Wiedźmin: Zmora Wilka [Recenzja]

Najnowsza produkcja Netflixa ze świata Geralta i spółki to dowód na mocne umiędzynarodowienie wiedźmińskiego uniwersum. Musimy się przyzwyczaić, że to już produkt o zasięgu globalnym i będzie kierowany do widza na całym świecie, stopniowo zatracając tę nutkę słowiańskiej sielskości. 

Zmora Wilka Wiedźmin: Zmora Wilka
Biorąc to pod uwagę, od razu zaznaczę, że Zmorę Wilka zupełnie inaczej odbiorą fani, którzy wyobrażając sobie bezdroża Królestw Północy, widzą cedeprojektowy ekran gry z płynącymi zeń komentarzami Jacka Rozenka, wcielającego się w rolę Geralta, a inaczej wszyscy Ci, dla których świat pełen wiedźmińskich sekretów wcale nie musi być tak jednoznacznie określony. 

REKLAMA

Zakładam, że ci pierwsi pozwolą sobie na utyskiwania, w których najgłośniej wybrzmią różnice pomiędzy Zmorą Wilka a trzecią częścią gier z Geraltem w roli głównej. Ci drudzy skupią się za to na mocnych stronach nowej historii, a takich, zapewniam, nie brakuje.

I owszem, dla mnie również interpretacja Redów była jak dotąd tą najbliższą ideałowi, ale trzeba przestać oceniać każdy kolejny twór wiedźminopodobny na zasadzie kompatybilności z Dzikim Gonem. Gra była wybitna i kropka, ale należy cieszyć się z faktu, że Geralt staje się gwiazdą na skalę światową. 

A to, siłą rzeczy, będzie niosło ze sobą coraz więcej okazji, by ujrzeć jego poczynania z innej, odświeżonej, zdecydowanie mniej "kanonicznej" perspektywy. Dlatego Zmora Wilka przed pierwszym seansem dostaje ode mnie czystą kartę, a założenie, że "albo słowiańskość, albo śmierć" wykreślamy ze słownika fana.

Wiedźmin: Zmora WilkaWiedźmin: Zmora Wilka

Mają rozmach...

Zmora zaczyna się i kończy tym, co jest jej zdecydowanie najmocniejszą stroną – scenami walki. Jest krwawo, jest szybko, jest efektownie. Twórcy mogli pozwolić sobie na bardzo przesadzone, pełne niemożliwych do wykonania w konwencjonalnym serialu sekwencji batalistycznych, w których walczący zdają się ignorować prawa fizyki i ograniczenia ludzkiego (i nie tylko ludzkiego) ciała. I to nawet mając świadomość, że mamy do czynienia ze światem fantasy i wszechobecną magią. 

Do tej pory wiedźmiński styl walki, prezentowany głównie przez Geralta, kojarzył się raczej z precyzyjną chirurgiczną robotą. Z jak najszybszym zdmuchiwaniem kolejnych płomieni ludzkich żywotów. Oszczędność ruchów Cavilla w pojedynku z bandą Renfri przywodziła na myśl skojarzenie z szermierzami natchnionymi świata Achai. Jeden cios, jeden trup. Wiedźmin nie walczył, on zabijał. Teraz jest inaczej. Zmora Wilka przenosi wiedźmiński fechtunek na orbitę starć znanych starszym czytelnikom z historii o Smoczych Kulach. 

Obok niewątpliwej skuteczności w zabijaniu pojawia się bardzo efektowny styl walki. Animowany Vesemir zmiótłby z planszy Geralta, Vilgevortza i ich kompanów bez większego trudu, nie przestając się przy tym uśmiechać. Jednak ten brak skali i przesada wcale nie rażą. Nie odbieramy tego jako potwarzy dla Białego Wilka i jego wiedźmińskiego kunsztu. Ot, konwencja gatunku obowiązuje i nie byłoby sensu tworzyć anime bez jego flagowych cech. Po prostu ogląda się to wszystko z zapartym tchem. 

Tempo narracji także nie pozwala na złapanie oddechu. Widz nie może liczyć na to, że ta kolejka górska zatrzyma się choć na chwilę. Nie ma suspensów, nie ma chwil wytchnienia. W jednej sekundzie bohaterowie toczą zaciętą szermierkę słowną pośród pałacowych marmurów, by już po chwili znaleźć się w centrum starcia gdzieś w dzikich kniejach Kaedwen. Może to tworzyć wrażenie lekkiego chaosu, ale fabuła jest na tyle nieskomplikowana, że obejdzie się bez nerwowego przewijania opowieści do tyłu. 

Ile wiedźmina w wiedźminie?

Zmora Wilka przenosi nas w czasy młodości Vesemira, czyli znanego nam wszystkim mentora Geralta. Twórcy serwują nam w tym przypadku dość klasyczną podróż bohatera w głąb siebie. Młodzieniec w niczym nie przypomina posiwiałego Vesemira z kart sagi czy gier.

Zamiast sypiącego jak z rękawa moralizatorskimi tekstami, nieco zmęczonego życiem starca, oglądamy aroganckiego, zuchwałego i chciwego gościa, który równie często posługuje się mieczem, co podstępem. Można zaryzykować stwierdzenie, że Geralt, ze swoją skostniałą postawą moralną i dość prostolinijnym zamiłowaniem do prawdomówności nigdy nie polubiłby młodszej wersji Vesemira.

Być może połączyłby ich dość cięty język i ciągota do mocnych trunków. W domyśle również słabość do płci pięknej, choć akurat tego na ekranie nie widzimy – w Zmorze Wilka główny bohater nie ma okazji, by pochwalić się umiejętnością zdobywania niewieścich serc. 

Wszystko jednak zmienia się wraz z rozwojem historii, a my jesteśmy świadkami, jak Vesemir z karierowicza przepoczwarza się w gotowego do poświęceń ideowca. Taka przemiana na przestrzeni zaledwie kilku (kilkunastu?) dni fabuły w ramach prezentowanej historii jest naiwna, ale nie niemożliwa.

Nie poznajmy też wewnętrznych rozterek samego bohatera, a jedynie jego kolejne poczynania. Vesemir musi radzić sobie z wszelakiej maści monstrami, prowokacjami zadzierających nosa rycerzy i nieszczerością przełożonych. Musi też stawić czoła własnej przeszłości i dokonanym za młodu wyborom. Z tych konfrontacji wychodzi jako zupełnie inna osoba. 

Na drugim planie majaczą polityczne intrygi, międzyrasowe wojny, kipiąca wśród ludności nienawiść do wszystkiego, co choć odrobinę odbiega od normalności: elfów, wiedźminów, potworów. Jest też historia upadku Kaer Morhen i dość szczegółowo przedstawiony wycinek szkolenia młodych adeptów wiedźmińskiej fraterni. Mało ma to jednak wspólnego ze szkoleniem.

Niedoświadczeni młodzieńcy są bowiem brutalnie dziesiątkowani przez potwory podczas rozmaitych prób, jednak ich opiekunowie zdają się tym nie przejmować - w świecie Zmory Wilka Kaer Morhen to potężna twierdza, w której nie brakuje rekrutów. Jeden z wiedźminów narzeka nawet, że ludzie chętniej płacą dziećmi niż pieniędzmi. Można powiedzieć, że to świat, w którym krew tańsza jest od wina. 

Dla miłosników wszystkiego, co z Geraltem związane, gratką będzie... on sam. Jednak powiedzieć, że będzie postacią drugoplanową, to jak powiedzieć za dużo. Pojawia się epizodycznie, jednak jego obecność można poczytać jako nieśmiałą zapowiedź kolejnych podobnych produkcji Netflixa. I dobrze. Im więcej przygód z wiedźmińskiego szlaku, tym lepiej. 

Zobacz również:
Są trenerzy personalni, którzy sami potrzebują trenerów i tacy, którzy inspirują innych do działania na co dzień. Paweł Raczyński należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii. W rozmowie z MH opowiada o kulisach pracy trenera, wyjaśnia, który system treningowy jest najlepszy i przekonuje, że dobry strój to już połowa sukcesu. 
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA