REKLAMA

Ryan Reynolds: nie ma nic za darmo

Aktor Ryan Reynolds od lat patrzy, jak choroba Parkinsona niszczy zdrowie jego ojca. Dlatego w 2008 r. przebiegł maraton, by zebrać fundusze na walkę z tą chorobą. Twierdzi, że lepiej mieć cele niż oczekiwania i nie liczyć na to, że dostaniesz od życia coś za darmo.
Art Streiber - Rodale Images
fot. Art Streiber
Wcale nie uważam, że z racji tego, kim jestem, należy mi się coś specjalnego od życia. Nie chcę nic za darmo – zapewnia Ryan Reynolds.

Paradoks wizerunku

Pytany, czy pamięta moment, w którym zdał sobie sprawę ze swojej rosnącej popularności, odpowiada, że jeszcze taki nie nadszedł. Reynolds wcale nie uważa, że z racji tego, kim jest, coś mu się w życiu specjalnego należy. Być może na to, jaki jest, wpłynął fakt, że na swój aktorski przełom musiał czekać siedem długich lat. W 2002 roku dostał tytułową rolę w filmie "Wieczny student", z powodu której w dalszym ciągu jest najbardziej rozpoznawany.

Dla tych, którzy próbują śledzić rosnącą sławę Reynoldsa, może się on wydawać pewnego rodzaju paradoksem. Zarówno na scenie, jak i w życiu jest bardzo uprzejmy i dowcipny. Warto zobaczyć w dodatkach na DVD do "Na pewno, być może" jego przekomarzanie się z reżyserem Adamem Brooksem. W pewnym momencie Reynolds opisuje twarz George'a W. Busha, która przez chwilę pojawia się w filmie. Mówi, że prezydent wygląda, jakby "brwi zarzuciły krawat na jego nos".

REKLAMA

Jeżeli wrzucisz hasło Ryan Reynolds do Google'a, wyskoczą jego zdjęcia z nagim torsem, napinającego swoje wyrzeźbione mięśnie brzucha i idealnie wymodelowane owłosienie na klatce piersiowej. Fakt, że jednym z jego najsłynniejszych wizerunków jest ten, którym podbija serca nastolatek, trochę przeszkadza Reynoldsowi, jednak w jego ostatnich rolach wizerunek umięśnionego przystojniaka jest zdecydowanie rzadszy. Mimo to Reynolds stał się jednym z dziwniejszych zjawisk Hollywoodu: facet o modelowej sylwetce, a jednocześnie błyskotliwy, inteligentny prześmiewca targowiska próżności w hollywodzkiej fabryce snów.

To zwykła robota

Gdy Reynolds opowiada o swojej pracy na scenie, opisuje ją jako "po prostu pracę". Zamiana ciała zwykłego śmiertelnika w sylwetkę superbohatera wymaga mozolnej, ciężkiej harówki, czasami trwającej miesiące. Podobnie nie odpuszcza, przygotowując się mentalnie do roli i wcielając w osobowość postaci. Reynolds nie ma obsesji, jak np. Dustin Hoffman, ale zawsze odrabia zadanie domowe.

Przykład? W ramach przygotowań do roli Willa Hayesa, zakochanego politycznego konsultanta w filmie "Na pewno, być może", spędził sporo czasu na rozmowach z Francisem Wilkinsonem, pisarzem i politycznym konsultantem, którego wczesna kariera wyglądała bardzo podobnie do kariery Hayesa. Ich współpraca przerodziła się z czasem w przyjaźń, która zaowocowała tym, że za namową Wilkonsona aktor zaczął od czasu do czasu pisać artykuły dla znanej politycznej strony blogowo-newsowej "Huffington Post".

Gdy się spotkaliśmy, Reynolds kręcił z kolei zdjęcia do filmu "Papierowy bohater": gra w nim rolę Kapitana Doskonałego, komiksowego superbohatera z lat 50. Wyzwania sięgają dużo dalej niż tylko rozjaśnienie i zafarbowanie włosów na idiotycznie żółty kolor i przebranie w trykot i pelerynę. Postać jest fikcyjnym przyjacielem z dzieciństwa niespełnionego, niedojrzałego pisarza (Jeff Daniels). Aktor doszedł do wniosku, że wcielając się w rolę bohatera, musi przyjąć myślenie Danielsa. Podobno spędził tak dużo czasu, naśladując Danielsa, że ten na drzwiach swojej przyczepy umieścił znak: "Zakaz wstępu dla Ryana".

Niezależnie od tego, czy mowa o wcielaniu się w role, czy udziale w biegach, w rozmowach z Reynoldsem często pojawia się jeden motyw: cele kontra oczekiwania. Wyznacza sobie wiele różnych celów, choć nie oczekuje samych sukcesów. Jednak oczekiwanie nie jest dla Ryana Reynoldsa naiwnym zakładaniem, że coś się nam przydarzy bez żadnego wysiłku z naszej strony. "Jeśli masz oczekiwania, narażasz się na rozczarowania - mówi aktor. - Ja nie oczekuję, że ukończę maraton, tylko cholernie ciężko trenuję, by tego dokonać".

Jednym z głównych narzędzi Ryana w dążeniu do celu jest narzucona samemu sobie dyscyplina. "Służy mi ona doskonale zarówno w pracy zawodowej, jak i w życiu osobistym. I im jestem starszy, tym bardziej jestem zdyscyplinowany. Zawsze czułem, że gdybym nie miał naturalnego talentu do tego, co robię, mógłbym wygrać rywalizację z innymi właśnie dyscypliną, pracując ciężej niż ktokolwiek inny" - wyjaśnia.

Reynoldsa sposób na życie

Może niekoniecznie zagramy w filmie i ożenimy się ze Scarlett Johansson (w przeciwieństwie do Reynoldsa nigdy byśmy się z nią nie rozwiedli), ale podoba nam się jego podejście do życia:

  • "Po tym, jak poświęciłem wystarczająco dużo czasu na poznanie osobowości, w jaką mam się wcielić, włącznie z tikami, tendencjami i poglądami, następuje prawdziwe poczucie wyzwolenia. Czuję się spokojny, swobodny i gotowy na wszystko. Prawdziwa wolność bierze się z dobrego przygotowania".
  • "Najbardziej napędza mnie pamięć o sytuacjach, w których dałem plamę i pojawiłem się nieprzygotowany. Pewne role mnie przerosły i nie panowałem nad sytuacją. Nigdy więcej nie chcę tego powtórzyć".
  • "Po wylądowaniu w Los Angeles wiele razy odpadałem na castingach. Ale następnego dnia próbowałem pójść inną drogą, np. sprawdzić, czy nie chcą mnie w sitcomach. W ciągu trzech lat otrzymałem główne role w kilku produkcjach, jednak wciąż pamiętam, jak zgubna była moja pycha, z jaką przyjechałem do LA. Nie można niczego z góry zakładać i oczekiwać, że coś ci się należy. Nic się nie należy. Trzeba po prostu ciężko pracować".
  • "Zawsze na początku czuję lęk. Ale wtedy zaczynam działać i pokonuję swoje strachy - to jest dla mnie prawdziwe zwycięstwo. Tak jak Hal (główny bohater filmu "Green Lantern", którego Reynolds zagrał w 2011 roku - przyp. red.), staję twarzą w twarz ze wszystkimi strachami, które sam dla siebie stworzyłem, a potem zaczynam iść naprzód".

MH 11/2010

STRONA 2 z 2

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE
REKLAMA