[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
4.3

Polscy antyterroryści - zobacz kulisy ich pracy

Wykonują najbardziej niebezpieczne zadania, więc muszą pozostać anonimowi. Postaramy się jednak zajrzeć za kulisy pracy policyjnych antyterrorystów tak mocno, jak tylko się da.  

antyterroryści, SPAP
Fot. Tomasz Woźny

Zastępca dowódcy Samodzielnego Pododdziału Antyterrorystycznego Policji (SPAP - kwietnia 2019
roku powołano Służbę Kontrterrorystyczną, co pociąga za sobą zmianę nazewnictwa.
Żeby nie wprowadzać zamieszania, będziemy w tekście używać starych nazw– SPAP i antyterroryści.) we Wrocławiu oznajmia, że lepiej, bym nie znał szczegółów. Wręcza mi tylko kask, który mam założyć, kiedy zostanę zakładnikiem, a potem obraca się na pięcie i znika. Siedzę więc na kanapie w lobby hotelu Gołębiewski w Karpaczu i czekam, aż zostanę porwany. Niedługo później w drzwiach pojawiają się sylwetki dwóch zamaskowanych mężczyzn, a hol wypełnia się hukiem wystrzałów ze ślepej amunicji.

ZOBACZ TEŻ: Jak trenują Navy SEALs?

Telefony komórkowe hotelowych gości grzeją się, nagrywając niespodziewaną atrakcję. Tak bardzo skupiam się na chwili, w której mam założyć kask, że przegapiam moment, gdy zespół operatorów SPAP wchodzi do lobby i wymienia ogień z jednym z porywaczy. Na podłogę wali się jeden z policjantów i przestępca. Wtedy drugi dopada do mnie i podrywa z kanapy. Zaciska na szyi ramię i przystawia pistolet do głowy. Od tej pory wszystko dzieje się tak szybko, że trudno mi ogarnąć sytuację. Z drugiej strony lobby pojawia się kolejny zespół antyterrorystów.

Porywacz miota się, zwracając się w stronę raz jednej, raz drugiej najeżonej lufami grupy operatorów. Obaj ciężko dyszymy, kaski ograniczają dopływ tlenu, ale emocje też robią swoje. To tylko ćwiczenia, ale kwiatem lotosu na tafli jeziora łatwo być przed ekranem komputera, a nie w epicentrum realistycznie odgrywanych wydarzeń. Operatorzy są bardzo blisko, mam wrażenie, że ich krzyki rozlegają się zewsząd. Nagle porywacz kieruje broń w ich stronę i wtedy padają strzały. Lecimy obaj na podłogę, z której podrywają mnie silne dłonie policjantów.

Ku mojemu zdziwieniu kilka metrów dalej ląduję na kolanach i zostaję skuty. „Na tym etapie w wielu przypadkach nie wiemy jeszcze do końca, kto jest kim, więc musimy zachować wręcz przesadną ostrożność” – wyjaśnia mi później Serniak. No nic, najważniejsze, że jestem wolny.

Ratownicy

Uratowali mnie funkcjonariusze wrocławskiego SPAP-u, jednego z 17 oddziałów tego typu w Polsce (każde województwo ma jednostkę antyterrorystyczną, w Warszawie mieści się też jednostka centralna – Biuro Operacji Antyterrorystycznych). Przeważnie mówi się o nich operatorzy (tym słowem określa się członka zespołu bojowego), zapożyczając termin używany w wojskach specjalnych. Rzeczywiście, obwieszeni sprzętem wyglądają jak komandosi, ale to powierzchowne podobieństwo.

„Gdyby chcieć znaleźć jedno słowo, które będzie najlepiej łączyć wszystkie nasze zadania, można powiedzieć, że jesteśmy ratownikami. Naszym głównym celem, w tej czy innej formie, jest ratowanie zdrowia i życia ludzi. Temu są podporządkowane nasze szkolenie i taktyka” – mówi komisarz Serniak. Jego ludzie czynią to na wiele sposobów. To oni staną na pierwszej linii, gdy dojdzie do zamachu terrorystycznego.

PRZECZYTAJ: Tak działa centrum treningowe amerykańskich marines

To oni będą odbijać zakładników, zatrzymywać najgroźniejszych przestępców (zwanych złymi) i konwojować ich do sądu, a potem ochraniać rozprawę, przewozić świadków koronnych, rozbrajać bomby, wypatrywać zagrożenia z dachu przez lunetę karabinu snajperskiego podczas wizyty znanego polityka, ratować ludzi chcących popełnić samobójstwo, szukać pod wodą narzędzia zbrodni albo ludzkich szczątków, a w czasie klęski żywiołowej ewakuować ludzi z dachów budynków. Długa lista, co? A przecież i tak niekompletna.

Ja, ja, wybierz mnie!

Przy takiej ilości zadań nic dziwnego, że telefon z Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu, podrywający ich do działania, odzywa się często. „My sami nie szukamy sobie roboty, to ona szuka nas” – mówi Pady, specjalista dowodzący jednym z zespołów bojowych. I znajduje ich średnio raz w tygodniu. „Rekordem był dzień, w którym wyruszyliśmy na zaplanowaną realizację, a po drodze niespodziewanie dostaliśmy nagle kolejne zgłoszenie. Kiedy udało mi się ogarnąć sytuację, przyszło następne” – wspomina Bogdan Serniak.

To spiętrzenie świetnie oddaje najważniejszą regułę wyznaczającą tryb pracy antyterrorystów: nie ma żadnej reguły. Zespół musi być gotowy do działania w każdej chwili, co oznacza, że operatorzy są uwiązani do telefonów. Myślałem, że rozmowa z komisarzem od razu pójdzie w stronę konstatacji, jak bardzo utrudnia to planowanie prywatnego życia, ale najpierw zboczyła w nieoczekiwanym kierunku.

Okazało się, że operatorzy tak starają się układać to ostatnie, żeby nie przeszkadzało im w pracy. Imieniny u szwagra? Trudno, robota czeka. Urlop w lipcu? Kochanie, wolę w sierpniu, w lipcu zabezpieczamy szczyt klimatyczny. „Nie mam problemu z zebraniem ludzi do akcji, tylko z ich nadmiarem. Wszyscy chcą jechać, nikt nie chce odpuścić” – stwierdza Serniak, a ja czuję w jego głosie dumę.

REKLAMA

REKLAMA

antyterroryści Strzelcy wyborowi działają w parach. Obserwator odciąża na wszelkie sposoby strzelca, który musi jednym celnym strzałem rozwiązać sytuację.
Godzina piąta

Dla policjantów niepewność i ciągłe zaskakiwanie kolejnymi zadaniami jest magnesem, który przyciąga i uzależnia, ale dla ich rodzin to zdecydowanie trudniejszy temat. „Wychodząc z domu, nie wiemy, o której wrócimy. U nas cały czas coś się dzieje, a bliskim zostaje codzienność i świadomość, że często nie będą mogli na nas liczyć. Czasem myślę, że nawet misje wojskowe są łatwiejsze dla rodzin. Tam żołnierze wyjeżdżają na długo, ale kobiety mają jasną sytuację i wiedzą, że muszą wziąć życie na swoje barki, mogą jakoś planować.

U nas jest kompletna nieprzewidywalność. Szacuję, że w ciągu roku 6 miesięcy spędzamy poza domem” – komisarz Serniak nie ma przesadnie szczęśliwej miny, kiedy wypytuję go o konsekwencje służby. „Moje dzieci praktycznie całe życie nie wiedziały, czym dokładnie zajmuję się w pracy. Byłem po prostu policjantem i tyle. Syn dowiedział się dopiero, gdy miał 20 lat. Czemu nic nie mówiłem? Chociażby dlatego, że kumplował się z synem człowieka, którego trzy razy zatrzymywałem. Po co miałem go niepotrzebnie obciążać?” – opowiada mi Jacek, antyterrorysta z 30-letnim stażem.

W rozmowach z policjantami dociekam, w jaki sposób robota wynagradza im takie zawirowania. Odpowiadają, że liczy się świadomość tego, ile od nich zależy. Wiedzą, że tylko oni są w stanie rozwiązać jakąś sytuację.

„Zatrzymania niebezpiecznych złych to esencja naszej pracy, na takie chwile się szkolimy i czekamy jak kot na mysz. Tego typu akcje nawet po wielu latach nie powszednieją i wzbudzają ogromne emocje” – Pady wie, co mówi, bo to jest już jego 20. rok w jednostce. „Trudno to wytłumaczyć cywilowi, który nigdy nie przeżył takiego momentu, ale spróbuję – komisarz Serniak lituje się nade mną. – Jeśli ktoś choć raz wypadł o 5 rano z koszar busem napakowanym operatorami w pełnym rynsztunku, nie wiedząc, co przyniosą kolejne godziny, będzie chciał do tego wracać. Wtedy czuje się niesamowite emocje. Dla takich chwil tutaj jesteśmy” – Serniak stawia kropkę, a ja, chociaż cywil, chyba jednak trochę rozumiem i nie indaguję już dalej.

Dzień jak co dzień

Męczę za to o szczegóły akcji bojowych. Dopytuję, czy na pewno po latach nie wkrada się w nie nuda i niektóre zadania nie powszednieją, stając się nieznośną rutyną. Wyraz oczu komisarza daje mi do zrozumienia, że chyba znowu wyskoczyłem z cywilną ignorancją. „U nas nie ma rutyny. Każda realizacja, nawet najbardziej standardowa, może przerodzić się w coś poważnego – zwraca uwagę komisarz. – Jeździliśmy kiedyś na proces grupy przestępczej do Jeleniej Góry. To trwało już ze dwa lata, nigdy nie działo się nic wyjątkowego. Któregoś dnia jeden z oskarżonych wyszedł do toalety, a po powrocie wyciągnął pistolet, którym sterroryzował skład sędziowski. W rękach jego kolegów pojawiły się granaty. Zasłaniając się ludźmi, uciekli na korytarz. Zakładnikom udało się wyrwać; wtedy w naszą stronę padły strzały i poleciały granaty. Odpowiedzieliśmy ogniem: dwóch przestępców zostało zabitych, a trzeci unieszkodliwiony. Granat ranił trzech naszych, budynek sąduzostał zdemolowany” – wspomina Serniak, a ja bezskutecznie staram się wyobrazić sobie, co odpowiedziałbym po takim dniu żonie na pytanie: „Co tam w pracy, kochanie?”.

W tym momencie przed oczami staje mi też tablica na korytarzu jednostki, upamiętniająca podkomisarza Mariusza Koziarskiego, który zginął na służbie w grudniu 2017 roku. W tej samej akcji został też poważnie ranny inny operator, który do tej pory przechodzi rehabilitację i walczy o powrót do pełnej sprawności ( i do jednostki, oczywiście). I to jest ten etap, kiedy uświadamiam sobie, z jakim stresem muszą radzić sobie antyterroryści. Są emocje i przygoda, owszem, ale jest też wielkie ryzyko. I jasne, to nie są przypadkowi ludzie, ale ciśnienie w końcu rozsadzi każdego, jeśli go w jakiś sposób nie spuści.

„Z czasem i doświadczeniem przychodzi moment, że stres szybciej schodzi z człowieka. To trochę jak z biegaczem. U niewytrenowanego oddech długo się uspokaja, puls wytrenowanego szybko wraca do normy – opisuje mi Pady. – Często wracamy z roboty bladym świtem. Jeśli tylko mam trochę siły, wykorzystuję czas, zanim całkiem odetnie mnie zmęczenie, i trenuję. To uspokaja głowę, daje dystans. Mogę zostawić wydarzenia za sobą i wrócić do domu ze spokojną głową. Choć oczywiście nie da się tego zrobić całkowicie, to nie jest sklep z butami”.

REKLAMA

antyterroryści, SPAP Plac przed budynkiem jest areną zmagań treningowych. Tutaj nie ma ograniczeń rodem z siłowni – sky is the limit.

Selekcja inaczej

„Szukamy ludzi o mocnej psychice, którzy się nie poddają. Cenimy dojrzałość, zrównoważenie, szybkość reakcji i umiejętność pracy w zespole. To nie jest miejsce dla soli stów. Najważniejsza jest jednak sprawność fizyczna: bez niej wszystkie pozostałe cechy nie będą miały znaczenia” – mówi komisarz Serniak. Żeby zostać operatorem SPAP, trzeba przejść test sprawnościowy składający się z wielu elementów (ich listę znajdziesz pod koniec tekstu).

Żaden nie jest wybitnie trudny, ale zaliczenie wszystkich w ciągu jednego dnia jest już sporym wyzwaniem. W zależności od wyników można zdobyć maksymalnie 100 punktów, ale taka sztuka jeszcze nigdy się nikomu nie udała. 70-80 to dobry rezultat, który praktycznie gwarantuje przyjęcie na okres próbny. Jesteś rozczarowany, że nie ma tu osławionej selekcji, jak u komandosów? Spokojnie, jest, tylko zaczyna się później. Okres próbny trwa 4 miesiące i w tym czasie kandydat na operatora SPAP dostaje naprawdę solidny wycisk fizyczny. Instruktorzy chcą sprawdzić, na ile go stać i jak zachowuje się pod presją.

„To dla nas szczególnie istotne, bo w czasie realizacji decyzje podejmujemy w ciągu sekund. Nie stać nas na błąd” – podkreśla Pady. Z czasem kandydat dołącza do jednego z zespołów bojowych. Jeździ z nimi na realizacje, ale nie bierze czynnego udziału w działaniach taktycznych. Ma obserwować zachowania doświadczonych kolegów i się od nich uczyć. Po 4 miesiącach specjalista, czyli szef zespołu, na podstawie rozmów z każdym z podległych mu operatorów ocenia, czy kandydat pasuje do tej grupy. Dopiero po akceptacji i odpowiednim rozkazie zostaje pełnoprawnym członkiem SPAP.

Mocny skład

I wtedy się zaczyna. Na początek kawa o 7.30 i odprawa. Coś jak u Ciebie w firmie? Może i tak, ale to raczej jedyne podobieństwo. „Moim zadaniem jest dbać, żeby ludzie się nie nudzili. Muszą mieć wyzwania, muszą czuć, że stają się coraz lepsi. To daje im motywację, żeby na skrzydłach przylatywali do jednostki” – mówi Bogdan Serniak. Jak to wygląda w praktyce? Weźmy taki obóz kondycyjny. Jednego dnia operatorzy ładują się do jaskini, drugiego wchodzą na Śnieżkę, a kolejnego fundują sobie maraton. Taki trathlonik.

Jeżeli zostają w jednostce, praktycznie każdy dzień jest choć w części treningowy. W salach na rozciągniętych sznurkach i otwartych drzwiach szafek non stop suszą się stroje sportowe i ręczniki, na parapetach leżą akcesoria do sztuk walki, na szafkach piętrzą się puste opakowania po odżywkach. Idąc z jednego końca sali na drugi trzeba uważać, by nie wybić sobie zębów o leżącą na podłodze hantlę czy kettla. Biorąc pod uwagę częstotliwość wizyt pod prysznicem, rachunki za wodę muszą przyprawiać księgowych w komendzie wojewódzkiej o solidny ból głowy. Przyglądam się odprawie przed ćwiczeniami w galerii handlowej.

Świetlicę w jednostce szczelnie wypełniają sylwetki kilkudziesięciu facetów. Po dłuższym czasie zostaje ogłoszona przerwa. Myślisz, że antyterroryści wychodzą grupowo na fajkę? W życiu. Większość pędzi do sal po pojemniki z jedzeniem. Każdy operator, łącznie z dowódcą oddziału, musi dwukrotnie w ciągu roku zaliczyć test sprawnościowy, który zdawał na wejściu. Co, jeśli nie zaliczy którejś z prób? Ma miesiąc na poprawę.

Co, jeśli dalej jej nie przejdzie? W sumie nie wiadomo. Jeszcze się to nie zdarzyło. Na pierwszym spotkaniu w pododdziale jego dowódca, młodszy inspektor Wojciech Żmija, wspominał mi o sukcesach sportowych swoich ludzi (swoją drogą zapomniał wtedy dodać, że sam jest mistrzem Polski seniorów w karate kyokushin i złotym medalistą mistrzostw Europy). Nie miałem okazji wtedy go wypytać o szczegóły, więc staram się docisnąć później komisarza Serniaka. Ten chwilę się namyśla, a potem odpowiada: „A wymienisz wszystkich chłopaków? Bo jeśli nie, to nie będę wyróżniał wybranych. Dla mnie najważniejszy jest zespół”.

Kompania braci

Ten zespół widać na każdym kroku: nie tylko w słowach komisarza, ale przede wszystkim w zachowaniu operatorów. Czuć, że ta ekipa lubi ze sobą przebywać. W ich pracy tworzą się bliskie więzi, znacznie przekraczające zwykłą koleżeńskość. Buduje je wspólne przechodzenie sytuacji, w których naprawdę okazuje się, na co stać człowieka i na kogo można liczyć. W tym przypadku okazuje się, że można na każdego. Między operatorami nie widać bariery wynikającej z innej pozycji w policyjnej hierarchii.

To normalne, że kiedy wracają z biegu i na korytarzu spotykają dowódcę, chwalą się czasem i zbijają piątkę. A przy tym każdy zna świetnie swoje miejsce. Kiedy komisarz Serniak w czasie wspomnianej odprawy przerywa huralny wybuch śmiechu i tym swoim spokojnym głosem pyta, czy kogoś coś jeszcze bawi, to nagle okazuje się, że nie, nic nie bawi nikogo, i śmiech, zamiast zdezorganizować spotkanie, gaśnie jak ucięty nożem. Nie za dużo lukru? Operatorzy spędzają ze sobą więcej czasu niż z rodzinami, nawet jedzą wspólnie, a do tego mają robotę stresującą jak mało która.

W takich warunkach między ludźmi muszą rodzić się konflikty. Jasne, są, ale nie narastają i nie psują atmosfery, bo sporne sytuacje są rozwiązywane od razu. Błędy wskazuje się i wyjaśnia, a nie piętnuje. Jak wyjaśnia? „Krótko, konkretnie, po męsku” – uśmiecha się Pady i ucina temat. „Przełożony musi szanować podwładnego, wtedy to samo dostaje z powrotem” – kwituje komisarz Serniak. Takie proste, oczywiste, a tak rzadko spotykane, prawda? Naprawdę nie wiem, dlaczego komisarz nie prowadzi wykładów na konferencjach o tym, jak zarządzać ludźmi, i nie zarabia kokosów. A potem przypominam sobie jego minę, gdy odpowiadał, co czują, wyjeżdżając rano na robotę, podczas której może wydarzyć się wszystko. I trochę przestaję się dziwić.

Spokojna głowa

Po ładnych kilku godzinach przegadanych z komisarzem Serniakiem wciąż nie mogę rozgryźć jego obezwładniającego spokoju. Mam wrażenie, że gdyby można było wylać go jak oliwę na fale, uspokoiłby wzburzony Atlantyk. W końcu zdaję sobie sprawę, że to musi być opanowanie wynikające z bezgranicznej wiary w siebie i swoich ludzi. On po prostu wie, że poradzą sobie w każdej sytuacji.

I od tej chwili ja również jestem spokojniejszy. Bo jeśli kiedyś jakimś wrednym zrządzeniem losu przytrafi mi się coś bardzo złego, to on będzie na czele kawalerii, która ruszy z odsieczą. I jestem przekonany, że uratują mi skórę, jeśli tylko będzie to w zasięgu ludzkich możliwości. A może nawet i wtedy, gdy poprzeczka będzie zawieszona jeszcze wyżej.

Sprawdź, czy się załapiesz

W teście można zdobyć maksymalnie 100 punktów. Im bliżej jesteś wartości minimum w podanym przedziale, tym mniej punktów dostajesz. Przekraczasz podaną wartość maksymalną? Wysoka piątka, ale więcej punktów za to nie otrzymasz.

  1. Skok w dal z miejsca: 2,3-3 m
  2. Bieg zwinnościowy: 11,7-13,5 s
  3. Wyciskanie sztangi o ciężarze równym masie ciała: 3-12 powtórzeń
  4. Podciąganie na drążku: 12-30 powtórzeń
  5. Szwedzkie pompki: 15-33 powtórzeń
  6. Brzuszki w ciągu 1 min: 50-64 powtórzenia
  7. Bieg 12-minutowy: 2650-3100 m
  8. Pływanie na 50 m: 45-32 s

Tyle mówią normy ogólnokrajowe. Każda jednostka może dołożyć do tego zestawu własne wymagania.

Komentarze

 (5)
ZOBACZ KOMENTARZE

REKLAMA

REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij