SuperLiga – zamach na futbol czy wizjonerstwo?

Mawia się, że piłka nożna to sport dla każdego, że nie ma tu barier wejścia, jak w przypadku tenisa, golfa czy F1. O ile do tej pory jakoś udawało się nam w to wierzyć, choć czasem z trudem, o tyle od teraz będziemy się po prostu oszukiwać, powtarzając ten slogan.

Liga Mistrzów, Superliga shutterstock.com
Wszyscy kibice Realu Madryt, ze mną na czele, zamartwiali się w niedzielny wieczór, że bezbramkowy remis z Getafe może mocno skomplikować "Królewskim" walkę o obronę tytułu La Liga. Kilka godzin później już nie tylko kibice Realu, ale cała piłkarska Europa, raczej nie pamiętali co to jest i gdzie leży Getafe. Wszystko z powodu powołanej do życia Superligi, czyli ekskluzywnych rozgrywek piłkarskich zarezerwowanych jedynie dla wybranych klubów-założycieli, których jak na razie jest 12, a która to Superliga samym swoim istnieniem absolutnie zdemoluje/zmieni (niepotrzebne skreślić) porządek europejskiego i światowego futbolu.

REKLAMA

Idea Superligi

Warto zaznaczyć, że sam pomysł stworzenia takich elitarnych i zamkniętych rozgrywek nie jest wcale nowy. Prezydent Realu Madryt, Florentino Perez, wspominał o nim już w 2009 roku, jednak wówczas opinia publiczna niezbyt brała sobie do serca jego słowa. Wydawało się to zaledwie mrzonką bogatego działacza. Kibice Realu wiedzą jednak, że popularny Floro rzadko kiedy rzuca słowa na wiatr. No i tym razem też nie rzucił, choć na konkrety przyszło czekać nam wszystkim ponad dekadę. 

Dlaczego jednak Perez uznał już wtedy, że Liga Mistrzów, którą przecież śledzą z wypiekami na twarzy setki milionów kibiców na całym świecie, nie jest wystarczająco dobra? Na pewno nie dlatego, że akurat wtedy Barca Guardioli lała Real, jak chciała. Zasadniczo każdy przeciętny kibic powie, że pucharowe dwumecze Ligi Mistrzów to piłka nożna na najwyższym możliwym poziomie, świetna rozrywka i, przede wszystkim, gwarancje emocji. Dlaczego zatem uznano, że to, co sprawdza się z perspektywy trybun, nie sprawdza się z wysokości loży honorowej?

Zdaniem prezesa Realu Liga Mistrzów w takim formacie nie dawała klubom, oczywiście tym najbogatszym i najbardziej rozpoznawalnym, odpowiednich zysków.

Gwoli wyjaśnienia, należy wspomnieć, co daje największe zyski w piłce. Mamona najszerszym strumieniem płynie z praw do pokazywania spotkań w telewizji oraz kontraktów sponsorskich, przy czym to pierwsze źródełko jest dalece bardziej obfite. Dlatego właśnie Perez wraz z kumplami w zaciszu piłkarskich gabinetów wpadli na pomysł, że da się z całego interesu wycisnąć więcej, ale warunkiem jest ograniczenie spotkań typu Real Madryt - Malmo, a zwiększenie liczby starć pomiędzy klubami wagi ciężkiej. 

I tak powoli zaczęło to wszystko kiełkować. Lata mijały, a o Superlidze robiło się coraz głośniej. Na tyle głośno, że UEFA, chcąc odsunąć widmo powstania konkurencyjnych rozgrywek, już w 2016 rozpoczęła rozmowy z najważniejszymi klubami o zmianach w formule Ligi Mistrzów w nadchodzących sezonach. W 2018 roku Football Leaks ujawniło, że najwięksi gracze w europejskim futbolu toczą zakulisowe rozmowy o powstaniu Superligi. Miała wystartować w 2021 roku...

Jednak nawet wówczas piłkarski świat raczej nie przyjmował do wiadomości, że cos takiego w ogóle jest wykonalne. Nikt i nigdy nie rzucił wyzwania wszechwładnej administracji UEFA. Publiki nie otrzeźwiło nawet oświadczenie wywiezionego prawie na taczkach z Camp Nou byłego prezydenta FC Barcelony, Josepa Marii Bartomeu, który już po swojej dymisji otwarcie przyznawał, że Superliga powstanie i to niedługo.

Parszywa dwunastka

Oczywiście w tym wszystkim prezes Realu nie był sam. Owszem, najprawdopodobniej to Perez jest najbardziej wpływowym prezydentem piłkarskiego klubu na Starym Kontynencie, z rozległymi koneksjami w świecie polityki i biznesu, jednak do przeprowadzenia takiej rewolucji potrzebował kilku kumpli, którzy za bardzo nie ustępują mu rozmiarem kapelusza.

To dlatego właśnie do Superligi zaprosił kilka bogatych klubów z Anglii, trzy z Włoch, i dwóch etatowych oponentów piłkarskich z Hiszpanii. Zresztą użycie słowa zaprosił może być tu nie na miejscu. Nie wiemy bowiem za dużo o samym procesie powstawania tego aliansu. Wszystko odbywało się w tajemnicy i za zamkniętymi drzwiami.

W niedzielnym komunikacie jasno stwierdzono, że klubami-założycielami będą: Manchester United, Manchester City, Arsenal, Chelsea, Tottenham i Liverpool z Anglii, Real Madryt, Atletico Madryt i FC Barcelona z Hiszpanii oraz AC Milan, Inter Mediolan i Juventus z Włoch. Prawdziwa parszywa dwunastka. Prezydentem całej struktury ma zostać wspomniany Florentino Perez, a wiceprezydentem Andrea Agnelli, prezydent Juventusu Turyn. 

Z perspektywy kibica Realu dość zabawnie ogląda się bardzo przykładną współpracę stołecznego klubu z Madrytu ze swoja odwieczną rywalką z Katalonii. Na podstawie doniesień Football Leaks śmiało można założyć, że rozmowy na ten temat trwały już od kilku lat i, jak widać, były owocne. Nie przeszkadzało to jednak żadnemu z tych klubów toczyć medialnej wojny o sędziów, wyniki i wpływy w hiszpańskiej piłce. Czyżby nie było takiej wrogości, której nie dałoby się załagodzić odpowiednią ilością zer na koncie?

Co ciekawe, w gronie założycieli nie znalazły się drużyny PSG i Bayernu Monachium, czyli dwóch finalistów poprzedniej edycji Champions League i z pewnością absolutny top piłkarski w Europie, czego potwierdzeniem niech będzie poziom ich ostatniego starcia. 

Władze Bayernu zdążyły już zresztą wydać w tej sprawie oficjalne oświadczenie, w którym czytamy:  - W imieniu całego zarządu mogę wyraźnie potwierdzić, że Bayern nie weźmie udziału w Superlidze. Klub solidaryzuje się z Bundesligą. Możliwość reprezentowania Niemiec w Lidze Mistrzów była i jest dla nas wielką przyjemnością - podkreślił Karl-Heinz Rummenigge, prezydent monachijskiego klubu. 

W podobnym tonie wypowiadali się oficjele PSG. Z czego wynika wstrzemięźliwość Francuzów i Niemców? Można górnolotnie przyjąć, że nie zgadzają się z główną ideą Superligi, zgodnie z którą jest to grono zamknięte, do którego nie ma wstępu żaden parweniusz zewnątrz. Nie ma tu spadków i awansów, nie ma przegranych - są tylko zwycięzcy sportowi i zwycięzcy finansowi. Z tego Olimpu nowi bogowie piłkarskiego świata nie mogliby spaść i żaden maluczki śmiertelnik nie miałby szans skraść im choćby szczypty blasku.

Można jednak trzeźwo spojrzeć na rzeczywistość. Bayern to klub, który nawet w obliczu kryzysu wywołanego pandemią może poszczycić się bardzo zdrowymi finansami. Z kolei PSG to organizacja, która ma nad resztą stawki znaczącą przewagę finansową z uwagi na zewnętrzne finansowanie. Możliwe, że decydenci z Parc des Prince nie za bardzo chcieliby ją utracić, do czego dojdzie, jeśli kluby uczestniczące w Superlidze otrzymają setki milionów euro na sam start rozgrywek. Ponadto Nasser Al-Khelaifi jest mocno powiązany z telewizją beIN Media Group, która transmituje rozgrywki Ligi Mistrzów. Na pewno mocno oberwaliby po kieszeni, gdyby SuperLiga doszła do skutku. 

Rośnie opozycja

O piłkarskiej Superdzlidze zdążyli się wypowiedzieć już chyba wszyscy. Piłkarze, byli piłkarze, kluby, które znalazły się poza nowymi rogrywkami, trenerzy, działacze, kibice, a nawet premier Wielkiej Brytanii. Brakuje jedynie papieża. Zdecydowana większość głosów jest negatywna. 

 - Sport nie jest sportem, kiedy sukces jest gwarantowany i nie ma związku między wysiłkiem a nagrodą. To nie sport, gdy nie ma znaczenia, czy się przegra. To niesprawiedliwe, jeśli drużyny walczą w czubie tabeli i nie mogą się zakwalifikować do takich rozgrywek - miał oświadczyć Pep Guardiola, trener, nomen omen, Manchesteru City.

Kibice City i Liverpoolu w geście sprzeciwu przeciwko planowanej secesji zawiesili na stadionach transparenty z nekrologami swoich ukochanych klubów. Nie brakuje również ostrych wypowiedzi piłkarzy. Superliga atakowana jest zewsząd i na najróżniejsze sposoby. Dział odpowiedzialny za social media w Wolverhampton, jednym z największych klubów angielskich spoza tzw. wielkiej szóstki, ogłosił swoją drużynę mistrzem Anglii, pomijając w tabeli "zbuntowane" kluby.

Jednak największe armaty wytoczyła UEFA. I nie ma w tym nic dziwnego. Nie oddaje się kury znoszącej złote jaja bez jednego wystrzału. Oficjele grożą pozwami sądowymi, dyskwalifikacjami, zakazami gry w reprezentacjach, wykluczeniem z rozgrywek krajowych. Ton wydaje się być histeryczny, co pozwala się domyślać, że Perez i spółka są dla UEFY realnym zagrożeniem. Prezydent europejskiej federacji nazywa pomysłodawców Superligi chciwcami.

- Dla niektórych kibice stali się konsumentami, kibice - klientami, a rozgrywki - produktami. Egoizm zastąpił solidarność. Pieniądze stały się ważniejsze od chwały, chciwość ważniejsza od lojalności, a dywidendy - od pasji - miał stwierdzić Aleksander Ceferin, prezydent UEFA. 

Wtóruje mu Gianni Infantino, czyli jego odpowiednik w FIFA: - FIFA mocno potępia utworzenie Superligi. To zamknięty sklep, który jest zerwaniem z obecnymi instytucjami, ligami, związkami, UEFA i FIFA.

Florentino Perez odpiera ataki, tłumacząc, że utworzenie Superligi nie jest skokiem na kasę, ale obroną konieczną przed upadkiem i jednocześnie naturalnym rozwojem piłki nożnej, krokiem do przodu. Trudnym, lecz koniecznym. Perez widzi w powstaniu Superligi szansę, nie zagrożenie.

- Z przychodami z tej Ligi Mistrzów umrzemy. Mamy coraz mniej widzów i coraz mniej pieniędzy. Umrą wielcy, średni i najmniejsi, a reforma UEFA wchodzi w życie od 2024 roku. Wtedy wszyscy będziemy martwi. Superliga nie jest ligą dla bogatych, a ligą dla uratowania futbolu. Niektórzy mówią, że to liga dla wzbogacenia bogatych i zubożenia biednych, ale te osoby mają interes w takich słowach. Uratujemy futbol, nie pozwolimy na jego zniknięcie. Musimy to teraz tłumaczyć, wszyscy z nas będą o tym mówić. To jedyna droga dla wszystkich, także małych i średnich. Premier Wielkiej Brytanii atakuje nas, bo powiedziano mu, że zniknie Premier League. To głupota, to nie jest prawda. – powiedział prezes Realu w wywiadzie udzielonym w poniedziałkową noc hiszpańskim mediom, jak donosi portal realmadryt.pl.

Czy rzeczywiście wielkim klubom grozi totalny upadek? Faktycznie część z klubów-założycieli jest w nienajlepszej sytuacji finansowej. Dotyczy to głównie FC Barcelony, która nie spłaciła jeszcze nawet części swoich kosztownych transferów, oraz Juventusu, nad którym coraz wyraźniej maluje się widmo kryzysu finansowego i sportowego.

O budżecie angielskich klubów nie ma co się rozpisywać. Mawia się, że w Anglii są dwa rodzaje klubów: bogate i obrzydliwie bogate. W Superlidze mają grać te drugie. A reszta? Real już niebawem zakończy przebudowę stadionu, który ma mu pozwolić notować dużo wyższe zyski niż obecnie. Właścicielem Interu Mediolan jest Suning Holdings Group, czyli firma, która w 2019 roku warta była 39 miliardów dolarów. Milan należy zaś do Elliott Management Corporation - jednej z największych na świecie firm zarządzających inwestycjami. Na pieniądze też nie narzekają. 

Zostaje jeszcze Atletico. Rzeczywiście w tej stawce wydaje się być ubogim krewnym, który dzięki Superlidze na stałe mógłby zagościć w europejskiej elicie. Warto pamietać, że przed erą Diego Simeone na ławce madryckiego klubu nie był to team rywalizujący jak równy z równym z Realem czy Barcą. Scenariusz, w którym po jego odejściu Atletico czeka spory regres i powrót do przeciętności, wcale nie jest taki nieprawdopodobny. Miliony z Superligi pozwoliłyby odsunąć tę ponurą wizję.

Okiem kibica

Wojna "na górze" trwa więc w najlepsze. Na razie linia podziału jest dość jasna: "Parszywa dwunastka" kontra reszta świata. Idei Superligi nie rozumieją kibice, nie akceptują pozostałe kluby. I nie rozumiem też ja, przyznam szczerze.

Jako kibic "Królewskich" nie do końca rozumiem, jak Real Madryt, czyli klub, który miał walny udział przy powstaniu Pucharu Europy, który wygrał jego 5 pierwszych edycji i 13 w ogóle, który kojarzony jest przez większość kibiców jako drużyna Ligi Mistrzów, teraz przyczynia się do śmierci tego Pucharu. 

Jako kibica piłki nożnej boli mnie, że wszystkie zmiany były konsultowane za zamkniętymi drzwiami, ponad głowami kibiców. I choć rozumiem, że na tym właśnie polega konspiracja i że UEFA nie pozwoliłaby na taki krok, jeśli rebelianci działaliby otwarcie, to raczej taki obrót spraw bardzo słabo koresponduje ze słowami obrońców Superligi o rzekomym działaniu na rzecz kibiców, którzy będą mieli teraz okazję oglądać częściej starcia największych.

Skoro tak bardzo ceni się tu wygodę i komfort kibiców, atrakcyjność rozgrywek, to dlaczego wszyscy czujemy się zdradzeni? Dlaczego kibice wywieszają nekrologi?

Moje uzasadnione wątpliwości budzi też zagrożenie rozbiciem piłkarskiej Europy na dwa równoległe wszechświaty. W jednym Bayern i PSG będą się bić o laury Ligi Mistrzów, a w drugim Real i spółka będą wesoło kopać piłkę o tytuł superligowego mocarza. Do przeszłości odejdzie chwała zwycięzcy najbardziej prestiżowych rozgrywek piłkarskich na świecie, którego pozycja jest - jeszcze - niepodważalna i którego każdy chce strącić z tronu. Zdecydowana większość nie będzie nawet dopuszczona do możliwości rzucenia mistrzowi rękawicy. 

W przypadku powstania Superligi nie będzie Żelaznego Tronu europejskiej piłki. Sytuacja zacznie przypominać trochę świat zawodowego boksu, gdzie mistrzów jest kilku, różnica polega na nazwie federacji. I choć zdaję sobie sprawę, że to porównanie jest pewnym nadużyciem, nie podoba mi się ten kierunek. Korona powinna być jedna, a droga dla wszystkich pretendentów - otwarta.  

Czy warto trzymać stronę UEFA? Nie mam złudzeń co do faktu, że oficjelom z europejskiego związku chodzi tylko i wyłącznie o pieniądze. Ceferin i reszta wściekli się, że najbogatsze kluby chcą same decydować o kasie, która jest przecież efektem gry ich zawodników. Zarówno jedni, jak i drudzy mają na oku miliardy i na pewno nie zawahają się przed oddaniem serii w plecy przeciwnika. Piękne slogany są niczym więcej, jak zwykłym PR-em. 

Na intencje UEFA trochę światła może rzucać fakt, że według hiszpańskich mediów jej przedstawiciele w ostatnich latach odrzucili propozycję klubów, by pieniądze z europejskich rozgrywek dzielić po 50%: połowę dla klubów, połowę dla związku. To podobno przelało czarę goryczy klubowych działaczy, którzy wobec nieugiętej postawy europejskiego związku zdecydowali się działać na własną rękę. Nie ma co więc postrzegać panów z Nyonu jako białych rycerzy, którzy stają w obronie cnoty futbolu na Starym Kontynencie. Słyszycie szelest banknotów?

I last but not least: jak długo będziemy cieszyć się z tych głośno zapowiadanych starć gigantów? Czy zbyt często serwowany kawior nie spowoduje niestrawności? W końcu ile można oglądać Real z Barcą, Liverpool z Manchesterem? I jak szybko zatęsknimy za Dawidami lejącymi Goliatów? Moim zdaniem ta złota klatka, o ile powstanie, zamieni się w koszmarek. 

Zobacz również:
Niby wiedzieliśmy to od dawna, ale miło przekonać się, że naukowcy są tego samego zdania.
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA