Ale urwał, ale to było dobre! Top Gun: Maverick to trochę film, trochę mem (recenzja)

Pełne zachwytów głosy recenzentów, tylko odrobinę mniej entuzjastyczne widowni, świetny weekend otwarcia w kinach, plus owacja na stojąco w Cannes (w Cannes!) to ostateczny dowód na to, jak bardzo tęsknimy za prostym kinem akcji zrealizowanym w perfekcyjny sposób. Top Gun: Maverick to stary film opakowany w lśniący papier z recyklingu.

Top Gun: Maverick fot. paramount.com

Potrzebowałem tygodnia, by po seansie zdecydować, czy ten film w ogóle mi się podoba czy nie. Za każdym razem, gdy wnioski końcowe miałem już na papierze, z tyłu głowy pojawiała się jakaś drobna wątpliwość, ta jedna myśl, która kazała cały proces rozpocząć raz jeszcze. Gotową recenzję skreślałem dwa razy; były to dwa teksty skrajnie różne, pierwszy Top Gun: Maverick oczywiście wychwalał, drugi - wręcz odwrotnie.

REKLAMA

W trakcie samego seansu bawiłem się świetnie. Tuż po, oczywiście, również. Ale już godzinę po wyjściu z kina, dwa piwa później, taki pewien swoich odczuć już nie byłem. Wątpliwości rosły z każdym kolejnym kwadransem ożywionej dyskusji ze znajomymi, którzy też jak te chorągiewki raz podziwiali Toma Cruise'a, a raz wyśmiewali cały koncept.

Strasznie nierówny jest to film. Świetny i nie jednocześnie. To film, ale też czasami mem. I bardzo dobrze, myślę sobie, ale trzeciej recenzji spisywać już nie będę. Zamiast tego rzucę kilka refleksji, ostrzegając rzecz jasna o potencjalnych spojlerach. Wróć do nich już po seansie.

Sceny w powietrzu w Top Gun: Maverick są genialne

Pal licho, że Tom Cruise najpierw mówił, że samodzielnie pilotował F-18, a później producenci tłumaczyli, że... trochę się przejęzyczył. Gość i tak ma przysłowiowe jaja, co udowodnił zresztą samodzielnymi występami kaskaderskimi nie raz. Pamiętać jednak należy, że w scenach autentycznie kręconych w powietrzu występował nie tylko on, ale cała ekipa aktorów, czyli m.in. Miles Teller, Monica Barbaro, Jay Ellis, Danny Ramirez czy Glen Powell, którzy takiego doświadczenia z ryzykiem na planie jak ich pryncypał siłą rzeczy mieć nie mogli. Wszyscy jednak wypadli zaskakująco wiarygodnie. Nic dziwnego, skoro przeszli specjalistyczny kurs, dzięki któremu nazywać mogą się już nie tylko aktorami, ale też aktorami-pilotami.

I to po prostu widać. Zdjęcia z kokpitów są niesamowite, a montaż łączący szerokie kadry z dynamicznymi ujęciami i detalem dodaje całości mnóstwo realizmu. To ten film, który prawdziwi piloci oglądają bez uczucia zażenowania, a nawet z uznaniem potrafią cmoknąć czy skinąć głową.

Na widzu-laiku to też robi oczywiście ogromne wrażenie. Sceny w powietrzu pompują adrenalinę, pozwalają poczuć prędkość, wysokość i przeciążenia, a przy tym wszystkim po prostu świetnie wyglądają, bo kadry są tu wysmakowane.

To też kolejny ukłon w stronę kina, które spełnia się pracą kamery, poświęceniem ekipy i realizatorską sprawnością. To ukłon w stronę analogowych efektów specjalnych i jazdy bez trzymanki na planie, a nie CGI powstających w postprodukcji.

Top Gun: Maverickfot. paramount.com

Tylko dlaczego wszystko inne wokół jest tak absurdalne?

Przy tym wszystkim cały ten Top Gun: Maverick nie trzyma się po prostu kupy. Nazwijmy rzeczy po imieniu, zanim poszukamy stosownych tłumaczeń: scenariusz requela (trochę remake, trochę sequel) klasyka z 1986 roku wygląda jak praca końcowa, w dodatku zbiorowa, kursantów kreatywnego pisania.

Absurd goni tu absurd, akcja niby zmierza w jakimś kierunku, ale tylko po to, by zatrzymać się i podążyć w trochę innym - i to bez żadnego twistu po drodze. Cały występ Eda Harrisa jest tu zbędny, romans Mavericka z postacią graną przez Jennifer Connoly poprowadzony jest wręcz beznadziejnie i mniej nawet wiarygodnie niż romanse w polskich komediach romantycznych.

Najlepiej wypada tu konflikt Pete'a Mitchella z Bradleyem Bradshaw, czyli synem "Goose'a" z oryginalnego Top Gun, ale to chyba bardziej zasługa Toma Cruise'a i Milesa Tellera, świetnych bądź co bądź aktorów, niż scenarzystów.

A, jest jeszcze wątek Icemana, którego tak jak w pierwowzorze gra tu Val Kilmer. Mam straszny problem z tymi kilkoma scenami, w których Kilmer się pojawia, bo z jednej strony tak dobrze jest zobaczyć go na ekranie raz jeszcze, a z drugiej całość wygląda jak przypadkiem zorganizowane pożegnanie z kinem (i nie tylko), po którym zostać ma kilka ładnych obrazków do wykorzystania później, tylko w czarnobieli. To może i chwyta za serce, ale chyba nie w taki sposób, o jaki chodziło scenarzystom, reżyserowi, producentom.

Zwłaszcza że w filmie nie pojawia się ani Kelly McGillis, ani Meg Ryan. Coś ewidentnie jest nie tak ze światem, a przynajmniej z Hollywood, skoro... i tu może lepiej utnę.

Top Gun: Maverick nie za każdym razem puszcza oko do widza

Za pierwszym razem jeszcze się powstrzymałem. Gdy ktoś o postaci granej przez Toma Cruise'a mówi w Top Gun: Maverick "najszybszy człowiek na ziemi", można mieć jeszcze nadzieję, że to nie efekt olbrzymiego ego aktora, a zwykła autoironia, gra z widzem i własnym wizerunkiem.

Problem polega na tym, że film w kolejnych scenach nie daje jakichkolwiek podstaw, by podejrzewać go o taki autotematyzm. Wszystko jest tu na poważnie, nawet te sceny, które są ewidentnym żartem, podane są z patosem. OK, niech będzie, że to nawiązanie do kina akcji z lat osiemdziesiątych (pamiętacie Commando?). Ale gdy na koniec filmu widzimy jeszcze podpisane portety całej ekipy i Maverick jako jedyny ma fotkę bez koszulki, za to z solidną porcją oliwki, to już tutaj trudno śmiech powstrzymać. To już nie film, tylko mem.

Top Gun: Maverickfot. paramount.com

Top Gun: Maverick ostatecznie wypada gorzej od oryginału

Jest w tym filmie kilka scen jakby żywcem wyjętych z Top Gun z 1986 roku. Sam start i Kenny Loggins ze swoim "Danger Zone" to oczywista kalka - i super. Zamiast siatki na plaży mamy futbol amerykański. Jest i wypadek podczas treningu, jest też pogrzeb jednego z bohaterów, w barze syn Goose'a gra na pianinie tę samą piosenkę.

Niektóre te sceny zrealizowane są więcej niż dobrze i pozwalają widzowi odnaleźć się w historii. Nie można powiedzieć tego jednak o otwarciu, bo tu Joseph Kosinski poradził sobie zdecydowanie gorzej niż Tony Scott. Całość jako film w ogóle wypada od oryginału gorzej. Top Gun było ciekawsze i wcale nie mniej efekciarskie, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że to film, który ma na karku trzydzieści sześć lat. Wersji zremasterowanej do 4K nic nie brakuje nawet dziś.

Nie będzie Top Gun 3

Top Gun: Maverick jako hołd złożony kinu akcji z lat osiemdziesiątych właśnie (a zwłaszcza jednemu filmowi) spisuje się wzorowo, ale ma to swoje konsekwencje. To z jednej strony świetnie zrealizowany film z kapitalnymi scenami w powietrzu. Z drugiej strony to dzieło o zbyt prostej konstrukcji, która i tak potrafi kilka razy niemal się zawalić, bo niektóre sceny śmieszą i żenują zamiast porywać. Trudno mieć tu przekonanie, że to celowy zabieg, bo przecież całe kino kopane i akcji, które pamiętamy z kaset VHS takie właśnie było, bo twórcy konwencją mimo wszystko się nie bawią.

To ten film, na którym można bawić się świetnie, ale przy którym trzeba najpierw wyłączyć myślenie. Po co potem myśleć o sobie źle?

I ostatnia myśl: biorąc pod uwagę fakt, że podbniebne sceny - choć zrealizowane mistrzowsko - wcale nie są miliard razy lepsze niż te z oryginału, spodziewać można się, że Top Gun 3 nie powstanie. W tej stylistyce lepiej i więcej już się nie da. No, chyba że za 36 lat.

Ocena: 7/10 (w tym 2 dodatkowe punkty za sceny w powietrzu).

REKLAMA