REKLAMA

Piotr Sajdak - nie ma sytuacji bez wyjścia

Gdy Piotr Sajdak obudził się po operacji, wyobraził sobie boisko i dwie bramki. W jednej stało łóżko, na nim on, a wokół współczujący mu ludzie. W drugiej był sam, bez ręki, za to na dwóch mocnych nogach. I zdecydował: „Koniec użalania. Wstaję i działam. Ale tak na 200%”.

Piotr Sajdak Grzegorz Gołębiowski/Motor Presse Polska

Los wydawał się sygnalizować, że to właściwa droga. Do szpitala ktoś podrzucił mu egzemplarz Men’s Health. Traf chciał, że akurat był to numer z amerykańskim żołnierzem Noahem Gallowayem na okładce. Facet stracił w Iraku rękę i nogę, a mimo to zbudował mięśnie, których może mu pozazdrościć większość mężczyzn.

„Skoro on może, to ja też” – pomyślał Piotr, choć od formy weterana dzieliły go lata świetlne. Gdzieś w tle pojawiło się także marzenie, by kiedyś samemu wylądować na okładce MH. Całkiem odważne jak na człowieka, który nie tylko właśnie stracił rękę, ale przede wszystkim nigdy nie miał żadnego związku ze sportem. Ale Piotr nie lubi marzeń. Dlatego przekuł je w cel.

„Wypadek” miał miejsce w jednym z klubów na krakowskim rynku. „Nieznajomy zaczął napastować koleżankę, więc stanąłem w jej obronie” – opowiada Piotr. W przepychance wpadł na jakiegoś mężczyznę. Okazało się, że w kieszeni ma on osiemnastocentymetrowy nóż, a na koncie lata więzienia za morderstwo. Zaszedł od tyłu – szybkie trzy ciosy w rękę, dwa w pośladek, jeden w biodro. „Gdy wbijał nóż, sądziłem, że to uderzenia. Nie czułem bólu, tylko rozlewające się ciepło. To krew z rozciętej tętnicy wypełniała ciało. Straciłem przytomność” – tak zdarzenie zapisało się w pamięci Sajdaka. W szpitalu myślał, że umiera. „Wyobraź sobie, że ktoś wbija ci rozżarzony szpikulec w rękę i nim kręci. Co dwie godziny podawano mi morfinę, a ja i tak wyłem z bólu” – wspomina. Przy zmianie opatrunku któregoś razu lekarz się zapomniał: „O k..., jak to śmierdzi!”. Bo w ranę wdało się zakażenie. „Ale nawet wtedy przez myśl mi nie przeszło, że stracę rękę” – mówi. Po trzech tygodniach koszmaru na salę weszła pielęgniarka. Właśnie jadł śniadanie. „To co, Piotruś, za dwa dni amputacja?” – oznajmiła i wyszła. A jego zmroziło. „Game over” – pomyślał.

Każda droga ma swój początek

Większość kumpli wiedziała, co zaszło. A jeśli któryś zapomniał, wystający kikut amputowanej przy ramieniu ręki mówił sam za siebie. „Stary, fatalna sprawa” zaczynali rozmowę, ale on ucinał ją już po pierwszym zdaniu. „Chciałem wrócić do normalności i o wszystkim zapomnieć” – wyjaśnia. Ale myśl: „Chłopie, co dalej? Jak będziesz żyć bez jednej ręki” co jakiś czas wracała. „Po amputacji pojawia się wiele wątpliwości – czy jesteś wciąż wartościowym facetem, czy nadal będziesz podobać się kobietom? Najpierw musisz udowodnić swoją wartość samemu sobie, a dopiero potem innym. Nie ma drogi na skróty: to proces, który wymaga długiej i mozolnej pracy” – mówi Sajdak.

Odbicie od dna O tym, że życie to nie film, w którym bohater już pierwszego dnia po podjęciu decyzji raźno zabiera się do pracy, Sajdak dobitnie przekonał się na własnej skórze. Po wyjściu ze szpitalu było bardzo ciężko. Dosłownie. Mieszkajac z kumplem i nieustannie imprezując, przytył 15 kg i zapuścił brodę. „Przy wzroście 173 ważyłem 96 kg, wyglądałem jak zarośnięty grizzly” – opowiada. Kamyczkiem, który wywołał lawinę, okazało się pozornie trywialne zdarzenie.

„Szykowałem się do pracy. Kiedy masz tylko jedną rękę, a do tego duży brzuch, codzienne czynności okazują się skomplikowane i czasochłonne” – ironizuje. Gdy w końcu zdołał wcisnąć na siebie jeansy, był cały mokry. Już miał wychodzić, gdy nagle od spodni opadł guzik. Musiał wrócić, zmienić ubranie i spóźnił się do pracy.

„Tego dnia pierwszy raz poszedłem biegać” – wspomina. Trzy miesiące później ważył 26 kg mniej i miał na koncie półmaraton. Potem przyszła pora na kolejne biegi – maratony oraz górskie, zaczął się też wspinać. Obiecał sobie, że nie pozwoli, by coś go ograniczało, zwłaszcza niepełnosprawność. „Życie ma to do siebie, że czasem sprawia trudności bez względu, ile masz kończyn” – powtarza i wyznacza sobie kolejne cele. Chce przejść Główny Szlak Beskidzki (500 km) oraz założyć fundację i pomagać osobom po amputacjach.

Krok po kroku

Dzień zaczyna, gdy inni śpią. Szybka kawa, prysznic i półtorej godziny siłowni. „Lubię wstawać rano i się zmęczyć. W ciągu dnia jestem wtedy bardziej wyciszony i łatwiej skupiam się na zadaniach w pracy” – mówi. Zanim opracował własny program treningowy, minęło kilka lat. „Nikt nie umiał mi doradzić, jak mam trenować” – mówi.

Osoby po amputacji zazwyczaj koncentrują się na jednej stronie ciała, tej sprawnej. W efekcie wyglądają niesymetrycznie. „Ja chciałem tego uniknąć, marzyłem o proporcjonalnej sylwetce” – dodaje. Po pracy ślęczał nad źródłami i poznawał podstawy anatomii, dowiadywał się, jak funkcjonuje ciało, śledził badania na temat treningu siłowego. W końcu metodą prób i błędów stworzył własny plan treningowy.

„Przez pierwsze dwa dni w tygodniu skupiam się na budowaniu siły, oddzielnie ćwiczę górne i dolne partie ciała. W środę mam przerwę i biegam 10-20 km, żeby przewietrzyć głowę i odpocząć mentalnie. W czwartek oraz piątek przychodzi czas na trening hipertroficzny, w czasie którego pracuję nad definicją” – wyjaśnia Piotr. Wieloletni wysiłek wreszcie procentuje. Jego ciało wygląda i funkcjonuje o niebo lepiej niż przed amputacją.

Gdy zdejmuje koszulkę, w oczy prócz sześciopaka rzucają się barwne tatuaże. Ich motto przewodnie: „Wszystko się ułoży”. Sajdak mocno podkreśla rolę codziennej rutyny „Głowa chce działać według schematu. Jeśli przez trzy tygodnie wstajesz rano, robisz trening i jedziesz do pracy, to wcześniej czy później umysł się dostosuje. Pomaga mi też systematyczna dokumentacja postępów. Na szafie mam wydrukowany plan treningowy i kiedy stawiam krzyżyk w odpowiednim miejscu, na znak zaliczenia kolejnej jednostki, mój mózg merda ogonem” – mówi.

Piotr SajdakGrzegorz Gołębiowski

Na własnych błędach

Nie tylko w kwestii treningu siłowego Sajdak był zdany na własne siły. Przetestował na sobie wiele różnych diet: od głodówek (minus 26 kg w ciągu pierwszych trzech miesięcy; dopiero teraz zdaje sobie sprawę z tego, jak to było niezdrowe), przez ketozę (na długo zanim to było modne!) i post okresowy, diety wegetariańską i wegańską, po typowo kulturystyczną (ryż, kurczak i brokuły co 4 godziny).

W międzyczasie były jeszcze problemy z tarczycą, ale udało mu się w końcu wyregulować jej pracę i wydzielanie hormonów. Otarł się również o tak częste w fitnessowym świecie zaburzenia odżywiania. „Czerwona lampka zapaliła mi się, gdy mając za sobą ciężki dzień, zjadłem naraz pełen słoik majonezu” – opowiada. Wtedy znowu pomógł mu nawyk.

„Gdy czuję, że stres bierze górę i nogi same kierują mnie do lodówki, zakładam buty i wychodzę pobiegać. Grunt to jedną potrzebę zamienić na inną. Każdy musi znaleźć swój nawyk, który pozwoli mu zająć czymś głowę, a do tego jest zdrowy. To może być spacer, przejażdżka na rowerze, nawet sprzątanie mieszkania. Cokolwiek, co przełamie schemat stres – lodówka”.

Po eksperymentach z dietami została mu niechęć do niepotrzebnych ograniczeń, przez które relacje z jedzeniem stają się niezdrowe. W końcu to zakazany owoc kusi najbardziej. „Wystarczy, że będziemy pilnować kaloryczności menu i rozkładu makroskładników” – uważa Sajdak. Mimo takiego podejścia wciąż czasem eksperymentuje i sprawdza nowe systemy dietetyczne. Uważa, że będąc trenerem, musi dokładnie wiedzieć, jak działają.

„Zawsze lepiej sprawdzać to na sobie niż na klientach” – mówi z uśmiechem. Dodaje jeszcze, że uważnie obserwuje reakcję swojego organizmu na różne produkty. Jeśli czegoś wyraźnie nie lubi, jak pomidorów, cukini czy papryki, a na dodatek źle się po tym czuje, wykreśla takie jedzenie z jadłospisu. Aha, z ograniczeń dietetycznych narzucił sobie chyba tylko jedno. Prawie całkowicie zrezygnował z jedzenia mięsa, ponieważ przeszkadza mu świadomość, jak cierpią hodowlane zwierzęta. Jedynie raz na kilka miesięcy pozwala sobie na uwielbianego steka.

Superbohater z protezą

Przed wypadkiem nie uświadamiał sobie, ile w nim drzemie siły. Oprócz maratonów wziął udział W programie „MasterChef”. Bo zawsze lubił gotować i chciał udowodnić sobie, że i to marzenie jest w zasięgu ręki. Ukończył kurs trenera personalnego i teraz, po powrocie z „normalnej” pracy (jest marketingowcem), rusza do jednego z krakowskich studiów treningowych, w którym pomaga innym odzyskiwać formę. Jest wiarygodny – sam miał pod górę jak mało kto, a jednakpokazał, że jeśli się bardzo chce, to można.

„Większość osób, które trafiają do studia, zna mnie z mediów społecznościowych. Zdarzają się jednak przypadki, gdy ktoś przychodzi na siłownię, wykupuje pakiet z trenerem i pojawiam się ja, bez ręki. Ten wyraz zdziwienia na twarzy… Ale mnie już to nie rusza, przerobiłem to. Wiem, że brak kończyny nie definiuje tego, kim jestem” – podsumowuje Sajdak.

„Ludzie widzą delikwenta ze sztuczną ręką czy nogą i nie wiedzą, jak się zachować. Odwracają wzrok albo traktują jak osobę specjalnej troski. To niezręczna, wstydliwa sytuacja” – dodaje. Ale Piotr nie zamierza się wstydzić ani niczego ukrywać. Nie po to tak ciężko pracował na swoje nowe ciało. Jego ramię oplata błyszczący, czarny poliamid, przypominający rycerski naramiennik. „Doczepiam do niego końcówki. Szybko i wygodnie” – wyjaśnia Piotr.

Ma dwa ulubione wzory protez: czarną i czerwoną. Obydwie wyglądają jak bioniczne kończyny superbohaterów Marvela. Są zaopatrzone w schowek na telefon, latarkę i otwieracz do butelek – serio. Sportową linią idealnie pasują do jego sylwetki, ale w czasie treningu na siłowni lądują na ławce. „Ćwiczę bez protez, bo tak lepiej kontroluję swoje ciało” – wyjaśnia.

Plan zamiast marzeń

„Do faceta, który wbił w moje ciało nóż, nie czuję nienawiści, choć niektórym wydaje się to dziwne” – wyznaje Piotr. Negatywne emocje stara się eliminować w zarodku. Spala je na siłowni. „Zdarzyło się – dostałem nożem. Równie dobrze mogło potrącić mnie auto albo ciało przejąć nowotwór. Ale ja żyję nadal i wbrew wszystkiemu mam się bardzo dobrze. Przed wypadkiem nie podejmowałem inicjatywy – tam, gdzie prowadziło mnie życie, tam płynąłem. Dziś to ja wybieram. Zamiast marzeń tworzę plany i wszystkie, łącznie z okładką Men’s Health, zrealizowałem” – zapewnia Piotr Sajdak.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA