REKLAMA

Przemek Kossakowski – współczesny wojownik

Po studiach chciał osiąść na sielskiej wsi i malować obrazy. Historia potoczyła się jednak tak, że jeździ po świecie i realizuje inne marzenie: dziecięce pragnienie, by zostać Indianą Jonesem.

Przemysław Kossakowski Adam Pluciński / MPP
Ta zaskakująca transformacja nie była efektem wielkiego planu na życie. Przyszła trochę sama. Ale żeby wykorzystać szansę, potrzebna była odwaga, by rzucić się na głęboką wodę i odnaleźć w nowych warunkach. Razem z nią przyszło dające wewnętrzny spokój przeświadczenie, że poradzi sobie nawet w najbardziej ekstremalnych warunkach, bez cywilizacji i całego tego wygodnego życia.

REKLAMA

Etiopskie plemię Surma jest jednym z najbardziej wojowniczych ludów Afryki. Należący do niego mężczyźni rozwiązują konflikty, walcząc na kije donga. W podobny sposób rywalizują o względy kobiet. Przed starciem piją mocne piwo, żeby stępić strach, i surową krowią krew, prosto z tętnicy, żeby się wzmocnić. Razem z nimi pije Przemysław Kossakowski, który w ramach programu „Wtajemniczenie” jeździ po świecie, odwiedza nieznane społeczności, bierze udział w ich rytuałach i stara się znaleźć odpowiedź na pytanie, co to znaczy być prawdziwym mężczyzną.

Do plemienia Surma przyjeżdża, by wziąć udział w tradycyjnym pojedynku na kije. „Nie wiesz, co cię czeka” – słyszy na wstępie od miejscowych, którzy technikę walki ćwiczą od dziecka. Każdy ma na ciele blizny – kije, którymi walczą, są długie, ostre, rwą skórę i zadają głębokie rany. „Tuż przed walką nogi miałem jak z waty, ale nie dawałem po sobie poznać strachu” – przyznaje szczerze Kossakowski. W trakcie pojedynku uświadamia sobie, że przeciwnik daje mu wygrać. Gdy pada na ziemię, a tłum krzyczy: „Bij! Dobij go!”, Kossakowski żąda kolejnej walki, tym razem nieustawionej. Drugi pojedynek kończy się błyskawicznie: cios w nerki i rana zadana w rękę niemal zwalają go z nóg. „Musiałem podjąć prawdziwą walkę, nawet jeśli stawką był ból i przegrana. Nie interesuje mnie cepelia, tylko autentyczne doświadczenie” – tłumaczy Kossakowski.

Z górki i pod górkę

Nim trafia do plemienia Surma i na własne życzenie dostaje łomot, bierze udział w wielu innych ryzykownych akcjach. W Portugalii, podczas tourady (przypominającej hiszpańską corridę), prawie daje się staranować bykowi, podczas niebezpiecznego połowu skorupiaków omal nie tonie w oceanie, w Nepalu wisi nad przepaścią na bambusowych linach i zbiera miód dzikich pszczół, a w Kenii schodzi głęboko pod ziemię, by odnaleźć złoto. Uczestniczy w rytuałach, w czasie których zakopują go żywcem, rażą prądem, podają narkotyczne substancje, podpalają. Na 2 dni staje się bezdomnym, sprawdza, jak reaguje ludzki organizm, gdy nie śpi się przez 50 godzin.

Przy takim CV trudno uwierzyć, że jeszcze kilka lat temu głównym marzeniem tego absolwenta artystycznych studiów była wyprowadzka na wieś i malowanie obrazów. Niby się udało, bo zamieszkał na odludziu, własnymi rękami odnowił dom i malował, ale rzeczywistość zweryfikowała wyobrażenia. Wena artystyczna, a za nią fundusze skończyły się, a on, żeby przeżyć, nie przebierał w pracach. Zatrudnił się we francuskiej chlewni, zbierał ziemniaki, pracował na budowie w Holandii, w szkole, przy wyrębie lasu. Był stałym gościem pośredniaka. W międzyczasie wziął rozwód. „Brakowało mi pieniędzy, nie miałem stałej pracy, prywatne życie legło w gruzach, a ja zbliżałem się do czterdziestki i właściwie wylądowałem na początku drogi. Nie miałem pojęcia, co robić dalej” – wspomina ciężki okres Przemek Kossakowski.

Po dwóch latach życia w zawieszeniu dostaje dziwaczną, jak sam określa, propozycję: tworzenie nowego kanału telewizyjnego (TTV). „Nigdy nie miałem ambicji związanych z mediami. Nie znałem też nikogo z tego świata, prócz jednej osoby, Lidki Kazen, która zaproponowała mi pracę dokumentalisty” – mówi MH Kossakowski.

Mimo że nie ma pojęcia, na co się pisze, podejmuje wyzwanie. „Lubię się sprawdzać. Otworzyła się przestrzeń, więc w nią wszedłem” – kwituje. Bierze więc kamerę, samochód i wyrusza na miesiąc w Polskę, by dokumentować życie osób parających się medycyną niekonwencjonalną. „Miałem pokazać pracę uzdrowicieli. Jednak nigdy nie miałem nic wspólnego z telewizją i nie wiedziałam, na czym dokładnie polega dokumentacja. Stwierdziłem więc, że praktyki znachorów przetestuję na sobie” – opowiada. „Nie było problemu, gdy twierdzili, że leczą mnie energią, dawali wodę święconą do picia czy przekonywali, że właśnie wracam do łona matki. Ale »kuracja« polegała też na wbijaniu w głowę igieł do akupunktury, przystawianiu pijawek do twarzy czy rozpalaniu płomieni na głowie” – dodaje.

Gdy w stacji obejrzano materiały z gościem, który śmiało wskakuje w sam środek sytuacji i poddaje się niecodziennym rytuałom, a do tego z zainteresowaniem słucha i zjednuje sobie sympatię bohaterów, z dokumentalisty awansował na prowadzącego program. Wkrótce przyszły kolejne propozycje. „Kiedy telewizja dała mi szansę, odpalił się we mnie rock & roll” – komentuje.

Ratunek w sporcie

Nadmorska wioska Shuhuti w Gruzji co roku w wielkanocny poniedziałek zamienia się w miejsce krwawej jatki. Lelo Burti to jedna z najbardziej brutalnych gier zespołowych na świecie. Reguły są proste: przejąć piłkę napełnioną ziemią oraz winem i umieścić ją w bramce przeciwnika. Wszystkie chwyty dozwolone, totalna anarchia i brak zasad. Boiskiem jest cała wioska, a bramkami płynące po obu jej stronach strumienie.

„Rzeź. W życiu takiego czegoś nie przeżyłem. Kłębowisko ciał, setki mężczyzn wypełnionych żądzą zwycięstwa. Atmosfera jak na zamieszkach” – wspomina Kossakowski. Co chwila ktoś upada, niektórzy zamroczeni od ciosów tracą przytomność, łamią się kości. Po dwóch godzinach rozgrywki większość uczestników odpada – nie mają siły. Kossakowski jakoś trzyma się na nogach. Kiedy mówi do kamery, że czuje się, jakby wpadł pod pociąg, w tle słychać wrzask radości rywali, którzy zgodnie z tradycją ruszają na cmentarz, by uhonorować piłką-trofeum jeden z grobów. Przemek ma świadomość, że sporo ryzykuje, ale ciekawość i chęć realizacji chłopięcych marzeń bierze górę. „Wreszcie mogę poczuć się jak Indiana Jones! Poza tym gdzieś w pobliżu zawsze jest ekipa” – odpowiada na pytanie, czy nie boi się uczestniczyć w ryzykownych akcjach.

By poradzić sobie w tak wymagających fizycznie sytuacjach, Kossakowski musi dbać o formę. Ale w jego przypadku to nie problem – sport jest stałym elementem grafiku i towarzyszy mu od lat. „Gdy mieszkałem na wsi, w stodole urządziłem siłownię. Zainwestowałem w sztangi, ławeczkę i odważniki. Nie odpuszczałem, robiłem 5 jednostek treningowych tygodniowo” – mówi. Dyscyplina, której pozostaje wierny od lat, to brazylijskie jiu-jitsu. „Gdy nie jestem na planie, chodzę na treningi 3 razy w tygodniu. Mam swój klub, zaliczyłem zawody, jeżdżę na obozy. Do tego rano biegam, a w czasie pandemii odkryłem nową zajawkę: kettle” – wylicza.

Nie ukrywa, że to właśnie sport pomógł mu przejść najgorsze chwile w życiu. „Siłownia i bieganie z czasem przestały pomagać, czułem, że potrzebuję czegoś o większej intensywności, i tak trafiłem na jiu-jitsu. Pierwszy trening to koszmar. Wróciłem posiniaczony, pobity i upokorzony, bo miałem kilka walk i wszystkie przegrałem. Faceci, chłopcy, dziewczyny, lali mnie wszyscy” – opowiada.

Na treningu nie możesz myśleć o problemach, które ci doskwierają. „Świat zostawiasz za matą. Musisz być tu i teraz, bo ktoś cię roztrzaska. Jesteś tylko ty, przeciwnik i 6 minut sparingu” – mówi Kossakowski. „Wielki wysiłek, adrenalina i koncentracja sprawiały, że na macie mogłem zapomnieć o swoim życiu i piętrzących się w nim problemach” – dodaje. Dziś treningi nadal dają mu moment wytchnienia: od pracy, social mediów, telewizji. Są jak forma medytacji.

Wrażliwy bimbrownik

„Z czasem zacząłem czuć niesmak, że moja popularność rośnie, a ja nie robię nic dla innych” – wyznaje. Sposobność, żeby to zmienić, pojawiła się sama. Program „Down the Road. Zespół w trasie”, w którym z szóstką osób z zespołem Downa podróżował po Europie, miał na niego ogromny wpływ. „Odkrył część mnie, którą sam byłem zaskoczony” – mówi MH.

Po programie został stałym wolontariuszem terapii zajęciowej dla osób z niepełnosprawnością intelektualną, a także ambasadorem klubu sportowego Parasportowi. Wraz z jego uczestnikami ma za sobą start i brązowy medal w mistrzostwach Polski w sztafecie triathlonowej. „Udzielanie swojego medialnego zasięgu stowarzyszeniom i fundacjom, z którymi współpracuję, daje mi największą przyjemność i poczucie, ze znalazłem to, czego szukałem” – mówi Przemek.

Nie wstydzi się pokazywać wrażliwej strony. Bo i nie musi nic sobie udowadniać. „Wiem, że jeśli trzeba, odnajdę się w nawet najbardziej ekstremalnych warunkach. Mieszkając przez lata z dala od ludzi, przekonałem się, że gdyby wyrzucono mnie poza cywilizację, odebrano całe to wygodne życie, poradzę sobie” – mówi. Umie rozniecić ogień, wie, jak zdobyć wodę i pożywienie. Potrafi położyć tynk, naprawić podstawowe rzeczy w samochodzie, a nawet zrobić świetny bimber. „W ciężkich czasach jego produkcja pomagała mi się utrzymać – śmieje się. – Może to jakieś archaiczne umiejętności, ale ja je mam. I wiem, że przetrwam”.

Na tropie męskości

Nad jeziorem Songköl w Kirgistanie rozgrywają się zawody. Kok buru to krwawy sport, narodowa duma kirgiskich nomadów. Zawodnicy na koniach stoją naprzeciw siebie i mierzą się groźnie wzrokiem. W jednej z drużyn Kossakowski. Sędzia rzuca na ziemię czarną, włochatą piłkę, będącą tak naprawdę martwym kozłem, i zaczyna się mecz. „Przeciwnicy tratują się konno, by zdobyć trofeum i rzucić je do specjalnej bramki” – relacjonuje Kossakowski.

Konie wpadają na siebie, uczestnicy okładają zwierzęta i przeciwników batami. Buzuje agresja, bryzga krew. W chaosie nie widać, kto jest sojusznikiem, a kto wrogiem. Gdy po kilku starciach kozioł ląduje w bramce, kurz i emocje opadają. Wszyscy znowu są przyjaciółmi. „Ten niebezpieczny sport jest wentylem dla żądzy walki i rywalizacji. Pozwala mężczyznom poczuć się prawdziwymi wojownikami” – tłumaczy przed kamerą Kossakowski.

Wie coś na ten temat, bo sam ma w sobie wojownika, który testuje własne granice i możliwości. „To sport i wymagające hartu ducha oraz ciała doświadczenia, w których brałem udział, pomogły mi na nowo odzyskać wiarę w siebie. Właśnie dzięki nim dziś wiem, że poradzę sobie w każdych warunkach” – ocenia Przemek.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA