REKLAMA

Strażacy do zadań specjalnych

Strażacy z Hotshot Crews stoją na pierwszej linii walki z gigantycznymi pożarami lasów w USA. Z roku na rok jest ich coraz więcej, ale na słabych nie trafiło. MH był w samym sercu żywiołu i widział w akcji tych, którzy powstrzymują apokalipsę.

Fot. Aaron Colussi/@aaroncolussi
Ekipa strażaków Roosevelt Hotshots pochodzi z Fort Collins w stanie Kolorado, jednak tego dnia jej członkowie poruszali się wzdłuż granicy stanów Kalifornia i Oregon. Wraz z nimi w patrolu uczestniczył fotoreporter Aaron Colussi. Mieli ustalić zasięg gigantycznego pożaru i przygotować plan powstrzymania apokalipsy, która ogarnęła ten rejon.

Jodły porastające gęsto zachodnie wybrzeże USA są niezwykle łatwopalne. Bywa, że płomień ogarnia całe drzewo, od korzeni po sam czubek, w ciągu sekund. Colussi twierdzi, że w obliczu takiego żywiołu trudno zachować spokój, jednak strażacy – o dziwo – przeważnie nie wyglądali na przerażonych. „Kiedy nie wiedziałem, czy mam się bać, rzucałem okiem na twarze strażaków. Gdy wyglądali na zdenerwowanych, mnie również skakało ciśnienie. Jeśli zachowywali spokój, zakładałem, że wszystko jest pod kontrolą, nawet jeśli akurat staliśmy zaledwie 10 m od ściany ognia wysokiej na 35 m. Widocznie takie rzeczy w ich świecie po prostu się zdarzają” – opowiada Colussi.

Zmiany klimatyczne powodują pożary

Opisywany patrol miał miejsce w 2014 roku. Od tamtej pory Colussi monitorował pożary w USA i obserwował, jak sytuacja stopniowo się pogarsza. W 2018 roku w USA spłonęło ponad 3,5 mln hektarów lasów (dla porównania: powierzchnia Polski to ponad 31 mln hektarów). Na skutek tych pożarów zginęło 85 osób, a spowodowane przez nie straty szacuje się na 3,5 mld dolarów. W czasie jednego z nich, określanego jako najgorszy w historii Kalifornii, w ciągu każdej sekundy spalał się obszar wielkości boiska do piłki nożnej.

Rok 2019 zapowiada się jeszcze gorzej. Zmiany klimatyczne nasilają proces pustynnienia Kalifornii, wydłużając okres, w którym najczęściej zdarzają się pożary (do tej pory to było późne lato i jesień). Problem nie dotyczy jednak wyłącznie tego stanu, ma zasięg ogólnokrajowy. Szacuje się, że w całych USA z ogniem walczy 25 tysięcy mężczyzn i kobiet.

Przeczytaj też: Reportaż o pracy polskich kontrterrorystów

Colussi jakiś czas temu przeprowadził się z Nowego Jorku do stanu Kolorado. Gdy jego samolot podchodził do lądowania na lotnisku w Denver, razem z innymi pasażerami jak zahipnotyzowany wpatrywał się w milczeniu na rozciągające się poniżej pogorzelisko: wypalone do gołej ziemi łańcuchy górskie Parku Narodowego Gór Skalistych.

W nowej okolicy stał się świadkiem praktycznie nieustannej walki z pożarami okolicznych lasów. Dzień w dzień obserwował wyjeżdżającą w góry ekipę tych samych ludzi, którzy niestrudzenie starali się powstrzymać płomienie. Wtedy Colussi zdecydował, że ich historię trzeba opowiedzieć i zgłosił się do Służby Leśnej Stanów Zjednoczonych z prośbą o zgodę na dołączenie do ekipy Roosevelt Hotshots.

REKLAMA

REKLAMA

Fot. Aaron Colussi/@aaroncolussi

20 kg sprzętu na plecach

Jest ona jedną ze 113 amerykańskich (dane na 2018 rok) Hotshot Crews, których zadaniem jest walka z pożarami, występującymi poza zamieszkanymi obszarami. Każda z nich składa się z 20 świetnie wyszkolonych i bardzo sprawnych fizycznie strażaków. Skąd wzięła się nazwa? Stąd, że trafiają – dosłownie i w przenośni – w najgorętsze miejsca i często działają w nich z minimalnym wsparciem logistycznym z zewnątrz. Za swoją odwagę i poświęcenie czasem płacą najwyższą cenę. W 2013 roku podczas pożaru w Arizonie zginęło 19 z 20 członków ekipy Granite Mountain Hotshot. Takiej straty w pojedynczym wydarzeniu amerykańskie służby nie doświadczyły od czasu zamachów z 11 września 2001 roku.

Wszyscy strażacy w USA muszą spełniać rygorystyczne normy sprawności fizycznej, jednak członkowie Hostshots wyróżniają się nawet na ich tle. Dotrzymanie im kroku przy robocie wymaga wytrenowania na wyjątkowym poziomie. „Mieszkam w Kolorado i często jestem w górach. Chodzę i biegam na wysokości 1500 metrów, ale wiele pożarów ma miejsce nawet dwa razy wyżej. W tej strefie zaczyna się odczuwać chorobę wysokościową. Oddech skraca się zwłaszcza tym, którzy nie mieli czasu na aklimatyzację – opowiada Colussi. – Każde Hotshot Crews ma własny program treningowy i wyjeżdża na obóz trwający dwa tygodnie. Ich ćwiczenia przypominają CrossFit: mnóstwo podciągania, swingów z kettlami i podobnych rzeczy” – dodaje.

Sprawdź też: reportaż o surferach pływających w lodowatych wodach zimowego Bałtyku

Wielu kandydatów musi przejść przez „test plecaka”, czyli pokonać z 20-kg plecakiem trasę 5 km w czasie poniżej 45 minut. Ta próba wzięła się z życia. 46-letni Kale Casey, ratownik medyczny jednej z Hostshot Crews, mówi, że muszą nosić na plecach swoją żywność, wodę, śpiwory, ubrania, płachty biwakowe i ciężkie piły łańcuchowe Stihl TS400. W stromym terenie i w odległych lokacjach nie wspiera ich ciężki sprzęt, więc muszą radzić sobie wyłącznie ręcznymi urządzeniami.

Sprawność i siła fizyczna to oczywiście nie wszystko. Strażacy potrzebują niesamowitej odporności psychicznej, żeby znosić trudy swoich misji. „Hotshots często działają w terenie nieprzerwanie przez 2 tygodnie, codziennie walcząc z pożarami. W tym czasie mieszkają pod namiotami, opierając się tylko na tym, co mają ze sobą. Nie da się przygotować programu treningowego, który dokładnie odzwierciedli warunki panujące na linii ognia” – wyjaśnia Colussi.

W ogniu walki

Działalność strażaków opiera się oczywiście na standardowych procedurach, ale każdy pożar jest inny w swoim natężeniu, kształcie i żarłoczności. „Zadania strażaków są różne w zależności od tego, na jakim etapie jest pożar. Na początku drużyna znajduje się daleko od linii ognia i kopie rowy, na których mają zatrzymać się płomienie. Naprowadzają także helikoptery, zrzucające środki chemiczne, które utrudniają rozprzestrzenianie się płomieni. Zdarza się, że sami biorą się za wzniecanie ognia, aby stworzyć strefę buforową” – opisuje Colussi.

REKLAMA

Fot. Aaron Colussi/@aaroncolussi
Wypalanie przeprowadzone w kontrolowany sposób i w strategicznie dobranych miejscach ma pozbawić pożar paliwa i go zatrzymać. Bywa jednak szalenie niebezpieczne, bo ogień to żywioł, który trudno utrzymać w ryzach. Zdarza się, że strażacy trafiają do pułapki między dwiema ścianami płomieni. Taka sytuacja przytrafiła się Caseyowi na początku służby w Hotshots. „Wtedy mój dowódca ruszył samochodem prosto w palące się krzewy. Odpaliłem wynajętego SUV-a i pojechałem zaraz za nim. Byłem wtedy bardzo niedoświadczony i nie miałem pojęcia, czy to właściwy ruch. Mógł albo nas uratować, albo spalić. Nie było jednak czasu, żeby o tym dyskutować, musiałem decydować w ułamku sekundy” – opowiada strażak.

Trwająca tygodniami walka z ogniem albo przedłużające się oczekiwanie na rozpoczęcie akcji wywierają mocny wpływ na psychikę. Wbrew pozorom najgorsze jest to drugie. „Musimy być non stop przygotowani na 100%, a czasami mija nawet 10 dni, zanim ruszymy do akcji” – mówi Casey. W tym czasie ekipa pozostaje dyslokowana w pobliżu pożaru. „Siedzimy jak na szpilkach, czekając, aż w końcu padnie nasze nazwisko, powtarzając sobie w pamięci zaplanowane trasy ewakuacji, miejsca lądowania helikopterów, numery leśnych dróg, nazwy ekip... Co tu dużo mówić: nie jest to wycieczka krajoznawczo-turystyczna”.

Pożar za 210 mln dolarów

Colussi był razem z ekipą Roosevelt Hotshots na pierwszej linii podczas kilku pożarów w północnej Kalifornii. Przeżyli razem najdroższy pożar w historii USA: jego ugaszenie kosztowało ponad 210 mln dolarów, a wzięło w nim udział 5000 strażaków. Colussi zaczął fotografować ich pracę od Roosevelt Hothshots, ale potem działał również z innymi drużynami. „Sezon pożarów staje się coraz dłuższy. W zeszłym roku byliśmy w akcji, gdy padał śnieg: to absurdalne. Wielu z tych ludzi pracowało sezonowo, od maja do września. Teraz są w pogotowiu od kwietnia do listopada, a to już jest właściwie pełnoetatowe zajęcie” – opowiada Colussi.

Kale Casey przyznaje, że chociaż warunki stają się coraz trudniejsze, wsparcie dla strażaków spada. Pod koniec 2018 roku prezydent Donald Trump zagroził, że obetnie fundusze na walkę z pożarami lasów w Kalifornii, zarzucając nieefektywność odpowiedzialnym za nie agencjom. „Trump buduje narrację, że osoby odpowiedzialne za te zadania nie radzą sobie z nimi. Nikt nie mówi jednak o tym, że stoją one wobec rekordowo długiego sezonu pożarów, które na dodatek rozprzestrzeniają się szybciej z powodu wysychania terenu i silnych wiatrów” – ocenia Casey.

A zaraz potem pokazuje tekst, który wrzucił na Facebooka w odpowiedzi na prezydenckie wystąpienie. To ponury, lecz stoicki obraz przyszłości wszystkich Hotshot Crews: „Do wszystkich, którzy w obliczu coraz gwałtowniejszych pożarów rozpaczliwie starają się ratować ludzką własność, na pierwszym miejscu stawiając jednak Ludzkie Życie. Skupiam się na mojej rodzinie i ukochanej, a także modlę się za wszystkich, którzy służą na pierwszej linii frontu... Potrzebujemy siebie nawzajem bardziej niż kiedykolwiek. Musimy zrozumieć, jakie naprawdę są konsekwencje naszych wspólnych decyzji. Czy nam się to podoba, czy nie, taka jest nowa rzeczywistość”.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA