Piotr Lisek - podnoś poprzeczkę wysoko [Facet MH}

Piotr Lisek przed skokiem nie zaklina tyczki, nie wyciąga ulubionego ręcznika. Jego jedynym startowym rytuałem jest okrzyk mający zmobilizować ciało do maksymalnego wysiłku. Żadna magia nie jest mu potrzebna. Bo trenowane latami ciało działa jak automat i jeszcze nigdy go nie zawiodło. 

Piotr Lisek Motor Presse Polska/Kamil Majdański
Trybuny na stadionie w Lozannie są wypełnione po brzegi. Kiedy do skoków zaczynają szykować się tyczkarze, nad obiektem powoli zapada już zmrok. W zawodach Diamentowej Ligi 2019, należących do cyklu najbardziej prestiżowych mityngów lekkoatletycznych na świecie, właśnie trwa dogrywka między reprezentantami Polski i USA – absolutnej lekkoatletycznej światowej potęgi. Gdy na rozbiegu staje Piotr Lisek i powoli opuszcza tyczkę, widzowie nad Wisłą wstrzymują oddech.

REKLAMA

Nagle z odbiorników dobiega krzyk komentatora: „Szaleństwo na skoczni! Piotr Lisek w roli głównej! Polski tyczkarz poszybował na wysokość 6,01 m! Zaszokował siebie i kibiców. Proszę państwa, to absolutny rekord kraju i najlepszy wynik sezonu na świecie” – w głosie komentatora słychać nuty podobne do tych, gdy leeeciał Adam Małysz albo pan Turek miał już kończyć ten mecz. Wszyscy mamy nadzieję, że podobną ekscytację usłyszymy również po skokach Piotra na igrzyskach olimpijskich w Tokio.

Zaufać ciału

Tuż przed startem po całym stadionie roznosi się krzyk Liska. Jest jak okrzyk wojenny zagrzewający do walki, sygnał dla ciała do całkowitej mobilizacji. To jedyny rytuał, który regularnie wykonuje na zawodach.

„Przed skokiem nie ma magii. Nie czaruję tyczki, nie wyciągam ulubionego ręcznika, nie szepczę zaklęć. Nie chcę być od niczego zależny. Jestem tylko ja i moje ciało. Ufam mu w 100 procentach, bo nigdy mnie nie zawiodło. Działa jak niezawodny automat” – mówi Piotr Lisek. Aby dojść do tego etapu, potrzebne były długie lata treningu. Jego kariera sportowa zaczęła się od zakładu. Poszło o skrzynkę piwa (choć na prośbę mamy miał już o tym nie opowiadać). W rodzinie widzieli, że ma dużo energii i jest zwinny.

„Kiedy byłem w podstawówce, dziadek założył się z kumplem trenującym młodzież w skoku wzwyż, że skoczę lepiej niż wszyscy jego podopieczni. To była wysokość 120 cm. Jak na chłopaka nigdy wcześniej nietrenującego – ambitnie. Ponoć pokonałem poprzeczkę przez plecy, czyli flopem, profesjonalnym stylem skoczków, który musiałem podpatrzeć w telewizji. I dziadek wygrał” – wspomina Piotr. Po tym sukcesie chciał pozostać przy skoku wzwyż. Trenował, zdobył pierwsze medale, ale okazało się, że był za niski. „Marzył mi się wtedy skok o tyczce, efektowny i pełen emocji, ale pochodziłem ze wsi. Kto by tam znalazł zeskok i tyczkę” – wyjaśnia.

Traf chciał, że w wiosce nieopodal znalazł się jednak człowiek, który uczył dzieci tej dyscypliny, i tak się zaczęło. Ale zmagania ze sprzętem i odpowiednim miejscem do treningu trwały. Gdy trafił do klubu w Poznaniu, trenował tyczką, która wcześniej służyła za szlaban. Z kolei w Szczecinie zamieszkał w maleńkim pokoiku na stadionie, bez kuchni i z toaletą na zewnątrz. „Kasy też nie było za wiele. Wprowadziła się do mnie moja przyszła żona i mieszkaliśmy na tym skrawku przez parę lat. Bardzo miło wspominam ten okres. Uświadomił mi, że poziom szczęścia nie zależy od grubości portfela” – opowiada Piotr.

Wygrać ze strachem

Igrzyska olimpijskie to najważniejszy start, do którego przygotowania trwają latami. Od paru ruchów i sekund, które nastąpią za linią startu, zależy przyszłość sportowca, jego kariera, współpraca ze sponsorami i finanse. „Przed skokiem są emocje, ale na nich się nie skupiam. Staram się maksymalnie skoncentrować i pozwolić ciału, by mimo strachu, stresu i niesprzyjających warunków robiło swoje” – wyjaśnia Piotr.

By wykonać optymalny skok, musi pamiętać o wielu elementach. O tym, by prawidłowo się rozpędzić i trafić tyczką w dołek, przenieść w nią całą masę, by się ugięła i wystrzeliła ciało w określonym kierunku. Na górze pozostaje sprawne odwrócenie się do góry nogami, chwila zawiśnięcia nad poprzeczką i balansowanie, by jej nie dotknąć, następnie zejście z poprzeczki, a na końcu lądowanie.

„Nawet jeśli wszystko uda się zgrać, ta dyscyplina to wciąż niewiadoma. Trenując ją, musisz mieć coś z ryzykanta. Bo skoki to ekstremalny sport, przynajmniej tak uważa mój ubezpieczyciel” – śmieje się Lisek. Na treningach i zawodach zdarzają się wypadki, ponieważ tyczki, choć wykonane ze specjalnych elastycznych tworzyw, pod wpływem przeciążeń czasem się łamią i nie ma żadnej gwarancji, że wyląduje się na materacu. „Jeśli coś pójdzie nie tak, w najlepszym wypadku palisz skok albo nabawiasz się kontuzji i odbijasz piętę, jak ja ostatnio” – mówi.

Gdy na mistrzostwach Europy w Belgradzie złamał tyczkę, rozległ się huk jak po strzale z aramty i cała hala zamarła. „Kiedy tyczka pęka, wkrada się strach, że stanie się to ponownie, i zaczynasz się bać, blokujesz się. Zwłaszcza w chwili, gdy ciało odwrócone jest do góry nogami. W Belgradzie miałem szczęście, że od razu mogłem oddać kolejny skok i pokonać ten lęk” – wspomina. Jednak mimo strachu, który towarzyszy tej konkurencji, Lisek nie wyobraża sobie, że mógłby robić coś innego.

„To jak jazda rollercoasterem: dużo się dzieje i nie możesz się znudzić. Tyczka łączy kilka dyscyplin: na rozbiegu jesteś lekkoatletą, a w powietrzu stajesz się już gimnastykiem” – opisuje. Dlatego treningi są zróżnicowane. Tyczkarze wspinają się po linach, podciągają, ćwiczą salta. Do tego dochodzi siłownia, bieganie i gimnastyka. Efekt? Popatrz na zdjęcia. Masa i rzeźba rzadko spotykane nawet u mężczyzn, których trening jest ukierunkowany wyłącznie na to, żeby wyglądać.

Oswoić presję

Mistrzostwa Europy w lekkoatletyce w Göteborgu 2013 – pierwsza międzynarodowa impreza Liska w hali. Przed startem w hotelowej wannie niemal zemdlał ze strachu. „Odcięło mnie. Nie bardzo wiedziałem, gdzie jestem” – wyznaje szczerze. Kolejnego dnia przed startem nie było lepiej. Na płytę stadionu prowadził tunel pod trybunami.

„Idąc ciemnym korytarzem, słyszałem huk skandującego tłumu i czułem drganie desek, na których stała publiczność. Emocje i stres nie do opisania. Czułem się jak gladiator, który za chwilę wyjdzie na arenę, by walczyć o życie” – wspomina sportowiec. Gdyby to rzeczywiście był antyczny Rzym, Lisek by nie przeżył – zajął dopiero dwunaste miejsce i odpadł w eliminacjach. „Kubeł zimnej wody…” – skomentował po skoku. Na szczęście stadion to nie koloseum – można wstać, otrzepać się i walczyć dalej.

„Chodzi właśnie o tę nieustanną walkę. Piękno sportu to nieprzewidywalność. I wiara, że mimo niepowodzeń sytuacja może się odwrócić i z dołka możesz trafić na sam szczyt. Więc biorę się do roboty!” – mówił po pechowym starcie. „Brązowe dziecko tyczki”, „Dziewczyny lubią brąz” – słyszał dokoła, gdy po raz trzeci wrócił z brązowym medalem z mistrzostw świata. Miał tego dosyć. Chciał w końcu usłyszeć, że jest najlepszy i koniec. Owszem, zdobył tytuł mistrza Europy w hali, wicemistrza świata na stadionie, ale złota wciąż nie było. Długo wzbudzało to w nim frustrację. Minęła, gdy zdał sobie sprawę, że każdy skok to nowy początek.

„Mój czas jeszcze nie nadszedł. Jestem zdeterminowany, by trenować intensywniej, nie osiadać na laurach i dążyć do mistrzostwa” – podejście Liska idealnie wpisuje się w dewizę firmy Puma: „Only See Great”, której jest dumnym ambasadorem. Do ciężkiej pracy motywują go też kibice. „Często na ulicy czy w mediach społecznościowych zaczepiają mnie nieznani ludzie. Okazują sympatię, wsparcie i uznanie, mimo tego, że jeszcze nie zdobyłem złota. To buduje i zachęca do dalszej walki” – podkreśla Lisek. Ale jest też druga strona popularności.

„Kibice śledzący zawody i dziennikarze najczęściej widzą jedynie ułamek życia sportowców. Ten najfajniejszy: z medalami, hymnem i uśmiechem z Instagrama. A większość naszych dni to po prostu pot, poświęcenie i presja” – wyznaje Lisek. W skoku o tyczce w ciągu ostatnich lat znacznie podniosła się poprzeczka. Dosłownie. „Poziom jest tak wyśrubowany, że właściwie można by zmienić nazwę konkurencji na lot o tyczce” – komentuje polski medalista. Przed mistrzostwami w Belgradzie czytał o sobie w gazetach, że jedzie po złoto. „To kładzie na barki ogromną odpowiedzialność i rodzi presję. Ostatecznie złoto tam zdobyłem, ale przecież wcale tak nie musiało być” – dodaje.

Przesuwać granicę

Sześć metrów to wysokość drugiego piętra. Niby wcale nie tak wysoko, ale odkąd w roku 1896 skok o tyczce stał się dyscypliną olimpijską, musiało minąć 90 lat, nim człowiek pokonał tę granicę. Gdy Siergiej Bubka w 1985 roku, jako pierwszy zawodnik w historii, przekroczył barierę 6 metrów, nikt wtedy nie wierzył, że śmiertelnicy mogą pokonywać takie wysokości. Ukraiński heros aż 35 razy bił ustanawiany przez siebie rekord i w 1994 roku ostatecznie zawiesił poprzeczkę na wysokości 6,14 m.

Ten wynik czekał na pobicie 20 lat: w 2014 roku Francuz Renaud Lavillenie okazał się lepszy od Bubki. To o przekraczanie mitycznych 6 metrów rozgrywa się cała walka. Piotr Lisek do panteonu sław osiągających tę wysokość dołączył w 2017 roku w Poczdamie. Po skoku całą noc nie spał, a z zawodów nie pamiętał nic. Myśli mieszały się z wiadomościami i gratulacjami, które napływały od znajomych oraz kibiców. „Piotrek, powiedz mi, czy na tej wysokości jeszcze da się oddychać?” – komentował mistrz świata z 2011 roku (z wynikiem 5,90 m) Paweł Wojciechowski.

„Pierwszy Polak, który pokonał 6 m!!! Dumna koleżanka klubowa płacze z radości!!!” – pisała na Facebooku wicemistrzyni z Berlina w 2009 roku Monika Pyrek. On sam nie dowierzał. Pobił właśnie rekord Polski i zajął 10. miejsce pośród najlepszych zawodników na świecie w historii. „Gdy byłem młodszy, marzyłem, by skakać na poziomie 5,80 m. Myślałem, że dzięki takiemu wynikowi stanę się spełnionym sportowcem. Z czasem zrozumiałem jednak, że sport polega na tym, by wykraczać poza to, co wydaje się możliwe, i nieustannie podnosić sobie poprzeczkę” – opisuje sportowiec.

Trenować za wszelką cenę

Na polach okalających wieś Duszniki nieopodal Poznania można ujrzeć niecodzienny widok. Z łanów zboża wyłania się tam profesjonalny zeskok do tyczki. „W czasie pandemii, w okresie ścisłego lockdownu, nie chciałem stracić ani jednego dnia z przygotowań i na działce postawiłem własny, 45-metrowy tartanowy tor do rozbiegu i zeskok. Spełnia wszystkie parametry. Można nawet urządzać na nim zawody” – mówi z dumą Piotr. Konstrukcja powstała z pomocą okolicznych mieszkańców i strażaków z ochotniczej straży pożarnej. A i kibice nie zawiedli. „Przypadkowi widzowie w ogóle nie wydawali się zdziwieni widokiem gościa z tyczką, biegnącego nagle wśród pól. Wiwatowali, klaskali. Doczekałem się nawet widowni »na trybunach«” – śmieje się Lisek.

Rekord z ogródka? 5,70 m. „Jeszcze do poprawienia” – puszcza oko tyczkarz. Podczas miesięcy spędzonych w izolacji ćwiczenia na zewnątrz uzupełniał treningiem gimnastycznym w domu. Zaimprowizowaną siłownię wyposażył w bieżnię, ergometr, hantle i kettle. „Dla sportowców te minione miesiące były trudne, każdy musiał sobie jakoś radzić. Trenowaliśmy formę, choć do końca nie wiadomo było, kiedy odbędą się zawody” – zwierza się Lisek.

On sam starał się w całej tej sytuacji szukać pozytywów. Trenując normalnym trybem poza domem, na obozach treningowych spędza w ciągu roku aż 250-300 dni. Podczas pandemii mógł wreszcie więcej czasu poświęcić rodzinie. „To dla mnie istotne, zwłaszcza że w 2019 roku zostałem ojcem. W końcu miałem możliwość skupić się wyłącznie na moich dziewczynach” – wyjaśnia. Mógł też oddać się swoim pasjom, na które nigdy nie wystarczało czasu. „Lubię pracować z drewnem. W czasie izolacji przy domu zbudowałem saunę. Kupiłem do niej jedynie piec i drzwi. Cała reszta to moja własna praca” – oznajmia z dumą.

Pokonać prozę życia

W pokrowcu ma osiem tyczek. Wszystkie mierzą 5,10 m i wykonane są z włókna szklanego. Na igrzyska olimpijskie czy mistrzostwa świata tyczkarze często lecą w innym terminie niż pozostali reprezentanci – właśnie z powodu tyczek. Nie wszystkie linie lotnicze zgadzają się na ich przewóz, a każdy tyczkarz na zawody musi zabrać własny sprzęt, dostosowany indywidualnie do jego ciężaru, techniki i szybkości.

„Gdy zawody są w pobliżu, to pół biedy, wszędzie można dotrzeć samochodem. Mam podpisany kontrakt z firmą KIA Polmotor, która nas wspiera i pomaga przewozić sprzęt. Ale gdy w grę wchodzą zawody organizowane dalej, zdarzają się niespodzianki” – wyjaśnia Lisek. Pozwolenie na transport tyczek trzeba załatwić odpowiednio wcześniej. Potem na lotnisku przygotować się na grad komentarzy. Bywa, że gdy sportowcy stoją w kolejce do odprawy, dochodzą ich stłumione głosy: „Wariat! Jak on upchnie tę tubę w samolocie?!” albo: „To chyba jakieś dywany?”.

Potem trzeba jeszcze przetrwać nerwowe pytania ze strony pracownika linii lotniczych: „Tak, mamy pozwolenie. Tak, lataliśmy z tyczkami już wcześniej. Tak, na pewno zmieszczą się do samolotu”. A i to nie koniec stresu. „Największy dreszcz emocji towarzyszy nam przy odbiorze bagażu” – śmieje się Piotr. Bo tyczki, choć trudno to sobie wyobrazić, zważywszy ich rozmiar, w transporcie lotniczym się gubią.

„Tak było przed mistrzostwami świata w Londynie w 2017 roku, na które leciałem z Pawłem Wojciechowskim. Nasze pokrowce z tyczkami po prostu zniknęły. Tłumaczenie, że nam zależy, bo mamy szansę na medal, nie robiły na nikim wrażenia. »Nam tu zaginęły dwa kontenery, a panowie o tyczkach« – słyszeli w słuchawce. Na szczęście zguba się znalazła. Dzień przed skokiem linie lotnicze dostarczyły sprzęt do hotelu, a ja zdobyłem srebro” – opowiada.

Zmieniać przyszłość

„Podczas skoku nie mam rywali. W naszej dyscyplinie walczy się przede wszystkim z własnymi ograniczeniami. I z poprzeczką” – mówi Lisek. „Rywalizacja jest na drugim planie, ale oczywiście jest. Wygrywać chce każdy, przecież po to trenujemy” – dodaje. Z topowy- mi sportowcami z innych krajów spędza wiele czasu. Na lotniskach, w hotelach, na zawodach i obozach. „Lubimy się i dopingujemy nawzajem. Cieszę się, że jest wśród nas ktoś taki, jak Mondo. Jego występ na zawodach to gwarancja widowiska na najwyższym poziomie i świetna promocja naszej dyscypliny” – mówi o obecnym rekordziście świata, Armandzie Duplantis ze Szwecji.

„Staram się robić wszystko, żebym i ja w końcu dostał się na te wysokości” – dodaje. Przed igrzyskami w świetnej formie są też Renaud Lavillenie z Francji, Sam Kendricks z USA i Thiago Braz da Silva z Brazylii. W Tokio szykuje się więc zacięta bitwa o tytuł. „Car tyczki”, jak nazywano Siergieja Bubkę, bił rekord świata aż 35 razy, dokładając za każdym razem centymetr. Ponoć robił to dlatego, że za każdy rekord miał otrzymywać od firmy Nike 40-100 tysięcy dolarów. Ile pieniędzy obecnie dostają medaliści?

„Nie mam pojęcia” – wzrusza ramionami Lisek. „Udział w igrzyskach to dla mnie zaszczyt i honor. W obecnych czasach sportowcy zarabiają na życie, biorąc udział w mityngach komercyjnych i dzięki sponsorom. Trzeba mieć jednak świadomość, że za jakiś czas to źródło wyschnie. Mnie długo brak pomysłu na życie po skończeniu kariery sportowej spędzał sen z powiek. Dosłownie. Musiałem sobie poukładać to w głowie, żeby móc spać spokojnie” – mówi szczerze Piotr, który obecnie ma 29 lat. Tyczkarze zwykle kończą karierę tuż po trzydziestce.

„Niemiec Björn Otto pokonywał 6 metrów w wieku 36 lat. Spróbuję przesunąć tę granicę” – deklaruje Lisek. Do pełnej kolekcji brakuje mu złota, ale nie chce nic obiecywać. Nie ma też w zwyczaju określać precyzyjnie wyników, jakie osiągnie na zawodach. „Wolę startować z pozycji czarnego konia. Wiem, ile skakałem na treningach, ale nie oznacza to, że taki wynik osiągnę podczas igrzysk. Każdy start to nowe rozdanie kart, nowa partia szachów” – mówi. Do Tokio jedzie ze świadomością, że zrobił absolutnie wszystko, co w jego mocy, by skakać jak najwyżej.

„Mój cel w Tokio to przekroczenie 6 metrów” – w końcu wyciskam z niego jakąś informację. Przed skokiem nie wizualizuje zwycięstwa, jak robią to niektórzy sportowcy, bo wyobrażanie sobie krążka na szyi przed startem mogłoby uśpić czujność. „Wolę skupić się na poszczególnych elementach, które mam do wykonania podczas skoku. W ogóle staram się żyć teraźniejszością i maksymalnie koncentrować na chwili. Tylko na nią mam realny wpływ” – puentuje Piotr Lisek.

ZDJĘCIA: Kamil Majdański

Zobacz również:
Te dwa ćwiczenia zmuszą do pracy wszystkie Twoje mięśnie – od stóp  do głowy. Jeśli na koniec będziesz  w stanie wypowiedzieć choćby słowo, to... zacznij od początku.  
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA