Pierścienie Władzy – czy naprawdę jest tak źle? [Recenzja]

"Pierścienie Władzy" były na początku wielką nadzieją fanów uniwersum Tolkiena, ale krok po kroku nadzieja zamieniała się w rozczarowanie, by w efekcie przybrać postać często otwartej wrogości wobec produkcji. Miłośnicy twórczości profesora jeszcze przed premierą zarzucali Amazonowi, że daleko spadło jabłko od tolkienowskiej jabłoni. Czy mieli rację? Pierwsze dwa epizody serialu po części odpowiadają na to pytanie. 

Pierścienie Władzy, Władca Pierścieni shutterstock.com

Najdroższy serial w historii i... brak praw autorskich

Zaczęło się naprawdę dobrze – i nie piszę tu o fabule pierwszego odcinka – bo gdy w środowiskach fanów Śródziemia gruchnęła wieść, że oto Amazon wykupuje prawa do zrealizowania epickiego serialu w świecie Władcy Pierścieni, że budżet będzie rekordowo wysoki, że sam Jeff Bezos jest wielkim miłośnikiem twórczości Tolkiena, że fabuła ma skupiać się na erach wcześniejszych względem wydarzeń z trylogii, wydawało się, że jest to projekt skazany na sukces przez wielkie S. Z takim zapleczem i dostępem do materiału źródłowego to musiał być hit, prawda? 

Budżet pierwszego sezonu "Pierścieni Władzy" szacuje się na 715 milionów dolarów, zaś koszt pojedynczego odcinka wyniósł podobno 58,1 milionów dolarów! Te liczby są najwyższe w historii małego ekranu. Zresztą przewyższają też wiele bardzo udanych produkcji kinowych, z trylogią "Władcy Pierścieni" na czele, która kosztowała "tylko" 281 milionów dolarów. Zakup samych praw autorskich uszczuplił portfel Amazon Studios o równo ćwierć miliarda dolców (ta kwota zawiera się we wspomnianych już 715 milionach dolarów).

I tu zaczęły się schody, bo po pewnym czasie okazało się, że Amazon wykupił jedynie prawa do "Władcy Pierścieni" i "Hobbita". Wspomnieli o tym sami showrunnerzy serialu, czyli J.D. Payne i Patrick Mckay. Nie nabyto praw do "Silmarillionu", "Historii Śródziemia", ani żadnych innych dzieł Tolkiena. Nie trzeba specjalnie wyjaśniać, że kręcenie serialu o dziejach Śródziemia bez posiadania praw do materiału źródłowego, może być zadaniem karkołomnym.

Jak więc podeszli do tego zadania twórcy? Tworząc skróty, zmieniając bieg wydarzeń, łącząc postaci, upraszczając i niedopowiadając. Od samego początku byli niejako do tego zmuszeni. 

W efekcie dostajemy serial tylko w części pokrywający się z tym, co Tolkien opisał na kartach swoich książek, które, przypomnijmy, są w zasadzie aktami założycielskimi całej współczesnej fantastyki.

Czy to źle? Jak widać, włodarze Amazon Studios doszli do wniosku, że niekoniecznie. Że to się tak czy siak sprzeda. Zgaduję, że "Pierścienie Władzy" dopadła ta sama choroba, która wcześniej zaatakowała "Wiedźmina". W obu przypadkach wydaje się dość jasne, że produkcje kierowane są do masowego odbiorcy, nie znającego literackich pierwowzorów, na których bazują.

Przy czym, i trzeba to podkreślić dość mocno, producenci "Wiedźmina" mieli wszystkie prawa autorskie, wsparcie Tomasz Bagińskiego oraz samego Andrzeja Sapkowskiego, świetnego Cavilla w roli Geralta, a i tak zamieszali fabułą Wieśka o wiele bardziej niż scenarzyści Amazona. 

W "Pierścieniach Władzy" ma być ładnie, efektownie, inkluzywnie. A książki i ich fani? Na pewno są mniejszością. Zresztą kto by tam słuchał tych wszystkich geeków i ich narzekań. W końcu na "Wiedźminie" od Netfliksa fani nie zostawili suchej nitki, wylewając na głowy producentów całe hektolitry pomyj (tutaj przeczytasz moją recenzję), a serial i tak okazał się wielkim sukcesem. To tędy współcześnie biegnie serialowa droga do chwały. 

Fabuła serialu, czyli trochę tego, trochę owego

"Pierścienie Władzy" zaczynają się tak samo jak trylogia Jacksona – od monologu Galadrieli, która wprowadza widza w świat przedstawiony. Na samym początku jesteśmy więc poczęstowani bardzo dużym skrótem wydarzeń, które w rzeczywistości trwały tysiące lat (według różnych obliczeń ekspertów od tolkienowskiego uniwersum, równo 4902 lata). Jak nietrudno się domyślić, w tym czasie wydarzyło się w Śródziemiu, czy raczej w Beleriandzie, bardzo, bardzo dużo. 

Jednak opowieść Galadrieli wcale tego nie oddaje. Ciężko znaleźć w jej słowach ogrom skali wydarzeń i czasu. Mówi ona o genezie walki elfów ze źródłem pierwotnego zła w świecie Tolkiena, upadłym Valarem – Morgothem. O jego ostatecznym końcu i zwycięstwie dobra. Dowiadujemy się rzeczy kluczowych, fakt, ale zdecydowaną większość albo pominięto, albo wspomniano tylko kilkoma słowami. 

Już na tym etapie widzowie zaznajomieni z "Silmarillionem" zorientują się, że Galadriela to w zasadzie książkowy Fëanor, czyli król elfiego plemienia Noldorów, który ruszył w pościg za Morgothem, gdy ten zatruł światło drzew Valinoru i skradł mu Silmarille, trzy klejnoty o nieporównywalnym z niczym innym pięknie.

To właśnie ta zuchwała kradzież stała się powodem wielowiekowej wojny elfów z Morgothem, nie zaś zatrucie drzew Valinoru. Piszę o tych fabularnych nieścisłościach po to, żeby pokazać, jak dużo przemilczano, zubożając całą opowieść. 

I to jest pewien schemat, który w "Pierścieniach Władzy" będzie się powtarzał. Twórcy nie mogąc opowiadać o pewnych wydarzeniach wprost, muszą uciekać się do drastycznych zmian. Czy wychodzi to serialowi na dobre? Na pewno nie. 

W dalszych słowach Galadriela/Fëanor tłumaczy widzowi, że odwieczna walka dobra ze złem wcale nie została zakończona. W miejsce Morgotha pojawił się nowy przeciwnik, czyli znany nam wszystkim z Włodka Sauron. Wcześniej był on sługą Morgotha i jego najważniejszym dowódcą. Tyle tylko, że nikt się tym specjalnie nie przejmuje i tylko Galadriela bierze nowe zagrożenie na poważnie. Właściwie tylko ona wierzy, że takie zagrożenie w ogóle istnieje. 

To w zasadzie będzie główne przesłanie serialu w pierwszych dwóch odcinkach: waleczna i czujna Galadriela/Fëanor ostrzega niczego nieświadomy świat przed czyhającą w mroku groźbą. Nikt jej nie słucha, ale widzowie doskonale wiedzą, że czas musi w końcu przyznać jej rację. 

Skłaniać mają nas ku temu wydarzenia w różnych częściach Śródziemia, do których przenosi się fabuła. To gdzieś w pobliżu wioski poczciwych Harfootów (Hobbitów) spada z nieba człowiek w ognistej otoczce, mamrocząc pod nosem jakieś mroczne zaklęcia, to jakaś ludzka osada zapada się pod ziemię, to na ekranie pojawiają się relikty z mrocznych czasów, kiedy cały świat zmagał się z siłami ciemności dowodzonymi przez Morgotha. Ogólnie wiadomo, że sieczka z tymi złymi prędzej czy później wróci do Śródziemia. 

Akcja, śladem serialowej "Gry o Tron", często skacze z miejsca na miejsce, nierzadko pokonując za jednym zamachem setki lub tysiące kilometrów. Wykorzystano przy tym zabiegu efektowne ujęcia map tolkienowskich krain, co naprawdę może się podobać. Szkoda tylko, że nie ustrzeżono się przy tym błędów w postaci pominięcia Beleriandu we wstępniaku czy złego umiejscowienia "Krain południowych" w dalszej części.

Podejrzewam, że podróży po mapie uświadczymy jeszcze sporo, aż wszystko zacznie ciążyć ku miejscom ostatecznej konfrontacji ze złem. To akurat postrzegam jako pomysł dobry, który wymaga po prostu trochę lepszej realizacji. Minusem może być efekt pomniejszenia Śródziemia i poczucie, że ten ogromny kontynent, pełen magii, narodów, ras, państw i państewek, skurczy się do kilku miejsc na wielkiej i pustej mapie. 

Świat przedstawiony, czyli elfy, niziołki i inni

Jest pięknie – to trzeba przyznać. Szerokie ujęcia Morii, Valinoru czy Lindonu zapierają dech w piersiach. To wszystko ma rozmach znany nam dobrze z jacksonowej trylogii. Puryści zakochani w dziełach Tolkiena, do których sam się zaliczam, mogliby mieć pewne zastrzeżenia do przedstawienia Valinoru, który nie za bardzo różnił się od innych elfickich lokacji, ale to puryści. Wiadomo przecież, że oni się zawsze czepiają. 

Sprawy zaczynają się komplikować, kiedy kamera podjeżdża bliżej, choć uczciwie trzeba przyznać, że nie wszędzie. 

W zbliżeniach zbroje, stroje, akcesoria i rynsztunek wydają się być zbyt świeże, zbyt nieskalane, jak wyjęte z szafy na tyłach teatru. Podobne wrażenie odnosiłem podczas oglądania "Wiedźmina", gdzie ta "świeżość" biła po oczach nawet bardziej. 

A jak na ekranie prezentują się poszczególne rasy Śródziemia? 

W pierwszych dwóch odcinkach poznajemy aż cztery społeczności: elfów, hobbitów, krosnoludów i ludzi. Szczątkowo zaś widzimy orków. Zacznijmy od elfów, czyli, jak to powiedziała ta prawdziwa Galadriela w "Drużynie Pierściania": "najmędrszych i najbliższych magii" istot w Śródziemiu.

No, cóż. W nowym serialu Amazona elfy zostały dość brutalnie odarte z aury tajemniczości i wydają się po prostu ludźmi z trochę bardziej spiczastymi uszami. Na próżno szukać tu dobrze widocznej w trylogii enigmatyczności elfów, ich zauważalnego dystansu, odmiennego podejścia do życia. Najbardziej elficko zachowuje się pod tym względem Arondir odgrywany przez Ismaela Cruza Cordovę. Najmniej zaś chyba Elrond. 

Horfootowie wydają się za to tymi samymi frywolnymi istotami, które mieliśmy okazję oglądać w Shire (zresztą to właśnie oni w późniejszych latach przywędrowali za Góry Mgliste i osiedlili się tam na stałe). Są nieufne względem obcych, nie interesują się światem zewnętrznym i najchętniej zajmowaliby się przyziemnymi sprawami codziennymi. 

Krasnoludy też prezentują się w znajomym świetle. Są uparte, dumne, gruboskórne, a dobre maniery traktują niczym PSG finansowe fair play UEFA – dla nich one po prostu nie istnieją. Pewnym pójściem na łatwiznę jest pozbawienie krasnoludzkich kobiet bród. Jako fan ubolewam, ale jestem w stanie to zrozumieć. Wreszcie też mamy okazje podziwiać Morię w latach jej świetności i, cytując internetowego klasyka, rooobi wrażenie!

Najmniej do czynienia mamy z ludźmi, bo choć widzimy na ekranie wioskę składającą się z kilku chałup, nie mieliśmy jeszcze do czynienia z Numenorem, czyli królestwem ludzi położonym na wyspie pomiędzy Śródziemiem a Valinorem. Było to potężne królestwo, którego statki dobijały do każdego zakątka Śródziemia, handlując, niosąc wiedzę, a z czasem także podbijając inne ludy. 

Mam nadzieję, że producentom uda się przenieść na ekran wielkość Numenoru. Nie wiem oczywiście, jak daleko fabuła serialu sięgnie, ale jeśli dobrniemy do upadku wyspy, liczę, że scenarzyści sprawnie poradzą sobie z opisaniem gondorsko-arnorskiej spuścizny Numenoryjczyków. 

Pierścienie Władzy – jak poradzili sobie aktorzy?

Mam świadomość, że nowy serial Amazona to próba zerwania z wizją Jacksona i chęć napisania historii pewnych postaci i całych krain od nowa, ale czasami różnice są naprawdę drastyczne.

Oczywiście piję tu przede wszystkim do Galadrieli, która w trylogii była zimną, dumną, oszczędną w słowach i czynach władczynią elfów, zaś w "Pierścieniach Władzy" bardziej przypomina rumianą Eowinę, która z hardym spojrzeniem oraz rozwianą burzą blond włosów gotowa jest rzucić się na każdego z mieczem w dłoni.

Dodatkowo sposób, w jaki napisania jest postać Galadrieli, bardzo utrudnia polubienie jej przez widza. Elfka jest cały czas zagniewana, rzuca na lewo i prawo gromami, idzie pod prąd z delikatnością słonia w składzie porcelany. Trochę przypomina to bunt nastolatki. Jeśli taki był zamysł twórców, to Morfydd Clark idealnie odgrywa wyznaczoną jej rolę. 

O Elrondzie ciężko tak naprawdę coś napisać. Wydaje się on dopiero wykuwać swoją polityczną pozycję na dworze króla Gil-Galada i z przedstawieniem tej wersji późniejszego władcy Rivendell Robert Aramayo nie ma większych problemów, lecz w jego przypadku najbardziej widoczne jest "uczłowieczenie" elfów w serialu Amazona. Coś mało elficki ten Elrdond po prostu. 

Markella Kavenagh, która wciela się w postać Nori Brandyfoot, Owain Arthur jako Durin IV i Sophia Nomvete odgrywająca jego żonę, Disę, to najmocniejsze aktorsko kreacje, które powinny przypaść do gustu i zatwardziałym fanom Tolkiena, i niedzielnym widzom. Choć zdaję sobie sprawę z faktu, że nie wszystkim taki dobór aktorów przypadł do gustu. 

Na odrębną pochwałę zasługuje za to wspomniany już Ismael Cruz Córdova, który jako jedyny potrafił zagrać jak na elfa przystało. Nie przeszkadza mu w tym nawet fryzura rodem z XXI wieku. 

Pierścienie Władzy - czy to jest dobry serial?

I tak, i nie. Dla fanów Tokiena z dużym stażem w obcowaniu z jego twórczością – nie. Zbyt często będą oni wyłapywać błędy, uproszczenia czy przeinaczenia. I będą mieli to twórcom za złe. Dużo też zależy od dalszej fabuły. Jeśli serial i Tolkien będą rozjeżdżać się jeszcze mocniej, krytyka tylko się nasili. Tym bardziej, że producenci dość buńczucznie zapowiadali, że ich serial będzie "czystym Tolkienem". Tolkienomaniacy to na pewno zweryfikują. 

A co z pozostałymi widzami? Im dzieło Amazona powinno się spodobać. Jeśli nie znasz dziejów Numenoru, nie wiesz, co działo się w II. Erze Śródziemia, Sauron kojarzy Ci się tylko z ognistym okiem, to będziesz oglądać z zapartym tchem.

Bo będzie dużo ładnych widoków, sporo akcji i zapewne jeszcze więcej patetycznych dialogów. Bo Śródziemie z kuźni Jeffa Bezosa da się lubić. Pytanie tylko, czy to nadal jest Śródziemie Tolkiena?

Zobacz również:
REKLAMA