Wypalenie zawodowe - po czym poznać i skąd się bierze

Badania wskazują, że ponad połowa z nas jest dotknięta syndromem wypalenia. Czy jest to nieunikniony skutek kultury zapierdolu, która zmanipulowała nam umysły tak, że szanujemy siebie dopiero wtedy, gdy padamy na twarz ze zmęczenia?

wypalenie zawodowe Shutterstock.com

Zanim ktokolwiek z nas usłyszał o Covid-19 lub zastanowił się nad traktowaniem łuskowców na chińskich targowiskach, w 2019 roku Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) opublikowała 11. edycję swojej Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób. Wśród uzupełnień znalazła się nowa definicja terminu „wypalenie”. Wypalenie to syndrom wynikający z „przewlekłego stresu w miejscu pracy, który nie został skutecznie opanowany”. Dokument starannie definiuje to jako zjawisko zawodowe – nie jest więc spowodowane ludzką słabością, ale nieludzkimi oczekiwaniami. I charakteryzuje się trzema wymiarami: „wyczerpanie energii”, „pogłębiające się zdystansowanie psychiczne od pracy”, które przejawia się negatywnością lub cynizmem, oraz „poczucie nieskuteczności i braku spełnienia”.

Co to jest wypalenie zawodowe?

Mówiąc prościej, wypalenie ma miejsce wtedy, gdy napotykasz fizyczne i psychologiczne przeszkody w dawaniu z siebie 150% mocy w pracy. Wypalenie jest plagą dzisiejszych czasów. Wpatrując się w nagłówki medialne z kilku ostatnich dni, czytamy, że dwie trzecie właścicieli małych firm jest wypalonych; 70% prawników i nauczycieli zagrożonych jest ryzykiem wypalenia, nie mówiąc już o lekarzach publicznej opieki medycznej, którzy nie dość, że pracują w kulejącym systemie, to muszą też zmagać się ze skutkami wypalenia się wszystkich innych ludzi, podczas gdy sami są wypaleni.

ZOBACZ TEŻ: Jak walczyć z wypaleniem zawodowym?

Chociaż sytuacja wydaje się gorsza w przypadku niskopłatnych prac, dotyczy to również menedżerów. Zgodnie z danymi OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju) pracownicy w Polsce są w europejskiej czołówce pod względem liczby przepracowanych w ciągu roku godzin. Jak wynika z badania „Dobrostan psychiczny w pracy”, opracowanego przez Smartscope na zlecenie Nationale-Nederlanden i opublikowanego w 2022 roku, na gorsze samopoczucie narzeka coraz więcej pracowników. Aż 75% rodaków odczuwa wzrost stresu w życiu codziennym, a 74% pogorszenie zdrowia psychicznego. Z badania wynika też, że aż 63% Polaków nie czuje, aby kadra zarządzająca starała się zadbać o ich well-being w miejscu pracy. Tymczasem jedynie co dziesiąty respondent uważa, że jego firma podejmuje działania wspierające
zdrowie psychiczne.

Wzrasta również wypalenie rodzicielskie – to taki stan, kiedy jesteś tak fizycznie i psychicznie przytłoczony przez obowiązki związane z opieką, że zagrażasz bezpieczeństwu dzieci. Podczas gdy definicja wypalenia według WHO mówi tylko o pracy zawodowej, to większość rodziców twierdzi, że opieka nad drugim człowiekiem to „praca”, niezależnie od tego, czy otrzymujesz za nią wynagrodzenie, czy nie. Krótko mówiąc, trudno znaleźć grupę pracowników, którym nie grozi wypalenie.

W ciągu ostatnich kilku lat za każdym razem, gdy ankieterzy pytają ludzi o konkretne objawy sygnalizujące wypalenie, to wynik mieści się w przedziale 60-80% (w zależności od metodologii). A wypalenie, jeśli już się pojawi, to raczej samo nie mija, tylko się pogłębia. Zjawisko wypalenia widać w większości krajów zachodnich. Z danych z amerykańskiego rynku pracy wynika, że pojawiło się coś, co nazywają tam „wielką rezygnacją” (ponad 4 miliony osób zrezygnowało z pracy we wrześniu ubiegłego roku, co stanowi 3% siły roboczej). Fakt, że tyle osób odchodzi, oznacza, że reszta musi wykonywać dodatkową pracę, a to potęguje ich wypalenie.

„Nie jest tak, jak myślą niektórzy, że już wyszliśmy z okresu niepewności – mówi psycholog pracy Jeremy Snape (który prowadzi również podcast Inside The Mind Of Champions). – Tak wiele zagrożeń dla naszego zdrowia psychicznego i bezpieczeństwa finansowego jest nieznanych i niekontrolowanych. Mamy kryzys energetyczny i kryzys kosztów utrzymania, który dodaje się do wciąż niewygasłego niepokoju związanego z pandemią”. Można powiedzieć: „Co wy tam w tej Ameryce wiecie? My mamy wojnę za wschodnią granicą i jakoś sobie dajemy radę”. Z tym że wcale nie. To nie jest tak, że duże zagrożenie anuluje te mniejsze – one się tylko sumują, sprawiając, że jesteśmy coraz bardziej zmęczeni psychicznie.

Dodatkowo, pandemia wymusiła dużo zmian w sposobie funkcjonowania firm. Wiele z nich próbuje teraz przekształcić swój biznes, aby sprostać nowym wymaganiom. Jak? No oczywiście – wymagając od ludzi, którzy już się wypalili, by byli kreatywni, energiczni, współpracujący i przedsiębiorczy.

Praca jak religia

Wypalenie nie jest czymś, co można rozwiązać za pomocą wakacji lub „21 sprawdzonych sposobów na życie bez stresu”. Częścią problemu jest współczesna kultura, w której próbuje się zoptymalizować każdy obszar w celu uzyskania maksymalnej produktywności. „To jest coś, z czym naprawdę musimy się zmierzyć – mówi dr Kate Daley, psycholog kliniczny, która od wielu lat pomaga korporacjom dbać o zdrowie psychiczne pracowników. – Nie chodzi tylko o to, co my robimy jako jednostki. Skoro wypalenie jest skutkiem działań firmy, to powinno zająć się tym również kierownictwo. Jest to przecież związane z dużym obciążeniem pracą, brakiem kontroli, dużą niepewnością, co będzie dalej, dużą ilością zmian, a także z wielką presją”.

No, dobrze. Rozumiemy z tego, że jeśli pracujesz dla firmy, która stawia nierozsądne wymagania, to ona musi się zmienić, nie Ty (tak, wiem, że to brzmi zabawnie, ale może chodzi też o to, żeby nie obwiniać siebie, że coś jest z Tobą nie tak, jeśli nie dajesz rady w firmie działającej według chorych zasad). Ale co, jeśli sam jesteś firmą? Ponad 20% wszystkich pracowników w Polsce jest samozatrudnionych – wynika z najnowszych danych OECD. To oznacza, że znajdujemy się w pierwszej dziesiątce państw z najwyższym odsetkiem samozatrudnienia na świecie.

Można powiedzieć, że „częste zmiany”, „duże obciążenie pracą” i „niskie poczucie wpływu” są dość dokładnymi opisami życia zawodowego polskiego przedsiębiorcy zarówno w skali mikro, jak i makro. Działo się tak przed pandemią, a ostatnie lata tylko znacznie pogorszyły sprawę.

Ale zastanówmy się chwilkę. Czy to naprawdę wypalenie? Czy to możliwe, że ponad 70% populacji cierpi na ten sam syndrom? Pisze o tych wątpliwościach Jonathan Malesic w swojej książce „The End Of Burnout”. Sam był ofiarą wypalenia zawodowego w swoim poprzednim życiu, w którym był profesorem wyższej uczelni. Jest zadowolony z tego, że zjawisko to cieszy się szerokim zainteresowaniem, ale ostrzega, że podobnie jak „depresja” i „trauma”, termin ten jest coraz częściej nadużywany do dramatyzowania stanów, które tak naprawdę nie są wypaleniem. „Z jednej strony istnieje niebezpieczeństwo, że nie potraktujemy wypalenia wystarczająco poważnie, utożsamiając je z potrzebą wolnego weekendu – mówi. – Z drugiej strony są tacy, którzy traktują je zbyt poważnie i widzą to wszędzie”.

Jednak nawet jeśli trzymamy się definicji WHO, jasne jest, że coraz więcej osób idzie w tę stronę. „Widzę wypalenie jako doświadczenie głębokiej różnicy między tym, czym praca powinna być, a tym, czym jest – mówi dr Malesic. – Spodziewaliśmy się zbyt wiele, jeśli chodzi o pracę, a jednocześnie warunki uległy znacznej erozji”. Dr Malesic uważa, że zwłaszcza w społeczeństwach Zachodu rozwinięto prawie religijną wiarę w pracę jako źródło nie tylko bezpieczeństwa, stabilności i komfortu materialnego, ale także tożsamości, spełnienia, prestiżu, szczęścia, celu i znaczenia. A przyszło nam żyć w czasach niestabilności gospodarczej, politycznej i technologicznej, stagnacji płac, spirali zadłużenia konsumentów, niedostępnych cenowo mieszkań, szalejącej inflacji i całej reszty. Tak więc, kiedy dajemy w pracy z siebie wszystko i nie przynosi to pożądanych rezultatów, wielu z nas traktuje to jako głęboką osobistą porażkę, nawet jeśli tak naprawdę nie jest to nasza wina. Nieżyjący już teoretyk polityki Mark Fisher nazwał to „prywatyzacją stresu”. A pandemia i jej konsekwencje ekonomiczne oraz psychologiczne jeszcze wszystko pogorszyły.

Po co nam kult pracy?

Adam K. (34 lata) przez wiele lat współprowadził firmę zajmującą się organizacją imprez. Przed samą pandemią poczynili z wspólnikiem duże inwestycje w sprzęt, a potem przyszło, sami wiecie, co. Z żoną na urlopie macierzyńskim, dwójką dzieci w domu i niepewną przyszłością, podczas pierwszej blokady w 2020 roku przeszedł w „tryb przetrwania”. Przeszukiwał internet i swoje kontakty osobiste w pogoni za jakimikolwiek zleceniami, nawet tymi groszowymi.

W pewnym momencie spędzał nawet kilkanaście godzin bez przerwy pracując nad kontentem na pewną stronę internetową. Mimo ogromu wysiłku ledwie starczało na życie i kredyty, ale przynajmniej były to jakieś pieniądze.

Adam siedział przy swoim domowym komputerze dzień i noc, również w weekendy, oganiając się od dzieci oraz domowych obowiązków. Na początku powiedział sobie, że zaciśnie zęby i jakoś przejdzie przez ten najtrudniejszy czas. Ale pracy jakoś nie ubywało. Internet nigdy nie śpi, co wie każdy, kto wykonuje tego typu robotę. Miał świadomość, że jest żywicielem rodziny i nie może sobie pozwolić na odpoczynek. Bo odpoczynek oznacza niezarabianie. Potem, pewnego dnia, ograniczenia pandemiczne zelżały, powoli zaczęły się imprezy i jego firma mogła znowu odpalić działalność. Niestety, wszystko działało na pół gwizdka, w atmosferze niepewności, jak pewnie pamiętacie. Zamiast radości z powrotu do pracy, która dawała mu kiedyś satysfakcję, Adam był zmęczony. Brakowało mu motywacji, złościł się na każdy drobiazg, ale dominującym stanem ducha była apatia. Zdał sobie sprawę, że to chyba wypalenie.

Trzydziestokilkuletni Michał N. dostał wymarzoną pracę w mediach już jako student i wydawało mu się, że lepiej być nie może. „Kiedy wykonujesz pracę, którą kochasz, to pochłania ona wszystko. Nie liczysz godzin tam spędzonych, zarwanych weekendów, imprez z przyjaciółmi, na których nie byłeś, bo przecież najbardziej kręci cię ta robota – mówi. – Ale pewnego dnia zdałem sobie sprawę, że poza pracą nie mogę myśleć o niczym innym”. Wymarzona praca w mediach to jednak niewdzięczna kochanka, bo sytuacja na rynku zaczęła się pogarszać, a roboty przybywało. Zniknęła gdzieś radość, a w to miejsce pojawiło się zmęczenie, apatia i poczucie wyjałowienia życia. „Po kilkunastu latach pracy byłem jak automat: praca, dom, piwo, spać. I tak dzień w dzień. To ma być życie?” – zastanawiał się Michał. Mimo pogarszającej się sytuacji na rynku odnosił sukcesy, których dawni koledzy ze studiów mogli mu zazdrościć. Ale on tego nie czuł. Nic go to nie obchodziło. Był zmęczony i marzył o tym, by się położyć na łące i żeby wszyscy się od niego odczepili.

Apatia i odrętwienie

„Apatia” i „odrętwienie”, które opisują Adam i Michał, to według specjalistów typowo męskie przejawy wypalenia. Jak pisze dr Malesic, badania pokazują, że chociaż kobiety zgłaszają więcej objawów wypalenia niż mężczyźni, mężczyźni częściej doświadczają tego stanu jako depersonalizacji, podczas gdy wypalenie kobiet jest bardziej związane z wyczerpaniem emocjonalnym. Mężczyźni mają też większą skłonność do wypalenia rodzicielskiego. „Przy podobnym poziomie stresu rodzicielskiego mężczyźni mają wyższy poziom myśli samobójczych i częściej uciekają w fantazje niż kobiety. Wyobrażają sobie ucieczkę od rodzicielstwa” – mówi dr Malesic. Uważa, że te reakcje są związane ze „skryptami społecznymi”. „Mężczyznom mówi się: »Twoim obowiązkiem jest wspierać rodzinę, chodzić do pracy i nie narzekać« – wyjaśnia. – Ta etyka jest nadal z nami, chociaż warunki, które ją umożliwiły, już nie istnieją”. Problem polega na tym, że praca nie daje już nam takiej satysfakcji, jakiej oczekiwaliśmy. To samo coraz częściej dotyczy rodzicielstwa. „Nie ma momentu, w którym możesz śmiało powiedzieć, że wystarczająco pracowałeś lub zrobiłeś wystarczająco dużo dla dziecka” – ocenia Malesic.

Jak pracować i nie zwariować?

Co więc zrobić? Zmienić system? Ale na jaki? Bo wypalenie nie jest czymś, co można wyleczyć kilkoma sesjami na siłowni lub tygodniem wakacji w Grecji. Dr Malesic opisuje, że kiedy po raz pierwszy doświadczył wypalenia w swojej dawnej pracy, udało mu się wziąć kilkumiesięczny urlop – tylko po to, by stwierdzić, że wszystkie objawy powróciły. „Nic się nie zmieniło w moich oczekiwaniach wobec pracy i w warunkach pracy” – zaznacza.

Jest jakiś ratunek? Dr Malesic dostrzega szerszą zmianę kulturową. „Kiedy miałem dwadzieścia kilka lat, robiłem wszystko, o co prosił mnie mój szef. Ale tzw. pokolenie Z wydaje się stawiać wyraźniejsze granice między życiem prywatnym a zawodowym. Mówi też o priorytetowym traktowaniu swojego zdrowia psychicznego”. To dobrze rokuje. Zmieniają się też zasady pracy, co jest jednym z nielicznych pozytywnych skutków pandemii. Normą staje się praca zdalna, hybrydowa, elastyczne godziny pracy. A nawet jeśli nie możesz znacząco zmniejszyć obciążenia pracą, możesz sam lepiej zaplanować sobie jej ramy.

Potraktuj odpoczynek poważnie. Zaplanuj sobie przerwy. W większości przypadków wypalenie dotyczy zaburzonej równowagi między pracą a życiem prywatnym. Może ta duma, że dajesz z siebie wszystko w pracy, jest wynikiem zmanipulowania Twojego umysłu przez system? Często ludzie dziwią się, że kiedy obniżą trochę stawianą sobie poprzeczkę, mogą zrobić znacznie więcej. Psychologowie pracy doradzają, że jeśli możemy pozwolić sobie na elastyczne godziny pracy, powinniśmy pracować w zgodzie z naturalnym rytmem naszego organizmu. A to oznacza planowanie najbardziej wymagających zadań na ten czas, kiedy mamy najwięcej energii. To wydaje się takie proste, że aż dziwne, że mało kto się do tego stosuje. Pracuj w zgodzie ze swoim z rytmem dobowym, a będziesz zaskoczony, jak wiele możesz zrobić w stosunkowo krótkim czasie.

Dr Malesic przypomina o słowie „szacunek”. W świecie zachodnim szanujemy ludzi tylko wtedy, kiedy mają płatną pracę. „Ale ludziom należy się szacunek z racji bycia człowiekiem. Nie musisz udowadniać swojej wartości przez pracę. Miej odwagę powiedzieć sobie: „Zasługuję na to, by mieć coś do powiedzenia niezależnie od mojej pracy”. Amen.

Więcej o wypaleniu zawodowym przeczytasz w tym artykule.

REKLAMA