To nasza wspólna historia

Gościli na łamach MH przed laty. Startowali w konkursie „Czytelnik na okładkę” albo w „Klubie bez balastu” pokazywali, ile oraz jak udało im się schudnąć. Potem nasze drogi się rozeszły i każdy dojrzewał w swoim tempie. O tym, jak wzbogacił się MH, możesz przekonać się w każdym kolejnym numerze. A co mają do powiedzenia bohaterowie MH bogatsi o dekadę doświadczeń? Przeczytaj, naprawdę warto ich posłuchać. 

Bohaterowie MH 200 Motor-Presse Polska
Od lewej: Tomasz Brzózka, Przemysław Stano, Łukasz Wańczyk, Tomasz Węcławowicz, fot. Kamil Majdański

Z okazji dwusetnego numeru Men's Health (05/2021) zebrało nam się trochę na wspominki. Wybaczcie, ale okazja naprawdę zacna. Wróciliśmy więc do kilku dżentelmenów, którzy pojawili się na naszych łamach w czasach smartfonów z ekranem rozmiaru 4,3-cala i rozdzielczości 480 x 800 pikseli.

Mieliśmy graniczące z pewnością podejrzenia, że skoro teraz te urządzenia mają wyświetlacze wielkości kinowych ekranów, to i oni pewnie nie stali w miejscu. I po mniej więcej 10 latach są bogatsi o wiele doświadczeń związanych ze sportem, treningiem i szeroko pojętym zdrowym stylem życia. No i nie pomyliliśmy się. 

Okazało się, że Panowie mają naprawdę sporo do powiedzenia. W magazynie byliśmy niestety ograniczeni objętością stron, więc nie wszystko udało nam się tam zmieścić. Dlatego spotykacie się z nimi tutaj. Miłego! 

Tomasz Brzózka

42 lata, dyrektor klubu sportowego, jeden z trzech zwycięzców pierwszego konkursu „Czytelnik na okładkę MH” z 2008 roku

Bohaterowie MH 200 Tomasz BrzozkaMotor-Presse Polska
Tomasz Brzózka, fot. Kamil Majdański

Na pytanie, co zmieniło się u niego przez te kilkanaście lat, Tomasz odpowiada: „Wszystko”. Na szczęście potem wyczerpująco rozwija tę krótką ripostę. „Sport to mój przyjaciel i towarzysz przez całe życie, jednak na różnych jego etapach mój stosunek do niego się zmieniał”.

Zaczęło się od naturalnej dla dziecka potrzeby ruchu, która z czasem przekształciła się w fascynacje sprawnym i silnym ciałem. Słowem kluczem jest tutaj sprawność, na której Tomkowi bardzo zależało. Dlatego nie poszedł w kierunku tradycyjnego budowania mięśni w kulturystycznym stylu, tylko postawił na fitness gimnastyczny, w którym oprócz sylwetki liczą się elementy siłowe i akrobatyczne. 

I w tej dyscyplinie osiągnął duże sukcesy sportowe - z wicemistrzostwem Polski, występem w finale mistrzostw Europy i półfinale mistrzostw świata włącznie. Później jednak poczuł, że musi coś zmienić: „Utrzymywanie sylwetki z tkanką tłuszczową na poziomie 6% jest na dłuższą metę bardzo uciążliwe, to prawda, ale przede wszystkim chodziło mi o nowe wyzwania. Potrzebowałem spróbować czegoś innego, żeby móc dalej cieszyć się sportem”.

Nowe wyzwania

I tak Tomasz został triathlonistą. Sześciokrotnym ironmanem (raz nawet podwójnym) o bardzo nietypowej sylwetce, bo ważącym ok. 84 kg przy wzroście 179 cm.  „Umięśniona sylwetka zupełnie mi nie przeszkadzała. Mocna psychika i baza wydolnościowa, wypracowana przez lata uprawiania sportu na wysokim poziomie, umożliwiły mi bezproblemowe wejście do dyscypliny o zupełnie innym charakterze” - tłumaczy.   

Nie mniej istotna była zmiana podejścia. Tym razem nie chodziło już bowiem o walkę o najwyższe lokaty. „Liczyły się dla mnie nie zmagania z innymi zawodnikami na trasie, tylko z samym sobą i własnymi słabościami. Dzięki temu mogłem czerpać radość z udziału w wyścigu nawet wtedy, gdy zajmowałem miejsce odległe od podium” - tłumaczy.

Przy okazji triathlonu pojawiły się najpierw biegi maratońskie (10 na koncie, z czego 4 w stroju Spartanina w ramach współpracy z fundacją „Spartanie dzieciom”), a potem zadaniowe, jak Bieg Morskiego Komandosa, Grom Challenge i Katorżnik. W międzyczasie był jeszcze futbol amerykański, w który Brzózka grał przez kilka lat.

Nie byłem mocnym zawodnikiem i nie grałem w drużynie pierwszych skrzypiec. To mi jednak zupełnie nie przeszkadzało. Znalazłem swoje miejsce w ekipie, której pomagałem nie tylko na boisku, ponieważ byłem trenerem przygotowania fizycznego chłopaków” - mówi Brzózka. I chyba radził sobie w swojej roli nieźle, skoro jego drużyna zdobyła mistrzostwo Polski w odmianie futbolu amerykańskiego rozgrywanej w ośmioosobowych drużynach na mniejszych boiskach. 

Umięśniony maratończyk

Mimo zaangażowania w dyscypliny wytrzymałościowe Tomasz Brzózka utrzymuje masę mięśniową na mniej więcej stały poziomie. Wszystko dzięki periodyzacji, która jest efektem wielu lat zbierania doświadczeń i poznawania możliwości własnego ciała. 

Od stycznia do maja szykuję się intensywnie do startu w triathlonie, który wypada przeważnie na czerwiec. Potem na krótko przechodzę do CrossFitu i biorę udział w zawodach. Raz udało mi się nawet zająć trzecie miejsce na Medieval Games. Sierpień to z kolei miesiąc biegów zadaniowych. A od września wracam na siłownię i pracuję nad odbudową masy mięśniowej, która siłą rzeczy w pierwszej połowie roku nieco spada. Grudzień to miesiąc odpoczynku, w którym odpuszczam treningi i ładuję akumulatory, żeby od początku kolejnego roku wrócić do mocnych treningów” - opisuje Tomasz Brzózka. 

Taki harmonogram pozwala nie tylko dbać o mięśnie, ale również unikać kontuzji, które do tej pory Brzózkę omijały. Najważniejsze jednak, że w połączeniu z podejściem bez presji na osiągnięcia, o którym już wspominaliśmy, pozwala 42-latkowi wciąż cieszyć się sportem, ruchem i aktywnością. „Jestem nie tylko sportowcem, ale również, a wręcz przede wszystkim, partnerem, ojcem, pracownikiem. To mrzonki, że wszędzie można dać z siebie 100%. Trzeba więc wybierać, gdzie odpuścić. I ja wybrałem opcję, żeby w sporcie realizować się przez różnorodność, a nie wyniki. Ścigam się wyłącznie ze sobą, a na obecnym etapie życia realizuję się w innych obszarach. Dlatego sport daje mi siłę, zamiast ją odbierać” – wyjaśnia Brzózka. 

Radość ze sportu

Dodaje, że umiejętność odpuszczenia i korzystania wyłącznie z dobrych emocji, które przynosi sport (bo przecież mogą być i złe) uważa za najważniejsze doświadczenie, które zdobył wraz z wiekiem. „Nie można za mocno pójść w rywalizację, ponieważ wtedy łatwo stracić kontakt z samym sobą. Zapomnieć, po co tak naprawdę jest ten cały sport. A jest po to, żeby dawać nam radość i sprawiać, że stajemy się coraz bardziej świadomymi i pewnymi siebie ludźmi. I nie trzeba do tego wielkich zwycięstw. Wystarczą nawet małe. Choćby to, że udało mi się wstać na poranny trening, chociaż tak bardzo mi się nie chciało” - przekonuje Tomasz Brzózka.

Rozmowę kończy tym, że każdy musi znaleźć własny maraton. On, mimo sporych sukcesów na tym polu, wciąż nie ustaje w poszukiwaniach. Stąd kamizelka treningowa, w której widzisz go na zdjęcia. Na swoje 42 urodziny wymyślił sobie bowiem nietypowe wyzwanie.

Zamierza pokonać dystans 42 km i wykonać w czasie biegu 195 pociągnięć w kamizelce o masie 10 kg. Sam bieg też będzie nietypowy, ponieważ zostanie podzielony na odcinki po 6 km, które Tomasz będzie pokonywał z różnorodnym sprzętem treningowym, np. workiem bułgarskim. To naprawdę nie będzie lekka przebieżka...

Łukasz Wańczyk

37 lat, trener biegów OCR i ninja, w 2012 pokazał na łamach MH jak schudł 22 kg

Instagram: lukaszwanczykocr, BeFit24Team

Bohaterowie MH 200 Łukasz WańczykMotor-Presse Polska
Łukasz Wańczyk, fot. Kamil Majdański

Motywami przewodnimi rozmowy, którą przeprowadziliśmy z Łukaszem Wańczykiem po latach, jest pasja i spełnianie marzeń. Kiedy widzieliśmy się w 2010 roku, pokazywał na łamach MH jak schudł 22 kg. Ten absolwent AWF i były koszykarz, przez wiele lat grający półzawodowo, stracił formę i nabrał balastu, gdy skończył studia i zaczął stałą pracę. W wirze codziennych obowiązków z codziennego harmonogramu nagle wypadła intensywna aktywność, które wcześniej dawała mu sprawność i szczupłą sylwetkę. 

I nagle okazało się że waga pokazuje 94 kg, a dawna sprawność pozostała wspomnieniem. Dla sportowca było to na dłuższą metę nie do wytrzymania, więc dało mu impuls do walki, której efekt pokazaliśmy w 2010 roku. 22 kg na minusie to sporo, ale jednak nic bardzo wyjątkowego. W końcu sporo ludzi ma na koncie duży sukces w odchudzaniu. 

Statystki pokazują jednak, że niewielu z nich na dłuższą metę jest w stanie utrzymać ten stan. Tymczasem Łukasz, którego spotykamy dzisiaj, jest w naprawdę wyjątkowej formie sportowej. Jak to osiągnął?

Kluczem do sukcesu jest pasja

Kiedy wróciłem do formy, byłem trochę na rozdrożu. Miałem świadomość, że w koszykówce wiele już nie osiągnę, a była we mnie potrzeba uprawiania sportu i współzawodnictwa. Spróbowałem udziału w biegach przeszkodowych i okazało się, że ten świat błyskawicznie mnie wciągnął” – wspomina Łukasz.

I to na tyle, że Łukasz rozwijał się równie szybko jak cała dyscyplina biegów OCR, która obecnie aspiruje do wciągnięcia na listę sportów olimpijskich. Wańczyk został zawodnikiem i osiągał poważne sukcesy sportowe - zajął 4. miejsce na mistrzostwach Europy, był też członkiem sztafety, która zdobyła 5. lokatę na mistrzostwach świata. Nieźle, jak na faceta, który trochę wcześniej pod górkę mógł wejść jedynie marszem, prawda?

Osiągnięcia sportowe smakowały i motywowały, ale nie dawało mu spokoju niezrealizowane marzenie z młodości: o tym, by zostać trenerem. Kiedyś myślał o tej pracy oczywiście w kontekście koszykówki, ale skoro zmienił dyscyplinę, postanowił spróbować sił w OCR i ninja. Wyzwanie było tym trudniejsze, że to nowa dyscyplina, wymagająca unikatowych rozwiązań, które nie dorobiła się jeszcze własnej metodyki. 

Dzieci cieszą się mocniej

Po studiach na AWF Łukasz miał odpowiednie podstawy, bo wiedział, jak kształtować podstawowe cechy motoryczne potrzebne do biegów przeszkodowych: siłę, moc, szybkość i dynamikę. Dołożył do tego własne doświadczenia sportowe i zaczął trenować ludzi.

Jego metodologia chyba się sprawdza, bo obecnie w drużynie BeFit24 Team jest już około 110 osób. Jednak to nie ich imponująca liczba, albo wyniki sportowe są najlepszą miarą sukcesu Łukasza, ale to, że wielu z nich zdecydowało się powierzyć mu to, co mają najcenniejszego. Z czasem przyprowadzili bowiem swoje dzieci i nalegali, żeby swoją pasję przekazywał również im. Nie trzeba było dwa razy prosić.

Praca z najmłodszymi przynosi nieprawdopodobną satysfakcję. Radość ćwiczących dzieci, które błyskawicznie łapią technikę i bez barier lękowych podchodzą nawet do trudnych ćwiczeń, jest wyjątkowa. One cieszą się jakoś bardziej” – oczy Łukasza aż śmieją się, gdy opowiada z dumą o swoich kilkuletnich podopiecznych.

Grupa daje siłę

Energia, którą przekazują, jest teraz bardzo potrzebna. Wańczyk przyznaje, że okres pandemii i przymusowe postojowe to dla niego ciężkie doświadczenie. „W marcu 2020 roku w pierwszej chwili pomyślałem, że to zwolnienie tempa może mi się przydać, bo pracowałem bardzo dużo. Szybko jednak okazało się, że sytuacja się przeciąga, a odcięcie od aktywności wpływa na mnie przygnębiająco. Ostatni rok był bardzo ciężki, wielokrotnie czułem się wręcz podłamany” - wspomina Łukasz Wańczyk. 

I zaraz dodaje, że rok pandemii nie był źródłem jedynie negatywnych doświadczeń. Uświadomił mu bowiem, że podobnie do niego myśli grupa ludzi, którymi był otoczony. Im również nieprawdopodobnie brakowało ruchu. I to dało impuls do działania.  

Mimo niepewnej (delikatnie mówiąc!) sytuacji, w której znalazła się całą branża fitness, podjął decyzję o otwarciu w Krakowie własnej siłowni dedykowanej treningowi OCR i ninja. Obiekt ma być wyposażony w szereg akcesoriów niezbędnych do specjalistycznych ćwiczeń, między innymi specjalne klatki.

Trening OCR to forma ruchu dająca wyjątkowe poczucie wolności, wręcz wrażenie latania. Po roku pandemii wiem, jak bardzo jest ono ludziom potrzebne i chcę im je dać. Jakoś zrewanżować się za tę siłę, którą przekazują mi jako grupa zjednoczona wspólną pasją” - Wańczyk kończy rozmowę tak stanowczo, że wychodzę przekonany: realizacja kolejnego z jego marzeń jest już tylko kwestią czasu.  

Tomasz Węcławowicz

37 lat, trener, w 2012 roku startował w konkursie Czytelnik na okładkę

Instagram: flagowy_trener

YouTube: Hyperactive Boys

Instagram Wojciecha Węcławowicza (ojca Tomasza): fit_oldboy

Bohaterowie MH 200 Tomasz WęcławowiczMotor-Presse Polska
Tomasz Węcławowicz, fot. Kamil Majdański

Tomasz Węcławowicz był trenerem personalnym już w 2012 roku, kiedy starał się o to, by znaleźć się na okładce MH. „Na początku swojej drogi trenerskiej byłem gratisem do karnetu. Doradca i konserwator w jednej osobie” – śmieje się.

Ten gratis był jednak tylko przystankiem, ponieważ Tomasz nieustannie się rozwijał: „Cele sylwetkowe z czasem okazały się dla mnie drugoplanowe, a motorem napędowym stało się kształtowanie cech motorycznych w różnych dyscyplinach i na różnym poziomie zaawansowania. Nieustannie kombinowałem, jak zaprogramować trening, żeby wykonać jakieś nowe salto, zrobić flagę albo podciągnąć się na jednej ręce”. 

Wszechstronny flagowy_trener

A cele - jak pokazało życie - okazały się bardzo różne. Z jednej strony praca nad własnym rozwojem związanym z ukochaną akrobatyką. Z drugiej dopieszczanie sylwetek klientów. Z trzeciej nietypowe zadania, jak walka z urazami. „W pewnym momencie odniosłem bardzo poważną kontuzję, zerwałem ścięgno Achillesa. Lekarze przewidywali, że powrót do pełnej sprawności nie będzie w ogóle możliwy. Roztaczali wizję, że będę mógł co najwyżej podbiec do autobusu. Na szczęście okazało się, że moja wiedza i doświadczenie połączone z konsekwencją przyniosły efekt. Już w dniu ściągnięcia gipsu byłem na siłowni i miałem opracowany plan działania. Dzięki niemu jestem obecnie równie sprawny, co przed kontuzją” - mówi Tomasz, znany na Instagramie jako flagowy_trener. 

W rozwoju trenerskim pomagały mu różnego rodzaju szkolenia, ale najbardziej istotne okazało się mozolnie zbierane z latami pracy doświadczenie. „Każdy trening własny i z podopiecznymi pomagał rozwijać mi świadomość ciała i ruchu. Trener zderza się z różnymi osobami i musi być uważnym obserwatorem, który potrafi wejść w ich buty. Bo to, co dla jednego jest banalnie proste, dla drugiego okazuje się niemożliwe do wykonania. I to uważne podejście wraz z testowaniem na sobie coraz to nowych treningowych metod z czasem pozwoliło mi rozwinąć warsztat, który pozwala dopasować ćwiczenia tak, aby osiągnąć konkretny efekt. I to nawet w dyscyplinie, w której sam nie jestem mocny” - zdradza Tomasz Węcławowicz.  

Rodzinna tradycja

Ojciec Tomasza - Wojciech Węcławowicz - był sportowcem trenującym skok wzwyż i to on własnym przykładem zaszczepił mu pasję do sportu. Od najmłodszych lat pokazywał, jak ważna jest wszechstronność i fun z aktywności fizycznej.

Z czasem okazało się, że role się odwróciły i Tomasz może się ojcu odwdzięczyć za to, że ten go uformował sportowo i życiowo. Wojciech Węcławowicz dzięki lekkoatletycznym treningom długo był w dobrej formie, ale z czasem pojawiło się jednak kilkanaście nadprogramowych kilogramów, a wyniki badań nie napawały optymizmem.

I wtedy do akcji wkroczył junior, stając przed najpoważniejszym wyzwaniem w całej swojej trenerskiej karierze. „Na początku chodziło jedynie o poprawę zdrowia i redukcję masy ciała. Ojciec okazał się jednak wyjątkowo sumiennym podopiecznym. Przychodził do mnie na normalne treningi i ciężko pracował. Forma rosła w oczach, więc z czasem pojawił się pomysł, aby przygotować się do lekkoatletycznych mistrzostw świata dla jego kategorii wiekowej” - wspomina Tomasz Węcławowicz. 

O tym, jak poszło na zawodach Panu Wojciechowi nie będziemy pisać - sam możesz się o tym przekonać, zaglądając na kanał Hyperactive Boys na YouTube. Niedługo po powrocie z mistrzostw pojawił się bowiem pomysł, aby dokumentować niesamowitą przemianę, jaką dzięki trenerskiemu warsztatowi Tomasza przeszedł jego ojciec. 

Radość ze sportu

Powiemy tylko, że Wojciech Węcławowicz obecnie zupełnie nie przypomina typowego 67-latka. Ćwiczy żeby dłużej utrzymać flagę, wykonać skok na wake’u czy zrobić kilka muscle up’ów. Ma sylwetkę, której może mu pozazdrościć zdecydowana większość młodych sportowców. Nie jest ona jednak celem, tylko efektem ubocznym treningów ukierunkowanych na sprawność, pozwalającą cieszyć się aktywnością i życiem.

Obaj panowie każdym filmem udowadniają, że to właśnie o radość z ruchu w tym wszystkim chodzi. Nieustannie próbują nowych sportów – ostatnio na topie jest kitesurfing, a na realizację czeka marzenie o surfingu w Portugalii. „Chcemy udowodnić, że przyjemność płynąca z aktywności jest dostępna dla ludzi w każdym wieku” - przekonuje Fit Oldboy, czyli Wojciech Węcławowicz. 

Efektem ubocznym wspólnych treningów okazał się też nieoczekiwany powrót do przeszłości. „Nasze życia w pewnym momencie się rozeszły, każdy miał swoje sprawy, które go pochłaniały, ale teraz znowu spędzamy wspólnie mnóstwo czasu. Nawet jeździmy razem na wakacje, jak wtedy, gdy byłem dzieckiem. Bez wspólnej pasji i radości, jaką daje sport, to zbliżenie byłoby trudne” – przekonuje Tomasz Węcławowicz. 

W czasie sesji zdjęciowej często obserwuję obu panów. Zwracam uwagę na to, jak ze sobą współpracują, jak się do siebie odnoszą. Ten uśmiechnięty duet działa w tak zgrany sposób, że postawiłbym każde pieniądze na to, że to nie sprawność, ale właśnie łącząca ich relacja stała się największym prezentem, jaki dostali od sportu. 

Przemysław Stano

32 lata, dietetyk kliniczny i psychodietetyk, coach; w 2012 roku na łamach MH pokazał, jak schudł aż 74 kg

Bohaterowie MH 200 Przemysław StanoMotor-Presse Polska
Przemysław Stano, fot. Łukasz Majdański

Gdyby Przemysław Stano był superbohaterem, jego unikatową mocą byłaby umiejętność autentycznego zrozumienia problemów osób, które muszą borykać się z otyłością, zwłaszcza tą olbrzymią. W końcu sam kiedyś ważył 150 kg.

Z własnego doświadczenia wiem, jak zamknięci są to ludzie i jak trudno im poprosić o pomoc. Łatwo powiedzieć: »Idź, poćwicz«. Ale jak to zrobić, skoro trudność sprawia już samo wejście na bieżnię czy rower? Te emocje i kompleksy zostają potem na wiele lat, może nawet na całe życie. Dlatego o wiele łatwiej jest otworzyć się na człowieka, który musiał radzić sobie z podobnymi problemami. I od niego przyjąć pomoc” – wyjaśnia Stano.

Kiedy udało mu się schudnąć aż 74 kg, co pokazał na łamach MH w 2012 roku, zyskał świadomość, że teraz zalicza się do niewielkiej grupy, której będzie łatwiej wspierać osoby borykające się z otyłością. „Mój sukces w redukcji wynikał właściwie tylko z siły woli, bo nie miałem przecież żadnej wiedzy teoretycznej o diecie czy treningu. Postanowiłem więc, że taką wiedzę zdobędę, aby móc fachowo pomagać innym”.

Nowe kwalifikacje

W ciągu kolejnych lat ukończył szkolenia i kursy trenerskie, a później także studia z zakresu dietetyki o specjalności dietetyka kliniczna i psychodietetyka. Na początku mocniej stawiał na aktywność fizyczną i żywienie, ale praca z ludźmi uświadomiła mu, że jego kompetencje wciąż są niepełne. „Lęk przed kpiącym spojrzeniem na siłowni czy strach przed porażką to potężne uczucia, które sprawiają, że ludzie wycofują się, zanim na dobre podejmą walkę. Chciałem skuteczniej ich wspierać, więc zacząłem dokształcać się również w dziedzinie psychodietetyki i coachingu” – tłumaczy Stano.

Dzięki nowym kompetencjom nie jest już trenerem. Teraz pracuje jako wykładowca akademicki oraz w szpitalu miejskim, w którym układa jadłospisy dopasowane do różnych chorób. To już nie jest luźna współpraca, pozwalająca w miarę swobodne planowanie dnia, tylko pełnoetatowe i pochłaniające zajęcie związane z dużą odpowiedzialnością.

A wraz z nim przyszła konstatacja, że dietetyków nie omijają problemy, z którymi muszą borykać się ich podopieczni. Stano ostatnio złapał się bowiem na tym, że z upływem lat w tym zawodowym pędzie trochę zaniedbał samego siebie.

W praktyce okazuje się, że w nawale codziennych obowiązków zawodowych i rodzinnych łatwo jest samemu nie zauważyć, jak czas zaczyna przeciekać przez palce. A powód, dla którego rezygnujemy z treningu, zaczyna niebezpiecznie przypominać wymówkę. I ludzie, zajmujący się dietetyką oraz odchudzaniem zawodowo, tacy jak ja, wcale nie są wyjątkiem. Wszyscy musimy być szczególnie uważni, bo wirus braku aktywności działa niespostrzeżenie i jest groźny dla absolutnie każdego” – mówi szczerze Stano, odpowiadając na pytanie o najbardziej istotne doświadczenia ostatnich lat.

Wolniej, ale dalej

Co robić, żeby temu wirusowi się oprzeć? „Aktywność musi być dla nas przyjemnością” – podkreśla, dodając, że często zbyt mocno stawiamy na rywalizację i wyniki, przez co do treningu trzeba się zmuszać. „W tym wszystkim nie chodzi o tempo i ilość spalonych kalorii. Dlatego teraz staram się promować raczej aktywność, niż sport. Zamiast zajęć z indoor cycling, na których wylewa się siódme poty, obecnie prowadzę nocne przejażdżki rowerowe w okolicach Pabianic, w których mieszkam. Zaczęło się od małej grupki znajomych, a potem zdarzały się wycieczki, w których brało udział nawet około 100 osób. Widok takiej ekipy jadącej po ciemku z latarkami to niezapomniane przeżycie. Taka frekwencja do pewnego stopnia wynika pewnie z tego, że traktujemy jazdę nie jako wyczyn, ale spotkanie towarzyskie” – mówi Stano.

Zwraca również uwagę, że idealna sylwetka wymaga na co dzień wielkich poświęceń i podporządkowania staraniom o nią trybu życia. Dla większości ludzi mających pracę, rodzinę, to może być zbyt dużo. A nie trzeba przecież mieć widocznych mięśni brzucha, żeby być zdrowym i sprawnym człowiekiem.

 

HISTORIE NASZYCH BOHATERÓW ORAZ WIELE SPRAWDZONYCH I NOWYCH PATENTÓW  ZNAJDZIESZ W MAJOWYM NUMERZE MH. SZUKAJ W KIOSKACH, SALONACH PRASOWYCH, ALBO KUP WERSJĘ CYFROWĄ NA E.MPP.PL

Zobacz również:
Możesz do końca roku dźwigać ciężary, ale Twoje ciało nie potrzebuje tego tak bardzo, jak myślisz. Trenuj mądrzej, nie ciężej, a efekty tego programu  z obciążeniem tylko własnego ciała zobaczysz jeszcze przed wakacjami.
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ