W pogoni za Lancem

Próbowały dogonić go setki, jeśli nie tysiące facetów. Bezskutecznie. Ale tym, co czyni Lance'a Armstronga, siedmiokrotnego triumfatora Tour de France i założyciela fundacji Livestrong, nieuchwytnym, nie jest wyjątkowo pojemne serce czy nogi o mocy lokomotywy. To ogień, który ma w środku. Chcesz rozpalić go w sobie?
Art Streiber - Rodale Images
Lance Armstrong to jeden z najbardziej zawziętych facetów świata. Na czele fundacji Livestrong z równie wielką determinacją i pasją walczy dziś z rakiem, jak kiedyś na rowerze walczył z rywalami na kolarskich trasach. (fot. Art Streiber)

Kiedy Lance zaczął biegać, nie musiał pierwszy przekraczać linii mety, ale wyznaczał sobie inne, bardziej osiągalne cele, które motywowały jego oraz innych.

Zadanie domowe

REKLAMA

Natychmiast po swoim pierwszym przejściu na kolarską emeryturę (nie licząc przerwy w karierze po wykryciu u niego raka jądra), Armstrong razem z Ulmanem pojechali do Kolorado, żeby odwiedzić Jima Collinsa, ekonomistę i autora biznesowej biblii "Good to Great: Why Some Comapanies Make the Leap... and Others Don't".

Ulman nie był do końca pewien, jaki był cel tej wyprawy. Znajomi Ulmana uprzedzali go, by miał jakiś plan ewakuacji z Livestrong, bo od kiedy Armstrong porzucił kolarstwo, fundacja miała znaleźć się na równi pochyłej. Przecież ledwie skończył szkołę średnią i nigdy nie poszedł na studia. Nie miał żadnego doświadczenia biznesowego, a jako zawodnik niewiele znaczącej dyscypliny mógł na palcach jednej ręki policzyć, ile miesięcy media będą się nim jeszcze interesować (czy ktoś ostatnio widział Jego Powietrzną Wysokość Michaela "Air" Jordana?).

Lance jednak, zamiast obmyślać zniknięcie, zajął się planowaniem rozwoju. Dlatego właśnie pojechali do Boulder i spędzili cały dzień zamknięci w biurze Jima Collinsa. "Po 6 godzinach wyszliśmy z pomieszczenia z bólem głowy - wspomina Ulman. - Byliśmy psychicznie wyczerpani, przygniecieni ilością informacji, które tego dnia przyswoiliśmy".

Lance mógł poczekać, żeby przekonać się, czy Livestrong ma jakąś przyszłość przed sobą, zanim zapisał się na ten swoisty biznesowy obóz. Zamiast tego jednak, wziął się za trenowanie swego mózgu, aby być gotowym do natychmiastowej reakcji, kiedy przed jego fundacją pojawi się szansa na zrobienie śmiałego kroku naprzód.

Ta nauka przydała się bardzo szybko, kiedy żółte opaski na ręce z chwilowej mody stały się fenomenem na skalę światową (sprzedano ponad 60 milionów sztuk). Lance świetnie się przygotował i był gotów do działań, gdy tylko pieniądze zaczęły szerokim strumieniem spływać na konto fundacji.

Wiara w liczby

"Kiedyś ludzie trenowali na wyczucie - twierdzi Lance. - Nie wiedzieli przy tym, co sprawia, że jednego dnia mogą dać z siebie o wiele więcej niż innego. Teraz wiemy dokładnie, jak na trening wpływa tętno, wysokość nad poziomem morza, kwas mlekowy. Wszystko można zmierzyć" - kontynuuje.

Te wymierne wartości nie tylko pomagają mu w treningu, ale dają wiedzę, kiedy jest w takiej formie, by podczas wyścigu dać z siebie wszystko.

"To dzięki cyfrom wiedziałem, kiedy byłem gotowy do wygranej w Tour de France. Jeśli rano miałem oczekiwaną wagę, a dodatkowo byłem pewien swej mocy, było po wszystkim. Wiedziałem, że nikt nie będzie mnie w stanie dogonić".

Liczby są konkretne i weryfikowalne, nie zmieniają się w połowie wyścigu, gdy nogi palą, a mózg szepcze: "Wiesz co, może to drugie miejsce nie jest takie złe?". Liczby grają z Tobą uczciwie, ale tylko dopóki są w Twoim zasięgu. I tego potrzebował Armstrong po odejściu od pedałowania, by od nowa zdefiniować słowo "sukces".

"Kiedy Lance zaczął biegać maratony, nie myślał o wygranej. Zamiast tego po każdym biegu pytał, ile zebraliśmy pieniędzy i ilu przyszło ludzi" - opowiada Ulman. Nie musiał pierwszy przekraczać linii mety, ale wyznaczał sobie inne, bardziej osiągalne cele, które motywowały jego oraz innych.

Gdy Armstrong zwerbował Koriotha do organizacji pierwszego dobroczynnego wyścigu kolarskiego na 100 mil "Ride for the Roses", ten zaczął od zebrania informacji na temat innego teksańskiego stumilowca - "Hotter'n Hell 100". Wyrobił sobie mylne przeświadczenie, że w każdym z dotychczas rozegranych wyścigów ginęło dwóch jego uczestników (w rzeczywistości w całej historii tej imprezy zmarło dwóch kolarzy). Zadzwonił do Lance'a.

"Człowieku, wiedziałeś, że po tym wyścigu dwóch gości zawsze pada trupem?" - zapytał.

Lance miał jednak asa w rękawie. "Koleś, a wiesz, że każdego roku na raka umiera siedem milionów ludzi? Musisz to jakoś przeboleć" - odparował.

Małe ostrzeżenie

Gdybym był lepszy w zbieraniu informacji, nie wpakowałbym się swoim gadaniem w upokarzające tarapaty. Zanim zacząłem kusić Lance'a dziesięcioma tysiącami dolarów w jego ogrodzie, przeczytałem wszystko, co tylko się dało o jego obecnym treningu. Wiedziałem, że krótko przed ogłoszeniem swojej decyzji o powrocie do kolarstwa, Lance chciał pokonać barierę 2 godzin i 30 minut w maratonie w Chicago. Jego trasa jest płaska i wiedzie po asfalcie. Nic wielkiego.

1 ... 3 4 5
STRONA 4 z 5
REKLAMA