Jamie Foxx: „Jestem realistą. I mam grubą skórę: po porażce otrzepuję się i idę dalej"

Ma 53 lata, dwie córki, Oscara i Grammy na koncie. Jamie Foxx osiągnął wiele, ale nie zamierza osiadać na laurach. Uzdolniony aktor, komik i muzyk właśnie został też pisarzem: wydał swoją autobiografię pod tytułem „Act Like You Got Some Sense”. Poza tym pracuje nad rolą Mike’a Tysona, planuje kilka projektów dla Netfliksa i stara się być dobrym tatą. Co napędza tego faceta?

Jamie Foxx w Men's Health fot. AB + DM
Foxx jest królem anegdot. „Wychowywanie dzieci jest jak sterowanie łodzą. Kiedy nadchodzi wielka fala, masz ochotę zwolnić, a nie możesz. Musisz maksymalnie przyspieszyć kurs, żeby wyjść z tego cało – opowiada między łykami bourbona – marki, której od marca jest właścicielem. – Dzieci będą cię testować. Żeby wypłynąć z morza syfu, które ci zafundują, musisz wciąż przyspieszać”. Foxx intonuje i gestykuluje tak, że ludzie siedzący przy stolikach dookoła niemal spadają z krzeseł, wychylając się, żeby usłyszeć puentę. Wszyscy tu wiedzą, że kiedy ten facet coś zaczyna, to zawsze kończy puentą. Jamie jest znany z tego, że wszystko, co robi – gra, muzykuje, czy rozśmiesza – robi całym sobą. U niego nie istnieje opcja „na pół gwizdka”. Pewnie dlatego w czasach liceum był jednocześnie prymusem, najlepszym futbolistą w drużynie i liderem kościelnego chóru. A przy tym miał jeszcze czas robić pokazy stand-upu dla całego miasteczka. Ale zaraz, zaraz. Foxx znów ma jakąś ojcowską historyjkę – tym razem o swoim nastoletnim bratanku.

REKLAMA

„Byliśmy na wakacjach. Ja siedziałem w bungalowie, próbując zaznać trochę je**nego relaksu kiedy dzieciaki wybiły piłką szybę obok mnie. Fragment szkła ranił mnie w pieprzoną głowę! Zapieniłem się: »Powaliło was?! Czemu, do ch**a pana, gracie w kosza w domu?!«. Potrafię być wredny, kiedy się wkurzę, więc chłopakom zrzedły miny. Ale wtedy przypomniałem sobie, jak sam byłem gówniarzem i wybijałem okna piłką. »Zrobiłeś chociaż wsad? – zapytałem w stylu dobrego wujaszka. – To dobrze. A teraz sprzątajcie ten syf i wypad!«. Taki miałem gest”.

Cała sala restauracyjna wybucha śmiechem. Ten facet jest stworzony do występów przed publicznością.

Ciekawi mnie, jak poradził sobie z zeszłorocznym lockdownem. „Zawsze byłem gościem typu: dawać, dawać, dawać! Jest tyle do zrobienia!” – mówi Jamie, zapytany o pandemię. Pandemię, która, jak się okazuje, dla jego niestrudzonego ducha miała znaczenie terapeutyczne. „Słuchaj, ja wiem, że lockdown wielu zmienił dom w więzienie. Sam zacząłem wariować. Uważałem, żeby nie podchodzić za blisko okien, bo przecież zaraz za nimi czai się COVID. Ale przymusowe zamknięcie pozwoliło mi na artystyczną aktywność, która w innych warunkach pewnie nigdy nie doszłaby do skutku. To był plus całej sytuacji... Ale później spadła na nas śmierć mojej siostry. I sam straciłem ochotę, żeby żyć” – głos nadal mu się łamie, kiedy wspomina 36-letnią DeOndrę Dixon, która zmarła w październiku zeszłego roku. „Ciągle słyszę jej głos, śmiech, takie rzeczy...” – dodaje. Zamknięcie w domu i śmierć siostry zmusiły go do skupienia się na tym, co wewnętrzne. Robił więc to, co my wszyscy w czasie lockdownu: szukał sobie zajęcia w domu, odkrył nowe hobby (pikle), robił plany na „po pandemii” i próbował przepracować żałobę oraz strach przed nieznanym. W tym ostatnim najbardziej pomogło mu spisywanie wspomnień. To w czasie pandemii powstał szkic jego autobiografii „Act Like You Got Some Sense”, dzięki której możemy poznać Jamiego Foxxa z zupełnie innej strony.

Chłopak z historią

Żeby zrozumieć, jak odważne i trudne musiało być dla Jamiego spisanie swoich wspomnień, trzeba cofnąć się do czasów jego dzieciństwa. Wychowywał się w maleńkim miasteczku Terrell w Teksasie (gdzie wciąż obowiązywał podział rasowy), pod opieką Estelle Marie Talley i Marka Talleya – pary, która adoptowała go, gdy miał siedem miesięcy. I jeśli to wydaje Ci się skomplikowane, to uważaj dalej.

Kiedy miał pięć lat, dowiedział się, że dziewczyna, którą uważał za siostrę, jest jego biologiczną matką. Kilkanaście lat wcześniej Talleyowie przygarnęli dziewczynkę z domu dziecka, która później, po porzuceniu przez męża, poprosiła ich, by adoptowali jej synka, Jamiego. Więc jego siostra była jednocześnie matką, zaś matka – babcią. „Spisywałem to szybko i bez refleksji, ale kiedy później przeczytałem notatki, zacząłem płakać – przyznaje Foxx. – Moja historia jest totalnie popieprzona, a i tak nie poruszyłem niektórych wątków. Może kiedyś jeszcze to zrobię”.

Mimo traumy, adopcja wyszła mu chyba na dobre, bo dzięki niej dostał się pod opiekę najważniejszej osoby w swoim życiu: Estelle Marie Talley (którą mimo skomplikowanych koligacji nazywa babcią). W wielu wywiadach Foxx podkreśla, że to ona była jego największą inspiracją i podporą. To babcia Estelle zachęciła pięcioletniego Erica Marlona Bishopa (tak, po ojcu, nazywał się wówczas Jamie), by zaczął grać na fortepianie – i to muzykę klasyczną. To utorowało mu drogę do zdobycia stypendium muzycznego na United States International University.

I to babcia Estelle pozwoliła gówniarzowi oglądać „The Tonight Show” Johnny’ego Carsona, a potem szczerze oceniała jego komiczne występy, które szybko przerodziły się w pełnowymiarowe stand-upy. „Kiedy byłem w trzeciej klasie podstawówki, na moje występy przychodzili ósmo- i dziewięcioklasiści. Kiedy ja byłem w ósmej klasie, oglądało mnie już całe miasto – wspomina Foxx. – Ale to wszystko była zasługa mojej babci. Sama była zaj***ście zabawna. Zresztą moja mama także. Zawsze we mnie wierzyły. Babcia miała podejście typu: »Nie wiem jeszcze, dokąd z tym wszystkim zmierzasz, ale na pewno gdzieś wysoko«”

Gość od skeczów

Miała rację. Do telewizji dostał się w 1991 roku, po kilku latach występowania na stand-upowej scenie Los Angeles. „In Living Color” – przełomowa, oparta na skeczach seria kreowała satyryczny portret społeczeństwa wielonarodowościowego. Była przepustką do sławy nie tylko dla Foxxa, ale także Jima Carreya czy Jennifer Lopez. Jamie wybił się wśród innych genialnych kreacji rolą drag queen Wandy, której niezapomniane kwestie weszły już do klasyki komediowych cytatów. W 1996 roku zaczął prezentować w amerykańskiej sieci telewizyjnej WB swoje autorskie „Jamie Foxx Show”, opowiadające o aspirującym muzyku z Teksasu, który przeprowadza się do Los Angeles, by spróbować swoich sił w branży rozrywkowej. Program stał się jednym z najpopularniejszych w sieci i utrzymywał swoją pozycję przez pięć lat emisji.

W 2002 roku dostał kolejny autorski show „Jamie Foxx: I Might Need Some Security” – tym razem na kanale HBO. Miał także okazję prowadzić kultowe „Saturday Night Live” w sezonie 2001-2002. W telewizji szło mu świetnie, jednak wciąż dostawał podobne angaże. Prawdziwą gwiazdą stał się, gdy wyszedł z komediowej strefy komfortu i wszedł do kin.

Jamie Foxx w Men's Healthfot. AB + DM

Prawdziwa gwiazda

Choć rozchwytywany, Foxx był bliski zaszufladkowania. Znany był jako czarnoskóry wygadany komik, obsadzany w telewizyjnych show albo mało ambitnych, nieco żenujących komediach typu „Striptizerka” albo „Podryw” (fabuła tego ostatniego kręci się wokół wyprawy po prezerwatywy do szemranej dzielnicy). Mimo przeskoku z telewizji do filmu, wciąż nie dostawał poważniejszych ról, które zapewniłyby mu awans do ligi najpopularniejszych czarnoskórych rówieśników: Martina Lawrence’a, Eddiego Murphy’ego czy Chrisa Rocka. Wreszcie dostał jednak zaproszenie na przesłuchanie do roli dramatycznej, i to u Olivera Stone’a.

W „Męskiej grze” miał zagrać młodego futbolistę, stającego się z dnia na dzień gwiazdą popularnej drużyny. Okazało się jednak, że jego sceniczne doświadczenie przemawia przeciwko niemu. „Nie nadajesz się” – usłyszał od reżysera. To był cios. „Wtedy zrozumiałem, ilu świetnych ról biali reżyserzy pozbawiają czarnoskórych aktorów tylko dlatego, że nie potrafią wyjrzeć poza kulturowo specyficzne postaci, które ci odgrywali w przeszłości” – mówi Foxx. Ostatecznie dostał rolę (kiedy zrezygnował z niej Puff Daddy) i pokazał, że jest nie tylko wygadanym stand-uperem, ale i utalentowanym aktorem dramatycznym. Potwierdził to kolejnymi występami w „Alim” czy „Zakładniku”, gdzie jako sterroryzowany przez płatnego zabójcę taksówkarz skradł show będącemu wtedy u szczytu sławy Tomowi Cruise’owi. Za tę rolę otrzymał nominację do Oscara jako najlepszy aktor drugoplanowy. Statuetki nie dostał, ale kilkadziesiąt minut później pocieszył się Oscarem za rolę pierwszoplanową w filmie „Ray”, którego wręczono mu na tej samej gali.

Jamie Foxx jest drugim mężczyzną oraz pierwszym Afroamerykaninem w historii, który zdobył dwie nominacje do Oscara za dwa różne filmy tego samego roku. Przed nim dokonał tego Al Pacino. Oscarowa rola Raya Charlesa bez wątpienia była przełomem w jego karierze i przepustką do kolejnych wielkich produkcji: „Dreamgirls”, „Walentynki” „Królestwo”, „Django”, „Niesamowity Spider-Man 2”, „Baby Driver”. Skok z telewizji do kina okazał się udany, więc Foxx zaczął planować kolejny – na scenę.

Choć miał odpowiednie wykształcenie, nie poszedł w stronę muzyki klasycznej. Wręcz przeciwnie. Jego kariera nabrała rozpędu, gdy wraz z raperem Twistą oraz Kanye Westem nagrał utwór „Slow Jamz”, który uplasował się na szczycie Billboard Hot 100 oraz na 3. miejscu UK Singles Chart. Druga współpraca Foxxa z Westem, „Gold Digger”, w której śpiewał chwytliwy refren „I Got a Woman” Raya Charlesa, także zajęła 1. pozycję Billboard Hot 100, na której pozostała przez dziesięć tygodni. „Gold Digger” sprzedał się w Stanach Zjednoczonych w ponad 2 milionach kopii i pokrył się dwukrotną platyną. W 2005 roku Foxx gościnnie pojawił się na singlu „Georgia” Ludacrisa i Fielda Moba, który zawierał sample innego hitu Charlesa – „Georgia on My Mind”. Wydał też pięć autorskich albumów studyjnych, a nawet założył własną rozgłośnię radiową The Foxxhole – z afroamerykańską muzyką i audycjami komediowymi. Wydaje się, że ten gość przemienia w złoto wszystko, czego dotknie. Mówię mu to.

REKLAMA

REKLAMA

Pokorny facet

„Miałem od ch**a porażek, na każdym polu – koryguje natychmiast Foxx. – Próbowaliśmy na przykład zrobić program rozrywkowy podczas pandemii i wydawało nam się, że jest zabawny. Ale nie był”. Chodzi o wyprodukowany wspólnie z córką Corinne dla Netfliksa sitcom oparty na ich prawdziwych relacjach pt. „Tato, nie rób mi obciachu!”. Kilka tygodni przed naszym wywiadem Netflix, po jednym sezonie, anulował program. To dla pomysłodawcy, głównego aktora i producenta prawdziwa porażka, ale Foxx, jak w swojej anegdocie o rodzicielstwie, akceptuje trudności, przyspiesza i wypływa z morza syfu.

REKLAMA

„Czasem chybiam z pomysłami. Potrafię się do tego przyznać. Ale gdy dostaję szansę, żeby wrócić i zrobić coś jeszcze raz, lepiej, zawsze podejmuję się roboty – mówi. – Jestem realistą. I mam grubą skórę: po porażce otrzepuję się i idę dalej. Zresztą to moja córka była producentką wykonawczą, więc to ona musiała mierzyć się ze wszystkimi problemami wokół programu. Wspaniale było przypatrywać się jej przy pracy: to najlepsze, co wynikło z całego tego przedsięwzięcia. Produkcja programu podczas pandemii to nie jest robota dla każdego, nie mogliśmy być nawet razem na planie, brakowało nam żywej publiczności. Corinne walczyła, jak mogła, o najlepsze warunki. Wciąż mieliśmy też ogromne wsparcie Teda [Sarandos, współdyrektor generalny Netfliksa] oraz pozostałych ludzi z załogi Netfliksa. Nawet gdy nam nie wychodziło, oni byli przy nas, pomagając. Mamy już plany, by zrobić wspólnie jeszcze trzy lub cztery filmy. I wrócimy, mam nadzieję, lepsi”.

Mężczyzna z planem na przyszłość

Współpraca z Netfliksem stanowi jedynie niewielką część jego zawodowych planów na najbliższy czas. Po spędzeniu ostatniego roku w domu Foxx nie może się nacieszyć tym, że tyle projektów może wreszcie ruszyć z kopyta. Już przed COVID-em jego kalendarz pękał w szwach. W zeszłym roku podpisał umowy z Sony Pictures oraz MTV Entertainment Group, z którymi będzie realizował projekty skoncentrowane wokół twórców społeczności BIPOC.

Podczas kwarantanny napisał również godzinny stand-up, a poza tym buduje formę w ramach przygotowań do odegrania Mike’a Tysona w serialu biograficznym. Do tego, rzecz jasna, bardzo wyczekiwany „Spider-Man: Bez drogi do domu”, w którym Foxx powróci jako Electro. „To będzie zaj***ste” – tylko tyle mówi o czekających go projektach.

Zanim następna kolejka bourbona pojawi się na stole, pytam go o dziedzictwo. To ważka kwestia, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że część jego spuścizny dosłownie siedzi tuż obok – chwilę wcześniej do naszego stolika przysiada się młodsza córka Jamiego, Anelise, ze swoją matką. Foxx z dumą opowiada o odziedziczonym po nim muzycznym talencie dziewczynki. W pewnym momencie wyciąga rękę do siedzącej w słuchawkach córki i prosi ją, aby wystukała rytm każdej piosenki, która poleci z odtwarzacza. Chce nam pokazać, jak Anelise potrafi naśladować beaty. Jego twarz rozszerza się w uśmiechu, gdy dziewczynka zaczyna rytmicznie stukać palcem po jego dłoni.

Odpowiedź jest jasna, ale nadal musiałem mieć czarno na białym: czym Jamie Foxx chce, aby było jego dziedzictwo?

„Mogę tylko powiedzieć, że najbardziej zależy mi na moich dzieciach. Chciałbym, żeby odniosły sukces, zachowując przy tym własną osobowość, tożsamość. Myślę, że to właśnie nazywamy dziedzictwem – mówi. – Kiedy patrzysz na kogoś, kto ma dzieci, możesz ocenić jego życie przez pryzmat ich sukcesów. W tym biznesie często można spotkać rodziców, którzy są gwiazdami, ale ich potomkowie nie radzą sobie w życiu. Dla mnie bardzo ważne jest, żeby także moje córki odnosiły sukcesy, własne sukcesy. Myślę, że to byłoby moje dziedzictwo”.

Zobacz również:
Dwie hantle i skakanka pomagały zbudować formę na długo przed pandemią. Przytul je mocno,  a zobaczysz, jak przyspiesza Twój metabolizm  i wzmacniają się mięśnie.
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA