[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
4.4

Sto godzin samotności

Redaktor MH dał się zamknąć w ciasnej celi posępnego więzienia, w którym przed laty siedział Al Capone. Poddał się tej próbie całkowitej izolacji, by przekonać się, gdzie są granice ludzkiej wytrzymałości i czy jest takim twardzielem, za jakiego się uważał. Sprawdź, czy wyszedł z niej zwycięsko.

Podobno dobry pomysł można poznać po tym, że wydaje Ci się dobry nawet na kacu. Niestety, "genialnego" pomysłu spędzenia 4 dni za kratkami nie poddałem zawczasu tej próbie... (fot. Mark Asnin)
Autor to doświadczony reporter, współpracownik MH. Jeden z tych, którzy niczego się nie boją. W swojej karierze był korespondentem wojennym, tropił sycylijską mafię i zjeżdżał na linie z lodowca. Tym razem na naszą prośbę poddał się próbie całkowitej izolacji. Dobrowolnie dał się zamknąć na cztery doby w pojedynczej celi nieczynnego więzienia i obiecał, że opisze swoje doświadczenia. Słowa dotrzymał.

Koszmar na jawie

Trzeciej nocy śniło mi się, że jestem uwięziony w starożytnym labiryncie. Miotałem się w panice po ciemnych i ciasnych korytarzach. Potem nagle znalazłem się w jaskini jakiegoś potwora. Stałem, opierając się plecami o ścianę, a straszliwa, cuchnąca bestia zbliżała się do mnie z mordem w ślepiach. Jezu!

Obudziłem się zlany potem. Tylko po to, by przekonać się, że z sennego koszmaru przeniosłem się w drugi, tym razem prawdziwy. Było ciemno jak w studni o północy. Wstałem z żelaznej pryczy i po omacku zacząłem szukać nagiej, 120-watowej żarówki zawieszonej na pordzewiałej rurze. Pstryknąłem przełącznik i - oślepiony - musiałem chwilę poczekać, aż zacznę cokolwiek widzieć.

Rozejrzałem się po otoczeniu. Byłem zamknięty w celi 3 x 4 metry, ze ścianami pokrytymi zieloną olejną farbą, odłażącą wielkimi płatami. No tak, to ciągle była ta sama cela. 20-litrowy pojemnik z wodą stał w kącie pokoju, za szczątkami porcelanowego klozetu. Dolałem jeszcze trochę środka dezynfekującego do plastikowego wiadra na fekalia. Właśnie mijała sześćdziesiąta godzina mojego pobytu w całkowitej izolacji w ciasnej celi posępnego, nieczynnego od lat więzienia w Filadelfii. Byłem już naprawdę bardzo bliski szaleństwa, a wiedziałem, że muszę tu wytrzymać jeszcze 36 godzin.

Cztery dni w więzieniu? Łatwizna!

Podobno dobry pomysł można poznać po tym, że wydaje Ci się dobry nawet na kacu. Ja ostatnio zgodziłem się zbadać na własnej skórze granice ludzkiej wytrzymałości psychicznej oraz fizycznej i opisać, jak takie doświadczenia wpływają na życie codzienne. Teraz już wiem, że to nie był dobry pomysł. Niestety, nie poddałem go zawczasu próbie kaca.

Oczywiście, rzadko kiedy dochodzimy do prawdziwych granic wytrzymałości. Niewielu ludzi musiało naprawdę przeżyć kilka dni bez jedzenia, snu czy towarzystwa, jednak taki eksperyment ma pewną wartość praktyczną: pozwala lepiej zrozumieć, co dzieje się z facetem, kiedy rezygnuje z wyjścia na lunch, bo musi dokończyć ważny raport. Albo dlaczego po kilku nieprzespanych nocach robi te bezsensowne wymówki swojej dziewczynie. Albo co się dzieje z jego organizmem i umysłem, kiedy gryzie się w samotności swoimi problemami. Przy okazji wydawało mi się, że może to być niezła przygoda.

Ból. Głód. Stres. Od czego zacząć? W końcu zdecydowałem się poddać próbie izolacji i osamotnienia. Który z nas, facetów, nie zna tego uczucia (przynajmniej w pewnej mierze) z własnego doświadczenia? Wydawało mi się, że zadanie, które przed sobą postawiłem, to łatwizna. Cztery dni samotności? Nie ma problemu! Wielu moich kolegów uważa mnie za odludka, a jednocześnie w różnych zakazanych spelunach na całym świecie spotykałem bandytów, którzy przechwalali się, że więzienie to nic strasznego, że dowolny wyrok mogą przeżyć z palcem w d... Skoro oni dawali radę, to czemu ja miałbym nie dać? Stare więzienie w Filadelfii szybko pozbawiło mnie złudzeń.

REKLAMA

REKLAMA

Więzienie w Filadelfii wybudowano w 1829 r. Wzniesione zostało w stylu średniowiecznego zamku, z długimi, ponurymi korytarzami odchodzącymi promieniście od centralnego holu niczym szprychy koła. (fot. Mark Asnin)
"Izolacja ma wielki wpływ na stan umysłu: niektórym ludziom w warunkach odosobnienia doskwiera samotność, innym przynosi to ulgę - twierdzi psycholog dr Carol Friedland, która w swej praktyce zawodowej zajmuje się problemami nerwicy lękowej i depresji. - Rzeczywiście, po traumatycznych doświadczeniach większość ludzi potrzebuje samotności, musi posiedzieć trochę w stanie odrętwienia.

Ale w końcu trzeba się otrząsnąć, wyjść z tego. Nie jest to proste, zwłaszcza jeśli np. ktoś został zdradzony. Człowiek zatraca wówczas umiejętności społeczne, staje się podatny na stany paranoidalne, odczuwa podwyższony poziom lęku, popada w depresję, często też reaguje nadmierną agresją. Zbyt długi okres wycofania sprawia, że potem trudno dojść do siebie".

Gorzej niż w Afganistanie

Więzienie w Filadelfii wybudowano w 1829 r., z inicjatywy ruchu kwakrów, którego zwolennicy głosili teorię, że samotna refleksja nad zbrodnią może skłonić przestępców do skupienia myśli na Bogu i wywołać uczucie skruchy. Wzniesione w stylu średniowiecznego zamku, z długimi, ponurymi korytarzami odchodzącymi promieniście od centralnego holu niczym szprychy koła, filadelfijskie więzienie stało się wzorem dla wielu zakładów karnych na całym świecie.

Pomimo głosów krytyki (np. Charles Dickens w czasie wizyty w Filadelfii w 1842 r. uznał, że taki system jest "...okrutny i niewłaściwy, nieporównanie gorszy od jakichkolwiek cielesnych tortur"), Zakład Karny Eastern State przetrwał aż do 1972 r. Swoje wyroki odsiadywali tam Al Capone i Willie Sutton. Obecnie miejsce to zamieniono w muzeum. Oprócz zwiedzania można tu też zorganizować imprezę z okazji Halloween. Nadaje się do tego doskonale.

Kiedy nasz samochód zatrzymał się przed solidną bramą frontową, odniosłem wrażenie, że przybyliśmy do opuszczonego przez personel ośrodka dla szaleńców. Poczułem, jak jeżą mi się włoski na karku. Takiego lęku nie czułem od czasu, kiedy znalazłem się pod ostrzałem w Afganistanie.

Zasady były ustalone. Miałem być traktowany dokładnie tak jak jeden z dawnych pensjonariuszy więzienia. Pozbawiony wszystkiego: zegarka, papierosów, telefonu, muzyki, telewizji, alkoholu, papieru itd., bez prawa do odwiedzin, a nawet boiska do ćwiczeń. Sam ze swoimi myślami i Biblią. Kiedy przedstawiłem się swoim "oprawcom", nie rozmawiali ze mną, tylko dosłownie wyszczekiwali rozkazy.

Zaprowadzono mnie do niewielkiej poczekalni w pobliżu głównej strażnicy, tam zostałem rozebrany, przeszukany, wydano mi więzienne ubranko, zarzucono kaptur na głowę i po omacku zaprowadzono do celi gdzieś w głębi rozległego kompleksu. "Powodzenia" - powiedział ktoś, ściągając mi kaptur. Przez najbliższe cztery dni miałem nic więcej nie usłyszeć.

Nieludzka tortura

Byłem jedynym mieszkańcem więzienia. Widywałem jedynie "strażników", którzy trzy razy dziennie dostarczali mi solidny posiłek, ale oni też mieli zakaz rozmawiania ze mną. W południe, z dźwiękiem przypominającym brzęk miecza, zatrzasnęły się za mną żelazne drzwi celi. Początkowo myślałem, że prawdopodobnie będę w stanie określić porę dnia, obserwując ruch słońca przez niewielkie okienko nad łóźkiem. Nic z tego. Cały czas padało, co dodatkowo pogłębiało ponurą, przypominającą obrazy Rembrandta atmosferę miejsca.

Od dziecka wiedziałem, że mam lekką klaustrofobię i to nie wróżyło nic dobrego. Czułem się jak żywcem pogrzebany. Żelazna prycza stała przy ścianie. Dostałem materac i poduszkę, białe poszewki i podniszczony wełniany koc. Nie minęło wiele czasu, a już chciałem wyjść.

Początkowo zakładałem, że będę potrzebował jednej doby, aby przyzwyczaić się do otoczenia. Nie jestem pewien, czy dobrze to oceniam, ale po 12 godzinach moja skóra stała się wilgotna i lepka. Wziąłem głęboki oddech i próbowałem ćwiczyć. Rozmyślałem o moim synu i dziewczynie. Nie pomogło. Żałowałem, że na zajęciach jogi nie przykładałem się lepiej do ćwiczeń. Miałem wrażenie, że ściany mnie przygniatają.

REKLAMA

Więźniowie osadzeni w samotnych celach tego ponurego zamczyska dosłownie odchodzili od zmysłów. Grube mury więzienia pogłębiały wrażenie ogólnego bezruchu. Ale mózg przypominał bombę, eksplodował feerią barw i złudzeń, bulgotał i falował jak wrząca woda. (fot. Mark Asnin)
Przypomniały mi się słowa Roberta Rogersa, specjalisty w dziedzinie zachowań więziennych. Jego zdaniem, osadzenie w pojedynczej celi - czyli to, co właśnie przeżywałem - "...prowadzi do okaleczeń, prób samobójczych i częstokroć śmierci". Pocieszałem się, że mam tu być tylko cztery dni. To przecież tylko cztery dni... Co to dla mnie? Zaraz jednak przyszły mi do głowy słowa innego specjalisty, socjologa Normana Johnsona, który mówiąc o tym więzieniu podkreślił, że "...nawet więźniowie bardzo odważni, którzy potrafili stawić czoła każdemu niebezpieczeństwu, po kilku dniach izolatki całkowicie się załamywali".

Zdaniem większości psychologów, osadzenie w izolatce jest karą nieludzką i nieskuteczną. System stosowany w Pensylwanii, oparty na zakazie rozmawiania w więzieniu, w końcu ustąpił miejsca systemowi opartemu na resocjalizacji przez ciężkie roboty. Nadal jednak kilkaset tysięcy marniejących w zamknięciu pensjonariuszy amerykańskich więzień jest narażonych na mnóstwo zaburzeń emocjonalnych i somatycznych.

Wspomniany już Robert Rogers zauważył: "Są liczne dowody, że osadzenie w samotnej celi, nawet jeśli nie stosuje się przemocy i są zachowane odpowiednie warunki sanitarne, prowadzi do załamania emocjonalnego, nawet do skrajnych postaci psychopatologii, takich jak depersonalizacja, halucynacje i złudzenia".

Samotność zabija

Z punktu widzenia fizjologii stwierdzono, że deprywacja sensoryczna, występująca w osamotnieniu, atakuje ośrodkowy układ nerwowy, powodując zaburzenia snu, problemy dermatologiczne, zaburzenia trawienia i wrzody, a nawet choroby serca. W skrajnych przypadkach izolacja wyzwala produkcję kortyzolu, której towarzyszy obniżenie poziomu zwalczających komórki nowotworowe limfocytów T.

Hormony stresu - adrenalina i kortyzol, wydzielane przez gruczoły nadnerczy - są dobre w małych dawkach. Wyzwalają wykształcone miliony lat temu mechanizmy walki lub ucieczki, potrzebne choćby po to, aby uniknąć spotkania z tygrysem szablozębym. Pod wpływem stresu następuje odpływ krwi z mózgu i innych organów do kończyn - dlatego właśnie matka potrafi zebrać siły, np. aby unieść samochód dla ratowania dziecka.

Długotrwała izolacja utrzymuje jednak wysoki poziom stresu, a hormony stresu, krążąc we krwi, całkowicie zaburzają pracę współczulnego układu nerwowego. Wzrastają ciśnienie krwi i puls, oddycha się coraz prędzej itd., co w końcu prowadzi do różnych schorzeń - od krwawienia dziąseł, po nowotwory. Podkreśla się, że utrzymujący się przewlekle wysoki poziom hormonów stresu w systemie krążenia powoduje uszkodzenie naczyń wieńcowych. Zatem osadzenie w samotnej celi to nie przelewki. Podobnie jest w przypadku mężczyzny samotnie przesiadującego w domu z powodu niespełnionej miłości.

Jego serce może pękać na wiele sposobów. Również dosłownie. Trzeciej nocy, wypełnionej koszmarnymi snami, zrozumiałem, że przeceniłem siły. Szybko przeszedłem przez etapy, które Friedland określa jako "Szok i panika", "Wyparcie", "Oczekiwanie", "Gniew" i wyglądało na to, że utknąłem w fazie "Depresja i lęk".

Czas halucynacji

W jednym kącie celi, zagrzebane w skrawkach farby, kurzu i brudzie, błysnęło jakieś opakowanie. Jak mogłem to przegapić? Wydłubałem. Był to podniszczony pojemnik, do połowy wypełniony zwietrzałym tytoniem. Zastanawiałem się, cóż to za biedna duszyczka wypaliła drugą połowę i jak udało jej się to przemycić. Jednak już po chwili moją uwagę przykuło coś innego. Wydawało mi się, że słyszę szczury biegające po korytarzu w pobliżu celi.

Zastanawiałem się, czy mogą się dostać do środka. Czy skusił je zapach tytoniu? Patrzyłem na drzwi celi. A jeśli pracownicy muzeum zapomną o mnie? Czy ten szelest na korytarzu to szczur, czy tylko poruszana wiatrem plastikowa folia? - Co się ze mną dzieje? - pomyślałem. Przypominające wizje Boscha "arrasy" ze skrawków odchodzącej farby przybierały kształty potwornych zjaw. Coś jakby dinozaur. Nosferatu. Freddy Krueger. Wdałem się z nim w pogawędkę...

- Hej, stary! Weź się w garść!

Głęboki oddech. Zacząłem chodzić, odmierzając kroki do tysiąca z okładem. Próbowałem podskoków, robiłem skłony i pompki, studiowałem Biblię. Nie pomogło. Chciałem wyjść. Musiałem się wydostać. Znowu hałasy. Skuliłem się. Szczury? Robactwo? Mój mózg przypominał skręconą podwójną spiralę DNA. Zabierzcie mnie stąd! Bolały mnie ramiona i gwałtownie ściskało w żołądku. Miałem wrażenie, że spuchły mi stopy. Uratował mnie sok pomarańczowy.

Wszystkie posiłki podawano mi przez otwór wielkości tostera w drzwiach celi. Pierwsze dwa zalegały w żołądku jak drobiny szkła. Za drugim razem dostałem jajo, ser i kanapkę z bekonem. Postanowiłem skłamać i kiedy pojawił się dozorca jęknąłem: "Jestem cholernym wegetarianinem..." Nie odpowiedział, ale od tej pory podawano mi zieleninę, banany i jabłka. Trzeciej nocy nowy strażnik, najwyraźniej niezbyt obeznany z zasadami, nic nie mówiąc, razem z sałatką przyniósł butelkę soku pomarańczowego (szklanki były zakazane).

REKLAMA

REKLAMA

Autor artykułu (w kapturze) zaczyna swój eksperyment z samotnością w jednej z osławionych "szprych" ponurego filadelfijskiego więzienia. (fot. Mark Asnin)
Słodka Maryjo! W życiu nie piłem tak pysznego soku! Delektowałem się każdym łykiem, ściskając butelkę w dłoniach jak dziecko pluszowego misia. Wydaje się, że wtedy wystąpiły już objawy halucynacji. Byłem Stevem McQueenem z filmu "Papillon". Jest tam taka scena, w której, po latach spędzonych w samotności, zrozpaczony bohater wyciąga zęby z przegniłych dziąseł. Niesłusznie skazany i rozpaczliwie szukający sposobu ucieczki. Zaczynałem rozumieć ten stan.

Nieco później tej nocy, zdecydowany zabić wszechogarniającą ciszę i bezruch, zacząłem tańczyć i śpiewać, niczym Achilles nad ciałem powalonego Hektora. Jak twierdzi Rogers, "...kolejnym poważnym argumentem przeciwko systemowi stosowanemu w Pensylwanii był fakt, że więźniowie osadzeni w samotnych celach dosłownie odchodzili od zmysłów". Rzeczywiście. Grube mury więzienia pogłębiały wrażenie ogólnego bezruchu.

Ale mózg przypominał bombę, eksplodował feerią barw i złudzeń, bulgotał i falował jak wrząca woda. Byłem cały rozedrgany. Skóra była napięta i ścierpła, ciało jakby psu z gardła wyciągnięte. Pomyślałem, że gdybym nie miał pewności, że wyjdę (moją modlitwą była myśl: "To tylko zadanie do wykonania") pragnąłbym śmierci. Ale ja miałem wyjść - w przeciwieństwie do setek tysięcy więźniów osadzonych w samotnych celach, którzy, jak podsumował Dickens wiele lat temu, "...pozbawieni nadziei, bez szans na apelację, byli wydani na pastwę zła".

Wreszcie wolny!

Kiedy już było po wszystkim, Friedland wyjaśniła mi, że w końcu osiągnąłbym stan akceptacji: "Jest to konieczność w przypadku prawdziwych więźniów. Ale nie jest to najlepsze rozwiązanie dla ludzi po prostu samotnych". Po 96 godzinach otworzono mi drzwi. Podobno wyglądałem zupełnie inaczej niż zwykle.

"Ludzie cierpiący z powodu poczucia głębokiej izolacji powinni jak najszybciej podjąć próbę przełamania się i wyjścia do ludzi" - mówi Carol Friedland i poleca robić cokolwiek, co w przypadku danej osoby może zredukować stres i wzmóc poczucie kontroli sytuacji. Obejrzeć mecz. Zadzwonić do przyjaciela. Poszukać jakiegoś zajęcia w domu..."

Z czasem trzeba stopniowo powracać do bardziej intensywnych kontaktów społecznych. Spróbuj porozmawiać najpierw z jedną osobą, potem dwoma, powoli poszerzając krąg znajomości. W przeciwnym razie uczucie agresji, podejrzliwość i lęk będą przybierać na sile". Po zaledwie czterech dniach spędzonych w Eastern State zastosowałem się do tych rad. Stopniowo ponownie przystosowywałem się do wolności.

Powoli przygotowuję się też do rozmowy z wydawcą, który wpadł na ten przeklęty pomysł.

 

Z doświadczeń króla karceru

Ken Rees, były jeniec wojenny, który był pierwowzorem bohatera granego przez Steve'a McQueena w filmie "Wielka ucieczka", opowiada, jak udało mu się przetrwać pięć tygodni w karcerze. W przeciwieństwie do Steve'a McQueena, Ken Rees nie dysponował rękawicą i piłką baseballową, żeby mieć się czym zająć w izolatce. Ale to właśnie jego losy posłużyły scenarzystom filmu "Wielka ucieczka" za pierwowzór postaci kapitana Virgila Hiltsa.

83-letni dzisiaj Rees, emerytowany lotnik RAF-u, ocenia, że podczas swojego pobytu w stalagu Luft III (obóz mieścił się w Żaganiu w woj. lubuskim) spędził w karcerze 36 dni. Opisuje swoje doświadczenia z tamtego okresu we wspomnieniach pt. "Leżysz w ciemnościach i nasłuchujesz". Oto kilka uwag byłego pilota o tym, jak udało mu się przeżyć i nie zwariować.

Drzwi zamknęły się za panem. Jak wyglądała cela?

Miała mniej więcej 2 metry szerokości i około 3 długości. Było okienko, które wpuszczało do środka trochę światła, ale przez które nie dało się wyjrzeć. Były też stolik, krzesło i żelazne łóżko z materacem, kocem i poduszką.

Co pozwoliło panu zachować spokój?

W dziurce wydłubanej nożem kuchennym w nodze stołowej miałem schowane dwie czy trzy zapałki i kilka niedopałków. Strażnicy nie mogli pojąć, jak udało mi się to przemycić do środka.

Uciekł pan ze stalagu przez podkop. A nie próbował się pan wydostać z karceru?

Próbowałem. Wydłubałem nożem dziurkę w jednej z desek, którymi było zabite okno. Ale kiedy po całym dniu dłubania przebiłem się w końcu na wylot, zobaczyłem po drugiej stronie gapiące się na mnie oko. Dołożyli mi jeszcze trzy dni izolatki.

O czym pan myślał, siedząc w celi?

Głównie o żonie, bo zestrzelili mnie zaledwie cztery dni po ślubie. No i o tym, jak nie wchodzić Niemcom w drogę.

MH 07-08/2004

Komentarze

 (11)
ZOBACZ KOMENTARZE
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij