[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
3.0

Najwyższe wodospady świata i 5 śmiałków z Polski

Wszystko zaczęło się od quizu: pięciu kumpli – ratownik medyczny, ratownik górski, żołnierz, arborysta i filmowiec – postanowiło, że zjedzie na linach z dziesięciu najwyższych wodospadów świata. Dlaczego? Bo mogą. Bo jeszcze nikt tego nie zrobił. Bo dzięki temu żyją najpełniej, jak się da.

W każdym pieniła się rwąca, górska rzeka, każdy był dobitnym dowodem, że Szwajcaria słusznie nazywana jest mekką kanioningu – ekstremalnego sportu będącego połączeniem wspinaczki, pływania, nurkowania i skoków. „Odpoczywaliśmy po pokonaniu kolejnego kanionu i graliśmy w Quizomanię” – wspomina Dariusz Pachut, ratownik medyczny z Krakowa.

W pewnym momencie padło pytanie o najwyższy wodospad na świecie. W zabawie brali udział fachowcy, więc z odpowiedzią nie było problemu. Istotniejsze jest jednak to, jaki efekt wywołało pojawienie się pytania. Partnerem wieczoru była wiśniówka i w sumie mogła mieć pewien wpływ na to, co wydarzyło się później.

Nie wyciągajmy jednak pochopnych wniosków – w końcu ekipa siedząca w pokoju to ludzie, którzy do podjęcia rękawicy nie potrzebują zewnętrznej motywacji. Dowody? Opisy wszystkich jej członków zajęłyby cały tekst, powiemy więc tylko, że sam Pachut to instruktor ratownictwa klasycznego, jaskiniowego i z powietrza, instruktor strzelania, pasjonat kajakarstwa górskiego, raftingu, kanioningu i wspinaczki lodowej, skoczek spadochronowy, płetwonurek, no i mistrz Polski w brazylijskim ju-jitsu.

ZOBACZ: 25 wakacyjnych męskich wypraw

W tym układzie naturalne wydaje się, że zaraz po pytaniu o najwyższy wodospad świata padła propozycja, żeby zjechać z niego na linach. Początkową euforię zgasił nieco wujek Google, który pomógł błyskawicznie ustalić, że ktoś już tego dokonał. Stawka automatycznie poszła w górę: „W takim razie pokonajmy dziesięć najwyższych wodospadów świata”. Jasne, spoko, czemu nie.

Faza planowania

Od wieczoru w Szwajcarii do chwili, gdy ekipa Slide-Challenge (slide-challenge.com), bo pod taką nazwą ekspedycja zaprezentowała się światu, zapakowała się do samolotu lecącego do Wenezueli, minął ponad rok. „Na szczęście w internecie dostępnych jest sporo informacji na temat ściany Auyan Tepui, czyli Diabelskiej Góry, po której spływają wody Salto Angel, mogliśmy więc dość łatwo zaplanować linię zjazdu.

Przebiegała mniej więcej w odległości 10-50 m od strugi wody. Bliżej się nie da z powodu masy pyłu wodnego, który odcina dopływ tlenu i można się w nim utopić” – objaśnia Dariusz Pachut. Okazało się, że o wiele większym wyzwaniem od zaplanowania linii zjazdu po kilometrowej ścianie jest logistyczne ogarnięcie ekspedycji prowadzącej na jej szczyt. Auyan Tepui znajduje się na wschodzie Wenezueli, w Parku Narodowym Canaima, zajmującym mniej więcej obszar wielkości Belgii. Podróż przez ten obszar na własną rękę nie wchodziła w grę, potrzebny był lokalny przewodnik.

„Napisaliśmy dziesiątki e-maili, aby znaleźć właściwą osobę, i w końcu trafi liśmy na Yupiego, wenezuelskiego wspinacza, który podjął się dostarczyć nas bezpiecznie na szczyt Diabelskiej Góry” – mówi Pachut. Mimo tego sukcesu, los wyprawy nie był przesądzony. Wszyscy miejscowi, z którymi kontaktowała się ekipa, odradzali wyjazd ze względu na skrajnie niebezpieczną sytuację w Wenezueli, stojącej na skraju wojny domowej.

„Siedzieliśmy już praktycznie na plecakach, a mimo to nie byliśmy pewni, czy wylecimy. Lot był oznaczony czerwonym alertem, co oznaczało, że może zostać odwołany w ostatniej chwili. Sami nie byliśmy pewni, czy ruszać, ale otuchy dodawał fakt, że uzyskaliśmy status wyprawy narodowej, z którym wiązało się wsparcie polskiego konsula oraz Interpolu” – Pachut nie ukrywa, że ostatnie chwile przed lotem były nerwowe. Ostatnią barierą do pokonania było lotnisko w Caracas. Ekipa, nie dość, że była wyposażona w zakazane drony, to jeszcze przez resztę sprzętu fotograficznego i filmowego na kilometr pachniała dziennikarzami, którzy najprawdopodobniej nie zostaliby wpuszczeni do kraju.

PRZECZYTAJ: Jak wybrać i spakować plecak na wyprawę?

„Sprzęt rozłożyliśmy i podzieliliśmy między siebie, udawaliśmy zwykłych turystów. Staliśmy w kolejce osobno, ale i tak byliśmy jedynymi białymi, więc nie było trudno nas wyłuskać. Trafiliśmy w łapy sześciu smutnych panów w garniturach, którzy maglowali nas po hiszpańsku. Czarno to wszystko widzieliśmy, ale na szczęście kiedy wezwano anglojęzyczne wsparcie, okazało się, że to właśnie Interpol, który miał nas wspierać. I dzięki niemu ostatecznie wpuszczono nas do Wenezueli” – wspomina Pachut.

REKLAMA

REKLAMA

W sercu dżungli

Po kombinowanej podróży samolotami i samochodami terenowymi uczestnicy SlideChallenge stanęli w końcu u wrót Parku Narodowego Canaima i rozpoczęli pieszą wędrówkę – najpierw przez sawannę, potem dżunglę – by na końcu pokonać księżycowy płaskowyż. W sumie 65 km. Kaszka z mlekiem? A w życiu! Skalę trudności na trasie najlepiej oddaje fakt, że doświadczony przewodnik rozplanował ją aż na 8 dni. Największym zagrożeniem dla ekipy byli mieszkańcy dżungli. „Główną zasadą BHP było nie łapać za drzewa i nie kłaść dłoni w miejscach, których dokładnie nie widzimy, z uwagi na jadowite węże i pająki.

Czasami przewodnik dawał znak, po którym mieliśmy przerwać marsz i zachować absolutną ciszę. Nie udawało nam się nigdy przewidzieć tych sygnałów i samodzielnie wychwycić dźwięków zwiastujących niebezpieczeństwo” – opowiada Pachut. Na szczęście obyło się bez większych przygód; do najgorszych można zaliczyć spotkania z mrówkami gigantami, których ukąszenie było jak strzał z paralizatora. Nie do końca wiadomo, na ile ekipa zawdzięczała to doświadczeniu przewodnika, a na ile duchom, które ten obłaskawił, grając na flecie indiańską melodię zanim zagłębili się w dżungli.

W dół

Na krawędzi Salto Angel ekipa stanęła 6. dnia wieczorem, ale nie mogła podziwiać kilometrowej ściany w pełnej krasie, bo poniżej kłębiły się gęste chmury. Były tam też kolejnego dnia, od rana do wieczora, uniemożliwiając podjęcie akcji, którą miał rozpocząć skok Pawła ze spadochronem. Tak, plan był taki, że pierwszy z grupy zamelduje się u podnóża skały już po kilkunastu sekundach i będzie tam czekał na resztę, która przez 2 dni będzie zjeżdżać na linach.

Następnego dnia ekipa już od 6 rano w pełnym szpeju przebierała nogami i czekała, aż pogoda łaskawie pozwoli im zacząć. „Na szczęście około 11 chmury zaczęły się przerzedzać. Paweł nie czekał długo. Zapakował do kieszeni kiełbasę, trochę sera, dwa indiańskie batony z karmelizowanej cukinii i odrobię benzyny do rozpalenia ogniska, po czym uniósł kciuk i rzucił się w dół. Jego sylwetka błyskawicznie się zmniejszała, aż prawie zniknęła nam z oczu na tle dżungli kłębiącej się u podnóża Auyan Tepui.

Kiedy rozkwitła czasza spadochronu i dostaliśmy z ziemi przez krótkofalówkę potwierdzenie, że wszystko w porządku, wreszcie mogliśmy wziąć się do roboty”. Najdłuższe odcinki lin, które dostarczył przewodnik, miały 100 metrów, więc tyle maksymalnie wynosiły etapy zjazdu. Robotę z jednej strony ułatwiało to, że na ścianie były już założone punkty mocowania lin, trzeba było je tylko znaleźć. Z drugiej strony powierzchnia skały była bardzo ostra, więc trzeba było zakładać specjalne ochraniacze, aby liny się nie przetarły. Ostatnie metry do półki, na której planowali nocleg, pokonali w ciemności, którą rozświetlał tylko blask czołówek. „Położyliśmy się brudni, głodni i spragnieni.

Mimo to, mocno przytuleni do siebie, zasnęliśmy błyskawicznie” – Pachut śmieje się i mówi, że zasypia w czasie poniżej jednej minuty, niezależnie od warunków. Czas na euforię przyszedł kolejnego dnia, bo ekipa Slide-Challenge ma zasadę, że piątki zbija dopiero wtedy, gdy jedynym zagrożeniem jest już tylko kac. W ramiona wszyscy padli sobie więc wtedy, gdy spotkali się z Pawłem u podstawy ściany. Tego dnia czekała ich kolacja podana przez indiańskich tragarzy na różowym obrusie – pieczone na ognisku mięso i 2 litry coli na pięciu. Luksus. Kolejne dni znowu pokazały, że ekstremalnie wyglądający zjazd na linach był najbezpieczniejszym etapem eskapady.

Do wioski Canaima wracali chybotliwą płaskodenną łódką po rwącej rzece, przemierzając Dolinę Diabła, pełną kopalni złota i diamentów. Tym, co się w nich wydobywa, płaci się tam nawet za mąkę czy kukurydzę. Na szczęście w obiegu są też mniej szlachetne środki płatnicze, dzięki którym panowie nabyli brazylijski rum. Okazało się, że bardziej od niego zapamiętali, jak w czasie imprezy wieńczącej wyprawę rozpętała się gigantyczna ulewa i w ich bungalow uderzył piorun.

Do pokonania wciąż pozostawało lotnisko w Caracas, na którym groziła im konfiskata nagranych materiałów. A wiadomo, czasy teraz takie, że gdyby wrócili bez nich, to jakby w ogóle nie wyjeżdżali. Karty pamięci trafiły zapobiegliwie do skarpetek, ale to by się na wiele nie zdało, gdyż okazało się, że wszystkich ludzi wyglądających na obcokrajowców wyławiano do dokładnej kontroli osobistej. Gdy pierwszego z ekipy dzieliły od niej już tylko trzy osoby, w filmowym stylu pojawił się polski konsul i wziął na siebie kwestię przejścia przez bramki. To dzięki niemu możesz się przekonać, że do zaliczenia ekipie zostało już tylko dziewięć wodospadów. Tym razem zupełnie dziewiczych.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij