[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
3.5

Serenbe - utopijny świat w sercu USA

Ludzkość zawsze marzyła o raju na Ziemi, ale wszystkie próby ustanowienia go kończyły się fatalnie. Serenbe, położone na peryferiach Atlanty, to cicha, rewolucyjna utopia dobrego życia, zaprojektowana, by swoim mieszkańcom zapewnić świetną formę, zdrowie i szczęście. MH wybrał się tam, by sprawdzić, czy ta kolejna próba ma szansę się udać.

To pierwsze słowa, jakie słyszę nad poranną granolą z mlekiem migdałowym, podsłuchując siedzącą najbliżej mnie grupę facetów wyglądających na bankowców. „Czuję się jak w »Truman Show«” – mówi drugi. Nie jest trudno zrozumieć, co ma na myśli. Wcześniej, jadąc wózkiem golfowym do pensjonatu na śniadanie, przejeżdżałem przez pocztówkowy krajobraz kwintesencji sielankowej Ameryki: kołyszących się traw na pastwiskach, koni, starszych państwa siedzących na nieskazitelnych werandach.

Słońce świeciło, a mieszkańcy machali do mnie, mimo że byłem kompletnie obcy. Każdy, kogo mijałem, bez wyjątku, wyglądał na niezwykle szczęśliwego, a ja spodziewałem się, że za chwilę wjadę wózkiem w sztuczną linię horyzontu. Ale to nie było Seahaven Island – sztuczna społeczność stworzona dla Jima Carreya jako Trumana Burbanka. To Serenbe: „społeczność dobrego życia”, oddalona 30 minut drogi na południe od Atlanty w stanie Georgia. Jej nazwa pochodzi z połączenia dwóch słów: „serene being”, czyli „pogodne bycie”, a sama jej koncepcja nie jest pozbawiona sensu.

Według badań WHO aż 90% naszego stanu zdrowia jest powiązana z tym, jak i gdzie żyjemy. Co więcej, zakłada się, że chroniczne choroby powiązane z naszym otoczeniem i zachowaniem stanowić będą przyczynę blisko 3/4 wszystkich zgonów do 2020 roku. Miasteczko założone celowo, by promować zdrowy tryb życia, jest zwariowanym rozwiązaniem i musiałem to zobaczyć na własne oczy.

Po śniadaniu idę na spotkanie z założycielem Serenbe Steve’em Nygrenem, który ma być moim przewodnikiem. Pierwszy dom został tu wybudowany w 2004 roku na podstawie planów rozbudowy podmiejskich obszarów Atlanty. Nygren, emerytowany restaurator, który wraz z rodziną przeniósł się na wieś w poszukiwaniu sielskiego życia, zdecydował, że najlepszym sposobem, by powstrzymać najazd buldożerów, będzie zbudowanie swojego własnego osiedla na ponad 400 hektarach ziemi.

Piętnaście lat później 700 ludzi mieszka w 360 domach w Serenbe, a długoterminowe plany zakładają stworzenie warunków mieszkaniowych dla kolejnych 3500 osób. Nygren jest lekko siwiejącym siedemdziesięciokilkulatkiem, a choć planujemy wybrać się na dwugodzinny spacer po leśnych ścieżkach Serenbe, na spotkanie przychodzi ubrany w błękitną koszulę w stylu oxfordzkim, chinosy i brązowe półbuty.

Jest 27 °C i lepko od gorąca. Mijamy wybieg z kozami i dochodzimy do kamiennego labiryntu. „Ten labirynt to nie łamigłówka, ale medytacja – tajemniczo rzuca Nygren. – Łamigłówki to gry. A labirynt ma tylko jedną ścieżkę, prowadzącą tam, gdzie chcesz dotrzeć”. Wyjaśnia, że serenbianie wchodzą do środka labiryntu, żeby roztrząsać swoje problemy i szukać ich rozwiązania. Jak dotąd to wszystko jest trochę dziwaczne.

Spacerujemy po wybiegu dla koni, a ja wypytuję Nygrena o jego styl życia. Mówi, że spaceruje codziennie po leśnych ścieżkach w sąsiedztwie, trenuje pilates i dwa razy w tygodniu ma zajęcia z osobistym trenerem. Widać, że to działa. Na jego koszuli widocznych jest ledwie kilka kropli potu, z kolei ja jestem cały mokry.

REKLAMA

REKLAMA

Bóg tak chciał

Jednak poza porównywaniem swojej sprawności fizycznej z siedemdziesięciolatkiem moim celem tutaj było przekonać się, czy taka społeczność, jak ta w Serenbe, proponuje realną receptę dla licznych chorób współczesnego życia. Napomknąłem, że od kiedy Nygren zaczął swoją budowę w 2004 roku, tempo zewnętrznego świata przyspieszyło, a przypadki otyłości i depresji mają tendencję wzrostową. Nygren potwierdza to entuzjastycznie.

„Stany Zjednoczone cierpią na epidemię złego stanu zdrowia swoich obywateli, a miejsca, w jakich żyjemy, tylko pogarszają sprawę. Powinniśmy się przeprowadzić, powinniśmy wchodzić w interakcje z naturą, w interakcje z innymi ludźmi, ale społeczeństwo jest tak zorganizowane, żeby nas przed tym powstrzymywać” – mówi.

Jednakże społeczność Serenbe nie jest zwykłym społeczeństwem. Na brak ruchu proponuje proste rozwiązanie: spacerować. Między sąsiedztwami w Serenbe jest stworzona sieć ścieżek, ciągnących się przez więcej niż 15 mil. Spacery kardio są normą, a nawet w istocie stały się formą współzawodnictwa. Mieszkańcy biorą udział w wyzwaniu liczenia kroków. Niektórzy, zwłaszcza z rodziny Nygrena, osiągają średnią 20 000 kroków dziennie, co prawdopodobnie tłumaczy zawrotną prędkość naszej wycieczki.

W końcu robimy postój w sklepie, żeby coś wypić. Ja wybieram piwo imbirowe, a Nygren wybiera gazowaną wodę lawendową. Przy kasie dostrzegam mężczyznę przede mną, który potwierdza zakupy kartą kredytową – jego podpis to dziecięcy rysunek, przedstawiający żaglówkę i słoneczko! Nikomu nawet nie drgnie powieka.

Serenbe zachęca do interakcji z przyrodą. Ma na przykład „jadalny krajobraz”: na przecięciach dróg posadzono krzaczki jagód. Jest także prawie ukończony leczniczy ogród. „Gdy ludzi boligłowa, chciałbym, żeby zbierali właściwe zioła i parzyli z nich herbatę, niż sięgali po tabletki” – mówi Nygren, coraz bardziej brzmiąc jak jakiś „wellnessowy” Willy Wonka.

Z entuzjazmem mówi mi o pewnych badaniach, przeprowadzonych nad stanem „zachwytu”: o doświadczeniu pokory odczuwanym w momencie spotkania się z czymś prawdziwie wspaniałym, szczególnie wspaniałością natury. Ciało uwalnia związki chemiczne, gdy doświadczamy uczucia zachwytu: zmniejsza się stan zapalny, ryzyko chorób serca i raka.

Częściowo z tego powodu drogi w miasteczku zostały wytyczone tak, by widoki na krajobraz Georgii zapierały dech w piersiach. Nygren stawia hipotezę, że przeciwieństwo tego stanu także wywołuje reakcję chemiczną; że gdy czujemy obrzydzenie, idąc zaśmieconą ulicą w dużym mieście, to może to mieć negatywny wpływ na nasze zdrowie.

Zgodnie z tą teorią kosze na śmieci są tutaj umieszczone pod ziemią zamiast na ulicy, aby uniknąć tego, co Nygren nazywa „wzrokowym zanieczyszczeniem”. I wreszcie są reakcje międzyludzkie. Duże, gęste miasta, poza tym, że bywają zatłoczone, potrafi ą być samotnymi miejscami. Ankiety wskazują, że liczba przyjaciół, na których możemy liczyć, zmalała średnio o jedną trzecią w ostatnich latach, a izolację społeczną wiąże się ze wszystkimi chorobami – począwszy od depresji po choroby serca. Rozwiązania tutaj są zaskakująco proste.

Skrzynki na listy są umieszczone centralnie, tak by zachęcać ludzi do codziennych pogawędek, a domy są celowo budowane bez przednich trawników – zamiast tego otwarte ganki są zaprojektowane w stronę chodników, tak by umożliwić rozmowę z przechodniami. A poza tym jest to machanie do siebie. Zostałem rzetelnie poinformowany, że to Ty jesteś postrzegany jako dziwak, jeśli nie machasz. „Przejeżdżasz koło kogoś, kto Ci nie odmachał, i myślisz sobie: »Co to za dupek?«” – powiedział mi jeden z mieszkańców. Poczułem się skarcony

REKLAMA

Budowanie raju

Po oprowadzeniu usiadłem przy piwie (o smaku limonki i różowej himalajskiej soli; niedorzeczne, ale pyszne), by porozważać o minionych dwóch godzinach. Mieszkańcy Serenbe uważają Nygrena za geniusza. Słyszałem porównania do „naszego Steve’a Jobsa” lub Elona Muska. Mają tu kapitanów sąsiedztwa, których zadaniem jest bycie mentorami dla nowych mieszkańców i integrowanie ich ze społecznością. Nie ma burmistrza, nie ma wyborów – szefem jest Nygren. Spytałem jednego z mieszkańców, czy Serenbe to łagodna dyktatura, a on wybuchnął śmiechem – nie dlatego, że byłem daleki od prawdy, ale że utrafiłem w sedno.

Faktycznie, atmosfera przypomina lekko kult jednostki, ale sam się złapałem na byciu coraz bardziej zainspirowanym misją Nygrena. Po 6 latach w brytyjskim Men’s Health przyzwyczaiłem się, by zalecać ciągi, powtórzenia, makra i mikra dla poprawy sprawności. Trudno nadawać równą wagę tak nieuchwytnym pojęciom, jak „zachwyt” i „związki międzyludzkie”. Ale rozwijające się badania naukowe sugerują, że to ja błądzę. Nie chcę powiedzieć, że nie istnieją bardziej wymierne sposoby polepszania stanu swojego zdrowia, także w Serenbe – jest tu osiedle Mado, zbudowane po to, aby służyć jako ośrodek wellbeing dla lokalnej społeczności.

Odbywam wycieczkę po tym kompleksie z córką Nygrena – Garnie. Jest w podobny do niego sposób ożywiona i daję się porwać jej entuzjazmowi. W Mado odwiedzamy nową restaurację „Halsa”, której menu opiera się na „skompletuj swój własny talerz”, oraz na wegańskich burgerach, opracowanych przez firmę technologii żywieniowej Impossible. Następnie zostaje nam pokazane SPA, które oferuje wszystko: od masaży sportowych po terapię podczerwienią. Siłownia jest wyposażona w sprzęt crossfi towy firmy Rogue, a przestrzeń z rowerkami w całości wypełniła marka Peloton.

Na piętrze znajdziecie rząd biur, które będą gościć dietetyków, specjalistów od akupresury, kinezjologów i psychiatrów. To ogromna inwestycja z ambitnymi celami. „W Ameryce pierwszym kontaktem jest lekarz, a pierwszą odpowiedzią przepisanie tabletek – mówi Garnie– Chcemy przesunąć punkt ciężkości z leczenia na prewencję”. Ostatnim punktem wycieczki jest nowe centrum informacyjne, które objaśnia każdemu zwiedzającemu, jak może prowadzić zdrowsze życie.

REKLAMA

REKLAMA

Wyznanie wiary

Kiedy w następnych dniach jeżdżę moim wózkiem golfowym na śniadanie, uważnie staram się machać do wszystkich, żeby nie zostać wziętym za dupka. Nad warzywnym omletem (smaczny) i grysikiem (zdecydowanie nie) obserwuję innych klientów. Cztery blond kobiety, które najlepiej można opisać jako zamożne mamuśki z przedmieść, omawiają swoje plany odejścia od mięsa i debatują nad problematyczną naturą cukru w sokach owocowych.

Moją misją na dzisiaj jest wyjść poza zaplanowaną trasę wycieczki i spotkać zwykłych mieszkańców. Najpierw spotykam wprawiającego w zakłopotanie swoją szczerością mężczyznę, który mówi mi, że przyjechał do Serenbe w wyniku niecodziennych okoliczności. Jego żona postanowiła ukończyć jakiś bzdurny kurs szamańskich praktyk i odeszła od niego ze swoim guru. Mąż dokopał się do jego przeszłości i odkrył, że szaman to oszust, ale żony to nie przekonało. Ponieważ jednak wcześniej często jeździł na wakacje do Serenbe, mając miłe wspomnienia, postanowił się tu przeprowadzić.

Mówi, że czas spędzony na bieganiu po okolicznych leśnych ścieżkach i śpiewaniu pełnym głosem piosenek country puszczanych na swoim iPodzie pomogły mu wrócić do równowagi po rozpadzie małżeństwa. Kobieta o imieniu Jemmi ma również osobliwy początek swojej historii. Podczas podróży służbowej zatrzymała się w New York’s Maritime Hotel – słynnym ze względu na bycie rzekomo nawiedzanym przez duchy.

Gdy telewizor w jej pokoju sam się włączył, zrobiła to, co każda rozsądna osoba zrobiłaby na jej miejscu: zeszła do hotelowego baru. Tam barman pokazał jej artykuł w „New York Timesie” o Serenbe. Zaintrygowana, zdecydowała się je sprawdzić i również uznała Serenbe jako krzepiące miejsce.

Nieśmiała i introwertyczna Jemmi martwiła się, że trudno jest jej nawiązywać nowe przyjaźnie, lecz Serenbe rozwiązało ten problem. „Pewnie, wpadanie na ludzi przy odbieraniu poczty nie załatwi długotrwałych przyjaźni, ale przełamuje lody i pomaga poznawać i łączyć ludzi”. Podczas lunchu dołączyły do mnie dwie pary. Ponownie, bez żadnego namawiania, od razu rozpoczęli monologi o tym, co czyni Serenbe miejscem tak wyjątkowym. Glenn, siedzący obok mnie Anglik, jest instruktorem outdooru w Peak Districkt. Jest też kaskaderem i dublował Roberta Downeya Jr. w serii Marvela. Ale mimo swojej kariery, najszczęśliwszy jest, śpiewając piosenki ze śpiewnika „żyjącego wolniej Serenbe”.

„Myślałem, że takie miejsca już nie istnieją... To jak za dawnych lat...” – mówi. W pierwszej chwili pomyślałem, że takie zdanie brzmi śmiesznie w ustach kogoś tak młodego, ale okazało się, że Glenn dobiega 50-tki – jest dobre 15 lat starszy, niż wygląda. A to nie jest anomalia. Jon, który siedzi naprzeciwko mnie, mógłby uchodzić za przystojnego 45-latka, a niebawem dobije 60-tki. Jako 29-latek czuję, że wypadam, cholera, dość mizernie. Jon opowiada mi, jak to złamał sobie żebra, spadając ze swojego skutera. Mając nadzieję, że przyspieszy proces gojenia, próbował licznych terapii alternatywnych, ale najbardziej przekonały go zalety „kremu z czynnikiem na wzrost tkanki łącznej”.

Dopytałem więcej i zostało mi wyjaśnione – to krem z komórek pozyskiwanych z napletka. Ostatnia wieczerza Mojej ostatniej nocy jestem zaproszony na kolację z młodszym pokoleniem rodziny Nygren: trzema córkami i ich mężami. Jeśli wierzyć w plotki o sektach, to spodziewać by się można, że ci tutaj będą przyszłymi przywódcami czekającymi w kolejce. Tymczasem wszyscy ludzie, których spotykam, są w większości... cóż, normalni. Po wypiciu zbyt dużej ilości wina idziemy do jednego z ich domów. Pijemy tam piwa, palimy trochę trawki (to w końcu Ameryka), strzelamy partyjkę bilarda i oglądamy najlepsze sceny z NBA. Następnego ranka czuję się zdecydowanie daleko od „wellness”.

Niestety, nie mam czasu, by przetestować skuteczność leczniczego ogrodu lub medytacyjnego labiryntu na kaca. Zasiadam do mojego ostatniego śniadania i widząc, że nie mam kogo podsłuchiwać, przeznaczam chwilę na pomyślenie o moim pobycie w tej utopii wellness. W skrócie? Kupili mnie. Fakt, że krem z napletka i podpis z żaglówką są trochę szurnięte, ale ta ilość zabawnych odchyleń od etosu miejsca jest warta namysłu.

Serenbe to przypadek testowy. Blisko współpracując z naukowcami, jego założyciele chcą zebrać mocne dowody na to, że społeczeństwo będące w kontakcie z naturą i funkcjonujące w ramach społeczności ma pozytywny wpływ na zdrowie. Trzeba jednak wspomnieć, że dostrzeganie właściwości zdrowotnych w przebywaniu na powietrzu i duma obywatelska nie są wystarczające, by zamieszkać w Serenbe.

Nygren twierdzi wprawdzie, że jedyne dwa warunki wstępne to „paszport i nadzieja” , ale gdy popatrzeć na ceny posiadłości, powiedziałbym, że 6-cyfrowe wynagrodzenie będzie trzecim do spełnienia. Po powrocie do Londynu sprawdzam moją skrzynkę przychodzącą i znajduję 230 e-maili, które ignorowałem przez ostatnie kilka dni. Zostawiam swoje dane na lotnisku, ponieważ moja torba nigdy nie wyleciała z Orlando, potem ustawiam się na opóźniony pociąg z Gatwick do domu. Już tęsknię za jeżdżeniem w wózku golfowym i popijaniem 6-procentowego piwa craftowego. Gdy wspinam się na wzgórze do swojego domu, macham nieznajomemu, który oczywiście mnie ignoruje. I wiem, co sobie myśli: „Co to za dupek?”

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij