[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
4.0

To ten film o lądowaniu na Księżycu musisz zobaczyć właśnie dziś

„Pierwszy człowiek” Damiena Chazelle’a, czyli tego młodego, wybitnego gościa od „Whiplash” i „La La Land” przeszedł u nas, nad Wisłą, trochę po cichu. Za oceanem też niewiele zdziałał, bo w trakcie oscarowej nocy przypadła mu statuetka jedynie za najlepsze efekty specjalne. Czego trochę w redakcji MH nie rozumiemy, bo to kino więcej niż świetne. I to jest ten drugi powód, dla którego – w 50. rocznicę lądowania na księżycu – powinieneś odpalić go właśnie teraz.

Fot. Wiese/FaceToFace/REPORTER
Oglądałem „Pierwszego człowieka” w kinie typu IMAX, w kinie, nazwijmy je, studyjnym oraz kilkukrotnie na własnym telewizorze, korzystając z dobrodziejstwa Apple TV. Za każdym razem czułem to samo; kapitalna historia (lot na Księżyc to tylko wstęp do opowieści o stracie, dążeniu za wszelką cenę do celu, który z każdą chwilą staje się coraz mniej realny, a nawet istotny), fenomenalne role Ryana Goslinga (przedstawiać nie będę) i Claire Foy (znana choćby z „The Crown” Netfliksa), zdjęcia i efekty specjalne, które zapierają dech (trochę wytarty ostatnio zwrot, wiem), no i ta muzyka Justina Hurwitza – no więc za każdym razem czułem to samo, a mianowicie, że oto do czynienia mam z dziełem kompletnym, filmem wspaniałym, mądrym i pięknym.

To wciąż dla mnie najlepszy kawałek kina ubiegłego roku, dzieło zdecydowanie lepsze i pełniejsze niż taki „Green Book”, który zgarnął Oscara za najlepszy film czy pozostałe nominowane do tej kategorii tytuły, z „Czarną Panterą” na czele.

REKLAMA

„Pierwszy człowiek” to wybitny kawałek kina – powód nr 2

To jest powód numer dwa – „Pierwszy człowiek” jest kapitalny. Już pierwsza scena wbija, w której grany przez Goslinga Armstrong wykonuje suborbitalny lot doświadczalnym samolotem rakietowym X-15, wbija w fotel. Panowie, jak to jest nakręcone! Wszystko w kokpicie wprawione jest w ogromne drgania, hałas jest nieznośny, czuć też ogromną prędkość.

Gdy ogląda się tych kilka pierwszych ujęć, przychodzi do głowy myśl, że dać zamknąć się w takiej metalowej puszce i rozpędzić do prędkości ponad 7 tys. km/h to co najmniej istne szaleństwo. Ogląda się to jak najlepszy thriller, ta scena łapie, trzyma za gardło i dopiero po chwili puszcza.

Podobnych, świetnych momentów jest tu zdecydowanie więcej. Samo lądowanie na Księżycu, głośne, przy akompaniamencie zapadającego na długo w pamięć motywu muzycznego, po którym następują TE słowa i TA cisza to istny miód. Mogę oglądać ten fragment setny raz, a i tak wciąż mam gęsią skórkę. „Pierwszego człowieka” ogląda się bowiem niemal jak dokument.

Oczywiście Armstrong i jego historia grają tu pierwsze skrzypce, ale poziom dbałości o detal, przedstawienie poszczególnych etapów w locie, nagrania z kokpitu Apollo 11 i lądownika księżycowego, Ziemia widziana z perspektywy Srebrnego Globu… Można odnieść wrażenie, że w misji, której celem było postawienie ludzkiej stopy i amerykańskiej flagi na Księżycu, po prostu się uczestniczy. A to wielka sprawa.

Taki rezultat pomagają osiągnąć fenomenalne efekty specjalne, za które słusznie „Pierwszy człowiek” odebrał Oscara. Fenomenalne głównie dlatego, bo bardzo dyskretne i w gruncie rzeczy klasyczne, analogowe.

Oglądając ten film, bardzo często można złapać się na myśli, że twórcy chyba po prostu zdecydowali się dokonać tzw. historycznej rekonstrukcji i istotnie posłali dwóch facetów na Księżyc. Kolejne sceny są tak naturalne, że tylko uparte przypominanie sobie, że to tylko film działa otrzeźwiająco na tyle, że widz zdaje sobie sprawę z tego, że do czynienia ma z magią kina, a nie rzeczywistością czy dokumentem z 1969 roku.

Takie samo wrażenie będzie widz miał, gdy do „Pierwszego człowieka” wróci za lat kilka czy kilkanaście. Twórcy postawili bowiem na oldschool, budując makiety, modele, a nawet wielki ekran, na tle którego sceny z udziałem tych pierwszych były kręcone. To się nie może zestarzeć z tego właśnie prostego powodu (obejrzyjcie sobie takie „Mroczne widmo” dla porównania), że całość jest tak blisko realnego świata, pozostając więcej niż namacalna. Zresztą zobacz sam.

 


 


 

Dlaczego powinieneś dziś obejrzeć „Pierwszego człowieka”? – powód nr 1

Bo to właśnie dziś (o ile czytasz ten tekst dziś), 20 lipca 2019 roku, przypada 50. rocznica lądowania na Księżycu. Seans w domu to zdecydowanie dobry sposób na uczczenie tego wydarzenia. Dlatego  wrzucaj płytę Blu-ray 4K (134,99 na empik.com) do napędu albo odpalaj iTunesa. Wypożyczenie w sklepie Apple’a to tylko 14,99 zł za wersję 4K z Dolby Vision i Dolby Atmos. Jeszcze taniej jest na Chili, bo za wersję HD+ (cokolwiek to oznacza) trzeba zapłacić 12,90 zł (za wersję SD jedyne 3,90 zł). Dziś „Pierwszy człowiek” (o 21:00) będzie miał też swoją telewizyjną premierę w Canal+ i na player.pl.

Postscriptum

Szkoda tylko, że w Polsce wciąż nie możemy obejrzeć dokumentu „Apollo 11”, który światową premierę miał w styczniu tego roku, a w Stanach można już dorwać kopię na Blu-ray. Świat donosi, że po seansie trudno podnieść szczękę z podłogi. Patrząc na trailer (poniżej), wierzymy na słowo i uparcie wpatrujemy się w polskich dystrybutorów.


Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij