REKLAMA

Oskary inne niż wszystkie

Wiedzieliście, że wczorajszej nocy odbyła się gala wręczenia Oscarów? No właśnie… Tegoroczne rozdanie nagród prześliznęło się przez nasze socialmediowe walle niemal niezauważalnie. Czy pandemia ostatecznie dobiła tę kultową imprezę? Zdaniem wielu – tak.

Oskary 2021, filmy shutterstock.com
Z wiadomych przyczyn, tegoroczne rozdanie Oscarów musiało wyglądać inaczej niż zwykle. Po pierwsze, sama gala odbyła się z mniejszą niż zwykle pompą. Choć organizatorzy, po kilkakrotnym przesuwaniu terminu wydarzenia, zdecydowali się wreszcie na imprezę z żywymi ludźmi (Zoomowi podziękowano), musieli mocno ograniczyć skład zaproszonych gości.

REKLAMA

Zmieniono również lokalizację ceremonii, a raczej jej części. By uniknąć pokazywania pustej widowni w Dolby Theatre, nominowanych usadzono przy kameralnych okrągłych stolikach historycznej stacji kolejowej Union Station. To tam zwycięzcy odbierali swoje statuetki. W Dolby odbyła się jedynie część występów artystycznych. Dodatkowe studia Oscarowe zorganizowano w Nowym Jorku, Paryżu, Londynie oraz Sydney (więc Zoom jednak się przydał).

ZOBACZ: Czy wolność słowa właśnie umiera?

93. ceremonia rozdania Oscarów była zatem skromniejsza niż zwykle – nie da się z tym polemizować. Jednak dzięki odważnej decyzji o odejściu od online-owej formy, jaką przybierały ostatnimi czasy wszystkie imprezy filmowe, gala pokazała, że jest nadzieja na lepsze czasy - na otwarte kina i spotkania z żywymi ludźmi. Ryzyko się opłaciło, oglądając tegoroczne Oscary dało się na chwilę zapomnieć o znienawidzonym wirusie. Ale tylko na chwilę.
Nie da się ukryć, że pandemia zmieniła oblicze amerykańskiego przemysłu filmowego. I Oscary 2021 znakomicie to pokazały.

Triumf niedocenianych

Wśród tegorocznych nominowanych trudno było dopatrzeć się wielkich hollywoodzkich filmów, które Akademia tak lubi. Produkcje wielu wielkobudżetowych blockbusterów musiały zostać wstrzymane w czasie pandemii – za dużo ludzi, za duże plany, za duże niebezpieczeństwo. A nawet te, które udało się dokończyć, w wielu przypadkach nie doczekały się oficjalnej premiery. Zamknięcie kin pokrzyżowało plany twórców niejednej superprodukcji. Nie wszyscy zdecydowali się pokazać swoje filmy na małych ekranach platform streamingowych. Wciąż stoją więc w blokach startowych.

Dlatego w tegorocznym wyścigu po nagrody triumfowały mniejsze, bardziej kameralne i niezależne produkcje. Często oparte tylko na dwóch silnych kreacjach aktorskich. Były po prostu łatwiejsze do zrealizowania w tym trudnym czasie. Ale też znakomicie odpowiedziały na zarzuty stawiane dotąd Hollywood – brak zakotwiczenia w realnych problemach, zbędny blichtr, lansowanie wciąż tych samych gwiazd, pomijanie kobiet i mniejszości etnicznych. Akademia, która dotąd po każdej gali kajała się za przejawy rasizmu, ageizmu i seksizmu, tym razem odrobiła pracę domową.

Różnorodność nie tylko powierzchowna

Mówcie, co chcecie, Panowie, ale ta gala należała do kobiet. Statuetką za reżyserię uhonorowano Chloe Zhao – jako drugą kobietę w historii i pierwszą Azjatkę. Jej „Nomadland” – nagrodzony Oscarem za najlepszy film – został wyprodukowany przez kolejną kobietę, znakomitą aktorkę Frances McDormand. Z nagród w najważniejszych kategoriach, również ta za scenariusz oryginalny przypadła kobiecie. Doceniona została feministyczna historia o przemocy seksualnej, napisana brawurowo przez Emerald Fennel.

Wśród aktorów, docenieni zostali seniorzy, w dodatku, co rzadkie w Hollywood, wyglądający na swój wiek! Oscar za pierwszoplanową rolę kobiecą przypadł już po raz trzeci 63-letniej Frances McDormand, za role w „Nomadland”. Za najlepszą aktorkę drugoplanową uznana została o 10 lat starsza Yuh-Jung Youn, Koreanka grająca z niezwykłym poczuciem humoru w filmie „Minari”.

Urocza starsza Pani nie przepuściła okazji, żeby próbować poderwać wręczającego jej nagrodę Brada Pitta, co było chyba najzabawniejszym momentem całej gali. Za najlepszą pierwszoplanową role męską Oscarem uhonorowano nieobecnego w Los Angeles Anthony’ego Hopkinsa (film „Ojciec”). 83-latek jest najstarszym zdobywcą nagrody w tej kategorii i jako taki pozwolił sobie przespać galę w swoim domu w Walii, a za statuetkę podziękować dzień później.

Jeśli chodzi o etniczną różnorodność wśród nagrodzonych, poza wymienionymi już Azjatkami, w jednej z głównych kategorii – najlepsza drugoplanowa rola męska – zwyciężył czarnoskóry Daniel Kaluuya za rolę w filmie "Judasz i Czarny Mesjasz", opowiadającym o Partii Czarnych Panter, która walczyła o prawa czarnej społeczności w latach 60. i 70. Czarnoskórym artystom przypadły też obie muzyczne statuetki oraz Oscary za charakteryzację oraz kostiumy.

Zmiana kursu?

Przejawiające się w oscarowych komentarzach wątki różnorodności, równości praw i feminizmu widocznych podczas tegorocznej ceremonii nie wszystkim pasują. W internecie już pojawiły się głosy krytykujące upolitycznienie Oscarów. Cóż... Oscary zawsze były imprezą poprawną politycznie. Tegoroczna ceremonia świetnie podsumowuje to, co w ciągu ostatniego czasu działo się w USA.

FELIETON: Konserwatyści vs liberałowie - czy świat oszalał?

Mimo pandemii, za oceanem wrzało: rozruchy spowodowane śmiercią George’a Floyda, umacnianie się haseł #blacklivesmatter oraz #metoo, kontrowersyjna polityka imigracyjna Trumpa. Kino odzwierciedla te problemy, w sposób bardziej lub mniej artystyczny. Jedno pozostaje niezmienne – werdykty Akademii nigdy nie podobają się wszystkim. Tak, jak nagrodzone filmy.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA