ciężkiej choroby – ludziom wmawia się, że to ich „negatywne myślenie” miało wpływ na rozwój choroby, że powinni się koncentrować, wizualizować albo starać się patrzeć na chorobę jak na „lekcję”.

Popatrzcie na tych celebrytów, którzy się z czegoś wyleczyli i jak radośnie opowiadają, jak choroba zmieniła ich życie na lepsze. Założenie jest takie, że możemy nad tym zapanować, jeśli się bardzo natężymy. A tymczasem jest całe mnóstwo chorób, które zmieniają nasze życie na gorsze – w ogóle nie wpływa na ich przebieg żadna wizualizacja ani pozytywne myślenie. I chory, nie dość, że się czuje podle, to jeszcze ma wyrzuty sumienia, że coś robi źle.

A tymczasem każdy stoik Wam to powie, że lepiej jest po męsku spojrzeć prawdzie w oczy i przyjąć na klatę fakt, iż czasami nie mamy wpływu na to, co się z nami dzieje; czasami czujemy się podle, czasami cierpimy i udawanie, że jest inaczej, tylko pogarsza sprawę. A poza tym, czemu się mamy okłamywać jak jakaś obłąkana #pozytywne zakręcona instagramerka

#6 Pamiętaj o śmierci

Różne media do znudzenia piszą o technice zwanej pozytywną wizualizacją. Psycholodzy sportowi uczą jej sportowców, trenerzy rozwoju osobistego uczą jej swoich klientów. Chodzi generalnie o to, aby zwizualizować sobie osiągnięcie celu, aby tym samym zmobilizować siły psychiczne i fizyczne do rzeczywistego osiągnięcia tego, o co nam chodzi.

Nie negując sensowności tych ćwiczeń, trzeba jednak zauważyć, że nie mają charakteru uniwersalnego. Nie zmienią naszego życia i relacji z innymi ludźmi na lepsze. Nie uodpornią na trudności. Tu przyda się nam ćwiczenie odwrotne, a mianowicie zalecana przez stoików wizualizacja negatywna. Pomyślmy o tym, jak kruchymi stworzeniami jesteśmy, choćbyśmy nie wiem jak pozytywnie myśleli i zdrowo żyli, to i tak prędzej czy później zestarzejemy się i odejdziemy z tego świata.

Jeśli mamy tego świadomość, bardziej doceniamy to, co nas spotyka, a także mniej przejmujemy się drobnymi niedogodnościami. Popatrzmy na swoich bliskich i pomyślmy sobie, że kiedyś odejdą. Pamiętajmy o tym, gdy się wściekamy na nich o jakieś pierdoły. J

ak pisze Brinkmann o memento mori (pamiętaj o śmierci): „Mimo że brzmi to dramatycznie, przypomina nam wszystkim o kresie ludzkiego życia. Ta świadomość sprawia, że czujemy się z innymi mocniej związani i być może powoduje, że łatwiej wybaczamy błędy”. Dlatego zamiast gonić za nieistotnymi sprawami, zadzwońmy dzisiaj do kogoś bliskiego i umówmy się na spotkanie. Odwiedźmy ojca i poświęćmy mu trochę czasu. Bo przecież prędzej czy później przyjdzie taki czas, gdy nie będziemy mogli tego zrobić. Kiedy przestajemy żyć w ułudzie o naszej nieśmiertelności, stajemy się lepszymi ludźmi.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA