TOP GUN: Maverick – jak trenowali aktorzy?

„Top Gun: Maverick”, sequel legendarnego filmu akcji z 1986 roku, wreszcie wylądował w kinach. Maverick i Iceman wracają, fundując nam kawał podniebnej rozrywki. A tuż za nimi trzymają się młodzi skrzydłowi. Czy Jay Ellis, Danny Ramirez i Glen Powell to nowe gwiazdy kina akcji?

TOP GUN: Maverick Zdjęcia: ArtStreiber

Oglądanie „Top Gun” w wersji z 2022 r. nie różni się tak bardzo od oglądania oryginału z 1986 r. Wciąż z wypiekami na policzkach obserwujesz obłędne sceny powietrznych przepychanek. Znowu zastanawiasz się, dlaczego nie zostałeś wojskowym pilotem takiego superanckiego myśliwca. I po raz kolejny przekonujesz się, że chyba nie masz wystarczająco przerośniętego ego na to stanowisko. I znów: połowa dialogów dotyczy tego, jak nieodpowiedzialne decyzje podejmuje Maverick, a druga połowa tego, jak niesamowitym pilotem jest Maverick. Plus klasyka gatunku: Maverick na motocyklu, Maverick bez koszulki i Maverick bijący rekordy prędkości. Nie oszukujmy się: ten film jest bardzo drogą walentynką dla Toma Cruise'a i awiacji.

Walentynka ta, jak każde miłosne wyznanie, jest nieco subiektywna i cholernie skoncentrowana na jednym. Dlatego dialogi są sztywne, postacie zbudowane powierzchownie, a misja wzięta z kosmosu. Ale zarówno oryginał, jak i sequel to świetne filmy – z dwóch powodów. Po pierwsze: sceny w powietrzu. Zarówno reżyser jedynki – Tony Scott, jak i Joseph Kosinski, reżyserujący dwójkę – zaangażowali do pracy przy filmach prawdziwych pilotów marynarki wojennej, latających prawdziwymi odrzutowcami marynarki wojennej.

Nie odpuścili też aktorom: każdy z filmowych asów musiał na własnej skórze poczuć 7G. Po drugie: Toma Cruise'a i resztę jego załogi chce się oglądać. Seans to dwie godziny czystej rozrywki i naprawdę świetnej zabawy. „Top Gun: Maverick” pełen jest odniesień do poprzedniej części: Maverick wyciąga z garażu motocykl Kawasaki, Iceman pyta, kto jest lepszym pilotem, a w barze wciąż stoi szafa grająca. Pociągające jest jednak to, że film odnosi się także do hollywoodzkich realiów.

Kiedy Maverick słyszy, że na wszystkich przyjdzie kiedyś pora, odpowiada z bezczelnym uśmiechem: „Być może kiedyś przyjdzie. Ale nie dziś”. I wydaje się, że tak jak drony nie zastąpią na razie pilotów myśliwców, tak samo świat wysportowanych gwiazdorów kina akcji szybko nie ustąpi cyfrowym awatarom. A jeśli wyszkoli ich sam Tom Cruise, powinniśmy zapamiętać ich nazwiska.

Danny Ramirez

„Nie powiedziałbym, że śmiertelnie boję się latania, ale... ” – początki przygody Danny'ego Ramireza z „Top Gun: Maverick” nie brzmią najlepiej.

TOP GUN: MaverickZdjęcia: ArtStreiber

 

Jego kariera aktorska rozpoczęła się zaledwie siedem lat temu od tak znakomitych ról, jak „Koleś z busa przeprowadzkowego #1” czy „Spanikowany student”. Jak udało mu się tak szybko wskoczyć do obsady prawdziwego hitu? Korzysta z szans. „Zawsze skaczę na głęboką wodę. Później mam do wyboru: pływać albo utonąć” – mówi 29-latek. Kiedy pytam Josepha Kosinskiego, reżysera „Mavericka”, o strach Ramireza przed lataniem, ten nie może uwierzyć. „Danny nigdy nie okazywał lęku podczas treningów lotniczych” — mówi.

To, co Kosinski nazywa „treningiem lotniczym”, Ramirez ochrzcił „Szkołą Badassów Toma Cruise'a”. Rzeczywiście, to Cruise we własnej osobie opracował wyczerpujący, pięciomiesięczny kurs lotniczy dla aktorów. „Nauczyłem się tam rzygać, a od razu po tym grać” – wyznaje Ramirez.

Nauczył się także ufać instynktom: nie tylko swoim, ale też kolegów. Ramirez wspomina swój pierwszy lot z Glenem Powellem, pilotującym cessnę. „Glen cały czas się szczerzył. W ciągu minuty wysłał więcej uśmiechów niż ja w ciągu tygodnia. A następne, co zarejestrował mój mózg, to pchnięcie dźwigni do przodu i wzniesienie się w powietrze. To był test zaufania, uwierz mi...” – mówi Ramirez.

Pod koniec treningu obsada była już zwartą jednostką. Na planie sesji zdjęciowej dla Men's Health Ramirez, Powell i Ellis wymieniają między ujęciami anegdoty z przygotowań do filmu. Jak ta, gdy podczas treningu Ramirez był pod wodą w uprzęży, która nie chciała się rozpiąć, a sygnał „pomocy” wyleciał mu z głowy razem z bąbelkami powietrza. Udało mu się wreszcie uwolnić i wypłynąć na powierzchnię. Okazuje się jednak, że nikt z kolegów nie zauważył, że Danny szaleje ze strachu. „Wyglądał tak spokojnie – mówi Ellis. – W jego oczach nie było paniki!”.

Dewiza „płyń lub toń” nie zawsze objawiała się w życiu Ramireza tak dosłownie, ale od początku napędzała jego karierę. W Atlancie studiował inżynierię i grał w football. Przez kontuzję kostki musiał jednak zrobić sobie przerwę, więc przyjął propozycję statystowania w filmie kręconym na terenie kampusu. „Pomyślałem, że dobrze byłoby zarobić 120 dolców. Byłem spłukany” – wspomina.

Zdjęcia, mające trwać od dwóch do trzech godzin, przeciągnęły się do ośmiu, a Ramirez poczuł do tego miętę. Następnego dnia kupił pierwszą książkę o aktorstwie. Przeniósł się na New York University, aby kontynuować studia inżynierskie i zabawę z kamerą. Wreszcie poszedł na całość i w ramach NYU zamienił inżynierię na aktorstwo.

Dostał się, wygłaszając przed publicznością monolog – po raz pierwszy w życiu. Jednak uważa, że naiwnie wierzył w swój natychmiastowy sukces. Już w szkole aktorskiej przekonał się, że pół-Meksykanin i pół-Kolumbijczyk będzie miał kłopoty z otrzymaniem ról w sztukach Szekspira czy Czechowa, które stanowiły lwią część zajęć. Wspomina, że nauczyciel pocieszał go, mówiąc, że będzie idealny do wielu ról drugoplanowych. „Dlatego zacząłem pisać – mówi Ramirez. – Jeśli role dla mnie nie istnieją, a ja nie zrobię nic, żeby postarać się je stworzyć, pozostanie mi krzyczeć do ekranu, na którym nie ma nikogo podobnego do mnie”.

Z czasem ciekawe role zaczęły się jednak pojawiać. Jak choćby ta w serialu „Falcon i Zimowy Żołnierz”. Fani snują nawet teorie, że gdy Anthony Mackie przejmie tarczę Kapitana Ameryki, Ramirez dostanie skrzydła Sokoła. Jednak ani aktor, ani reżyser nie chcą puścić pary z ust. Widać jednak, że Danny Ramirez jest na to gotowy bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Glenn Powell

Kilka słów o tym, jak Glen Powell przekuł rozczarowanie w sukces.

TOP GUN: MaverickZdjęcia: ArtStreiber

Kiedy Glen Powell dowiedział się o planowanej kontynuacji „Top Gun”, chciał
w niej być. W wieku dziesięciu lat obejrzał z ojcem oryginał z 1986 roku, który stał się jego ulubionym filmem. Oczywiście Tom Cruise wskoczył na pozycję ulubionego aktora i zainspirował chłopaka do pójścia w ślady gwiazdy kina akcji.

Powell zaczął uczyć się, jak zachowują się piloci, już na kilka miesięcy przed przesłuchaniem do „Mavericka”. Zamieszkał z lotnikami w kalifornijskiej bazie sił powietrznych. Jego celem była rola Roostera, syna ginącego w oryginalnym „Top Gun” kumpla Mavericka – Goose'a.

Po miesiącach przygotowań doszedł do prób w roli Roostera – z producentem Jerrym Bruckheimerem, reżyserem Josephem Kosinskim i samym Cruisem. „Czułem, że naprawdę dobrze mi poszło, dlatego byłem załamany, gdy nie dostałem tej roli – mówi Powell. – Dowiedziałem się 3 lipca, a 4 lipca, który jest moim ulubionym świętem (patriotyczny ze mnie gość), przeleżałem w pozycji płodowej”. Miles Teller został Roosterem.

ZOBACZ: Miles Teller - kim jest i jak zapracował na swoją szansę?

Powell wywarł jednak wrażenie na twórcach, którzy zechcieli obsadzić go w innej roli – tajemniczej postaci o pseudonimie Hangman. Ale w głowie Powella wciąż siedział Rooster; nie był pewien, czy powinien zadowalać się inną rolą. Może lepiej odpuścić sobie cały projekt?

Tutaj potrzebny był Tom Cruise. Powell spotkał się z nim ponownie, zachwycony samą możliwością rozmowy w cztery oczy. „Miałem przed sobą najtrudniejszą dla aktora decyzję – mówi Powell. – Przyznać, że film będzie absolutnie niesamowity, ale nie widzę w nim dla siebie miejsca”.
Ale Cruise nie dawał za wygraną, przekonując, że rozwiną ronę Hangmana. W końcu Glen zdecydował się podpisać kontrakt. Zadzwonił do Cruise'a, cytując słynne zdanie z oryginału: „»Tom, man, I’m feeling the need«. Cruise rzucił uradowane: »Fuck yeah« – wspomina Powell. – Wywołać ekscytację u Toma Cruise'a to wspaniały moment”.

Powell rozkręcił się z podejmowaniem decyzji. „Muszę wiedzieć, jakiej chcę kariery – mówi. – Dla jakich filmów robię to, co robię? Co mnie uszczęśliwi? Naprawdę muszę iść, dobrze, ale jakiej kariery chcę? Jakie rodzaje filmów mnie tu przywiodły i co mnie uszczęśliwi?”. Aktor często wspomina, co powiedział mu kiedyś Denzel Washington po obsadzeniu go w swoim filmie: „Ten wyścig – Hollywood – to maraton, a nie sprint. Ścigasz się sam. Nie ma znaczenia, jak szybko jedzie ktoś inny, dokąd zmierza ani czy wygląda lepiej niż Ty przed linią mety”.

Chociaż z tym wyglądem podczas wyścigu bywa różnie. Bo w przełomowym dla ciebie filmie może pojawić się scena footballu na plaży, bez koszulek. Powell trenował przez trzy miesiące, żeby to zagrać.

„W dnich poprzedzających zdjęcia na planie kipiało od męskiej niepewności. A oliwki mieliśmy prawdopodobnie więcej niż w »Magic Mike'u«” – śmieje się Powell.

Dziś, cztery lata po pierwszym przesłuchaniu, 33-letni mieszkaniec Austin wrócił do Texasu na pierwszy od czasu pandemii festiwal filmowy SXSW. Ma się tu spotkać ze współpracownikiem i mentorem Richardem Linklaterem, z którym zrobił niedawno film „Apollo 10½” , po którym ma pojawić się kolejny wspólny projekt zatytułowany „Hitman”. „Podziwiam etykę pracy Glena – mówi Linklater. – On nie pozwala, by cokolwiek go spowolniło”.

A jak mu idzie w hollywoodzkim wyścigu? Jesienią tego roku będziemy mogli zobaczyć go w dramacie wojennym „Devotion”, o którym mówi z wielką ekscytacją. Powell zapowiada emocje z pogranicza „Skazanych na Shawshank” i „Szeregowca Ryana”. Albo to będzie naprawdę dobry film, albo Powellowi udzieliła się nieposkromiona wiara w siebie Toma Cruise'a.

Jay Ellis

Jay Ellis, znany dotąd jako depresyjny bohater serialu HBO „Niepewne”, przekracza granice własnej fizyczności, by stać się bohaterem kina akcji. I z każdym przeciążeniem jest coraz lepszy.

TOP GUN: MaverickZdjęcia: ArtStreiber

 

Jay Ellis ma na twarzy ogromny uśmiech. To uśmiech człowieka, który lecąc w odrzutowcu tak szybko, że siła grawitacji zwiększała jego masę siedmiokrotnie, dał radę przekonująco zagrać pilota maszyny o pseudonimie Payback, w swojej pierwszej roli z gatunku kina akcji.

„Chociaż to było trudne, Jay wydawał się nieźle bawić i doceniać każdą chwilę” – mówi reżyser Joseph Kosinski. Zdjęcia w maszynach były tak wymagające pod względem fizycznym, że niektórzy z kolegów Ellisa wymiotowali w trakcie. Kosinski wyznaje: „Nie wiem, czy ktoś jeszcze kiedykolwiek nakręci taki film”.

Ellis jednak nie miał nic przeciwko. „Uwielbiam czuć się niekomfortowo, wtedy się rozwijam – mówi 40-latek. – W odkrywaniu części siebie, o których nie miałem pojęcia, tkwi dla mnie istota aktorstwa”.

Uśmiech nie sugeruje (miejmy nadzieję), że Ellis jest masochistą – po prostu zawsze czuł się komfortowo z nieznanym. Urodzony jako Wendell Ramone Ellis Jr. w Sumter w Południowej Karolinie często się przeprowadzał. Ze względu na pracę ojca w siłach powietrznych zaliczył 12 szkół w ciągu 13 lat. Aby znaleźć stałą w ciągłych zmianach, Ellis stworzył wyimaginowanego przyjaciela Mickeya. „Pomagał mi zrozumieć świat” – mówi.

W serialu HBO „Niepewne” zagrał postać przełomową dla swojej kariery, choć zupełnie obcą jego charakterowi. Lawrence był odrzucony, przygnębiony i bezbronny – to przerażało Ellisa. „Bałem się grać Lawrence'a. Nie chciałem pokazać swojej bezbronnej strony, nie tak zostałem wychowany. Ale zrobienie tego wydobyło ze mnie nowe aktorskie możliwości. To sprawiło, że się rozwinąłem” – wyznaje.

A gdzie zaczynał się rozwój w „Top Gun”? Tam, gdzie droga kołowania dla myśliwca F-18, w którym siedział, by za moment przemknąć tak blisko ośnieżonych szczytów, że „wydaje się, że końce skrzydeł zaraz dotkną drzew”.

Żeby wytrzymać uczucie, jakby wrzucono go do blendera, Ellis musiał trenować jak nigdy wcześniej. W ciągu 45 godzin szkolenia lotniczego aktor przeszedł od nauki podstawowych manewrów do siedzenia za doświadczonym pilotem o ksywie Wash Job, wykonującym beczki w powietrzu. To była walka o utrzymanie krwi w mózgu i obiadu w żołądku. „Jestem podekscytowany, że mogę używać swojego ciała, swojej fizyczności w taki sposób, w jaki nie musiałem tego robić w innych rolach” – mówi Ellis.

Przed każdym dniem zdjęć w powietrzu Ellis i jego pilot musieli setki razy ćwiczyć planowaną scenę w drewnianym modelu kokpitu, zwanym kozłem. Gdy byli na niebie, nie mieli już łączności z załogą poniżej. „Mówisz pilotowi: »Potrzebuję słońca na szóstej«. Mówisz też pilotowi, jak ustawić samolot i jakie manewry mamy zaplanowane w tej scenie – mówi Ellis. – Są momenty w filmie, kiedy ja i reszta obsady naprawdę gramy przy przeciążeniach rzędu 7 g”.

Kosinski szacuje, że każde 60-70 minut zdjęć, które członkowie obsady robili codziennie w powietrzu, dostarczały około jednej minuty użytecznego materiału filmowego.
Praca z Tomem Cruise'em była swego rodzaju obozem treningowym dla aktorów. Ellis pamięta, że Cruise uczył go, jak ważne jest bycie świadomym ruchów kamery podczas grania, pamiętanie o tym, gdzie są widzowie. Ale przede wszystkim Cruise sprawił, że Ellis poczuł się pełnoprawnym członkiem obsady. „Tom wyraził się jasno: »Jesteście aktorami kina akcji i gwiazdami filmowymi. Mogę pokazać wam wszystkim, co ja robiłem, żeby zbudować swoją karierę«” – opowiada Ellis.

Aktorowi zależy na tym, by wprowadzić więcej różnorodności do kina. Osiąga to przez działalność w Black Bar Mitzvah (BBM) – firmie produkcyjnej, którą założył wraz ze swoim przyjacielem Aaronem Bergmanem w 2018 roku. Ellis mówi, że podobnie jak Kerry Washington, Reese Witherspoon i inni aktorzy, którzy stali się producentami, chce mieć wpływ na to, co powstaje w kinie.

W pewnym sensie BBM spełnia marzenie Ellisa z dzieciństwa o tworzeniu ze swoim wyimaginowanym przyjacielem Mikeyem historii, które pomagają zrozumieć świat. Wydał także swoją pierwszą książkę – o przyjacielu istniejącym tylko w wyobraźni i lekcjach, które odebrał od niego jako dziecko.

Ale bez względu na to, ile rzeczy robi, zawsze w pierwszej kolejności definiuje się jako aktor, który w imię rozwoju lubi wyjść ze strefy komfortu. „Uwielbiam uczucie nieszczęścia, gdy budzik dzwoni o 4:30 rano, bo wiem, że zanim pojawię się na planie o 5:30, będę już miał na twarzy szeroki uśmiech” – kończy Ellis.

REKLAMA