[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
3.9

Najgorsze pomysły na Walentynki

Zły pomysł jest gorszy niż brak pomysłu. To elementarne.

niezadowolona kobieta na Walentynki

Można się zżymać, że Walentynki to komercyjne święto, którego jedynym celem jest zwiększenie obrotów sklepów po styczniowym zastoju w sprzedaży. Może tak jest rzeczywiście, ale problem polega na tym, że Twoja dziewczyna nie jest z żelaza ani kamienia (i chwała jej za to!) - a musiałaby być, żeby uodpornić się na wszystkie romantyczne komedie, na setki serduszek widzianych codziennie i zdjęcia zakochanych par. Istnieje duże ryzyko (albo szansa - zależy, jak na to patrzeć), że 14 lutego będzie czekała na Twój ruch. Nie zaplanuje wyjścia z koleżankami, nie umówi się do fryzjera a może nawet kupiła już coś wyjątkowego do ubrania na ten wieczór.

ZOBACZ TEŻ: Co Polacy sądzą o Walentynkach

Musisz więc te Walentynki dobrze rozegrać, bo jeśli schrzanisz robotę, przez parę dni możesz mieć do czynienia z panem Fochem (nie mylić z Ferdynandem, francuskim marszałkiem). Zobacz, gdzie czyhają pułapki i omiń je jak saper miny.

Zepsute Walentynki: zapomniałeś, że to dziś

Są dwa rodzaje zapominalskich. Pierwszy, częściej spotykany, to faceci, którzy po prostu zapominają daty urodzin, ślubu, pierwszej randki, terminu spotkania etc. Drugi rodzaj to Ci, którzy wprawdzie pamiętają, ale upływ czasu jest dla nich czymś równie łatwym do ogarnięcia jak Sahara dla kota. Ci pierwsi zapominają o istnieniu Walentynek, drudzy pamiętają, ale orientują się, że to właśnie dziś jest 14 lutego dopiero kiedy dziewczyna rzuci w nich kalendarzem.

Rozwiązanie: W obu przypadkach pomoże ustawienie sobie przypomnienia na 13 lutego - jeden dzień chyba utrzymasz w pamięci?

Wyjście awaryjne: jeśli mimo wszystko nie uda Ci się zapamiętać i ten kalendarz wyląduje na Twojej głowie, powiedz, że dziś jest czwartek, a jutro robota/szkoła. A Ty zaplanowałeś wyjątkowy wieczór na weekend, żebyście mogli go spędzić naprawdę zrelaksowani. W ten sposób zyskujesz jeden, góra dwa dni na wymyślenie czegoś wyjątkowego.

Zepsute Walentynki: nie ma wolnych stolików

Dobra, przypomniałeś sobie w południe, że to dziś, więc rzutem na taśmę zapraszasz ukochaną na romantyczną kolację. Wtedy nieuchronnie pada pytanie „Dokąd pójdziemy?”. Rzucasz pierwszą z brzegu nazwę fajnej restauracji, wieczorem ubierasz się elegancko idziecie i… no właśnie. Okazuje się, że na ten sam pomysł wpadła połowa miasta. Wszystkie stoliki są zajęte, a te wolne mają kartonik „Rezerwacja”. Szybko wymyślasz więc alternatywną miejscówkę, ale tam sytuacja się powtarza. I w kolejnym miejscu i w kolejnym. Zamiast uroczej kolacji w przytulnym wnętrzu urządzasz więc dziewczynie spacer po zimnych ulicach. A dla niej to okazja, żeby z zazdrością patrzeć na te wszystkie pary za oknami. I na tamtych facetów, którzy byli jednak bardziej przewidujący niż Ty.

Rozwiązanie: Jeszcze dziś zadzwoń i zamów stolik. Najlepiej przy oknie. Gdy będziecie czekać na kelnera - ponabijasz się z tych nieszczęśników, którzy będą odchodzili z kwitkiem. To Ty będziesz tym zaradnym.

Wyjście awaryjne: Podejdź do szefa sali, albo do któregokolwiek kelnera i zapytaj, czy na pewno wszystkie rezerwacje są potwierdzone. A może któryś stolik jest zarezerwowany dopiero za godzinę, a już okupowany przez kartonik? Obiecaj, że się uwiniecie. Wprawdzie jedzenie w pośpiechu to nie jest idealny sposób na romantyczną kolację, ale hm... lepsze to niż odbijanie się od kolejnych drzwi. Jeśli kelner okaże się pomocny, nie zapomnij o tym przy rachunku. W większości lokali można zaproponować doliczenie napiwku nawet przy płaceniu kartą. Bądź hojny, bo ten miły człowiek uratował Ci gluteusy maximusy.

 

REKLAMA

REKLAMA

Zepsute Walentynki: będę Twoim masterchefem

Ten błąd znam z własnego doświadczenia: kilka lat temu uznałem, że świetnym pomysłem będzie zrobienie wykwintnej kolacji własnoręcznie. Że to pomysł o wiele bardziej oryginalny niż zaproszenie na kolację do fancy restaurant. Znalazłem dosyć wyrafinowany przepis (na naszej stronie, oczywiście), zrobiłem potajemnie zakupy, wypchnąłem dziewczynę do fryzjera i, gdy tylko drzwi się za nią zamknęły, rzuciłem się do gotowania. Jestem typowym Januszem kuchni - potrafię zrobić kanapki, jajecznicę, omleta, odgrzać pizzę i ugotować ziemniaki. Gotowanie to domena mojej dziewczyny, która to lubi, a ja jestem bardzo wdzięcznym konsumentem jej kulinarnych popisów. 

Właśnie dlatego pomyślałem, że własnoręcznie przygotowana kolacja z deserem będzie przyjemnym wyrwaniem się z rutyny. Niestety... Okazało się, że nawet szczegółowe przepisy są zbyt skomplikowane dla kogoś, kto ma tylko mgliste pojęcie o marynowaniu, zawijaniu i siekaniu. Przez dwie godziny, jakie miałem do dyspozycji, zrobiłem z kuchni miejsce rytualnej zbrodni.

Podłoga, ściany i rolety w oknach były uwalane tłuszczem i kawałkami mięsa, które próbowałem rozbić po tym, jak je ładnie zamarynowałem w oleju z przyprawami. Płyta kuchenki pokryła się grubą warstwą zwęglonego czegoś, w zlewie zbudowałem z naczyń solidną hałdę, a blat był upaćkany resztkami warzyw, które gorączkowo kroiłem na ostatnią chwilę, bo przegapiłem ten punkt przepisu. Rozsypana tu i ówdzie mąka wyglądała, jakby w mojej kuchni FBI właśnie zlikwidowało kolejną hurtownię kokainy. No i ten efekt: jedzenie ustawione na stole ze świecami wyglądało okropnie, a w smaku było... no cóż, wyglądało lepiej niż smakowało. Natychmiast po wmuszeniu w siebie kilku kęsów moja dziewczyna rzuciła się do kuchni sprzątać, mrucząc coś pod nosem. Romantyczny nastrój wyjechał na kilkudniowe wakacje.

Rozwiązanie: Jeśli zechcesz zaskoczyć dziewczynę własnoręcznie przygotowaną kolacją - koniecznie przećwicz to wcześniej. Albo gdy będziesz sam w domu, albo u kumpla, a najlepiej u mamy. Rozpoznanie bojem to nienajlepszy pomysł.

Wyjście awaryjne: Schrzaniłeś gotowanie i nie da się tego jeść? Nie brnij. Powiedz, że chciałeś i się starałeś, ale nie wyszło. Wyrzuć przypalone, rozgotowane, przesolone żarcie do kosza i zaproponuj wyjście do miasta. Pamiętaj, że w tych lepszych restauracjach miejsc nie będzie. Ale jakiś pojedynczy stolik w kawiarni może się uda ustrzelić. Przeczekajcie przy winie albo walentynkowym drinku  aż w restauracjach się wyludni. Około 22 już powinny się znaleźć jakieś wolne miejsca.

Zepsute Walentynki: bukiet ze stacji benzynowej

Lekko zwiędłe zapakowane w folię bukiety z automatu na stacji benzynowej już z kilometra krzyczą O c h o l e r a, z a p o m n i a ł e e e e e m ! I kupiłem pierwsze z brzegu, byle tylko nie przyjść z gołymi rękami. Czasami kobiety mają swoje ulubione gatunki i kolory, czasami nie mają. Zwykle jednak mają jakiś gatunek, którego nie cierpią. Bo np. dostawały je kiedyś od faceta, który je porzucił, albo kojarzą im się z jakimś niemiłym wydarzeniem. Warto wiedzieć przynajmniej tyle i tych kwiatów nigdy nie kupować. 

Rozwiązanie: Przy najbliższej okazji wybadaj, jakie kwiaty lubi. Np przechodząc koło kwiaciarni wskaż dowolny rodzaj i powiedz, że Ci się podobają. Masz 87% szans, że odruchowo powie, że ona najbardziej lubi .... [tu może paść nazwa, która Ci nic nie powie, więc poproś o pokazanie palcem.] Zapamiętaj to. Jeśli jeszcze nie zorientowałeś się, jakie kwiaty podobają się jej najbardziej, postaw na róże. Niby są oklepane i banalne, ale w z różami obowiązuje zasada: im więcej tym lepiej. Powyżej 12 to już pewniak. 

Wyjście awaryjne: Jeśli już w desperacji kupiłeś ten smutny ostatni bukiet z dyspozytora, miej przynajmniej tyle przyzwoitości, by przed wręczeniem go wyrzucić folię i poobrywać przywiędłe liście i płatki. 

Zepsute Walentynki: fikuśna bielizna 

Wejdź w pierwszym tygodniu lutego do jakiegokolwiek sklepu z damką bielizną, a zobaczysz co najmniej kilku facetów grzebiących w koronkowej bieliźnie, z rozmarzonymi oczami, które w wyobraźni już te wyszukane koronki z kobiety zdejmują. Oczywiście sprzedawczynie chętnie pomagają, podsuwając coraz to bardziej wymyślne wzory, ale Ty bądź mądrzejszy. Wybór bielizny pozostaw kobiecie. Puszapy, fiszbiny, zapięcia, miseczki, balkonetki... Rozmiarówka francuska czy europejska? 70A czy 65C?  Stringi, brazyliany czy figi? To zbyt skomplikowane, żeby ryzykować. Idź w tygodniu PO walentynkach, a zobaczysz, ile dziewczyn oddaje lub wymienia bieliznę. 

Rozwiązanie: Fikuśną bieliznę niech sobie kupuje sama. Ona najlepiej wie, w czym będzie się czuła dobrze i seksownie, a w czym jak nowojorska dziwka z lat 80. Ty, skoro już nie masz lepszego pomysłu na prezent, zrób szybki przegląd jej szuflady z bielizną. Sprawdź rozmiar biustonosza, kształt majtek, a najlepiej zrób zdjęcie i wyposażony w taką wiedzę lub zdjęcia idź do salonu z dobrą jakościowo bielizną (np. Victoria Secret, Intimissimi, Triumph). Opisz sprzedawczyni, to co widziałeś i poproś o komplet w tym stylu. Ładna, ale nie wyuzdana bielizna zostanie chętniej przymierzona na gorąco.

Wyjście awaryjne: Pragnienie zobaczenia jej w krwistoczerwonych koronkach jest silniejsze od Ciebie? Zobacz, co podoba się naszym koleżankom z redakcji Women's Health. Będąc już w sklepie przynajmniej upewnij się, czy można zrobić zwrot i ile masz na to czasu. Dzięki temu, gdy jej zachwyt okaże się umiarkowany, zawsze będziesz mógł powiedzieć: „Brałem to pod uwagę. Chodźmy do sklepu i wymienimy na to, co Ci się bardziej spodoba”. Przy okazji lepiej poznasz jej gust i upodobania. 

ZOBACZ TEŻ: Jak przeżyć Walentynki [poradnik dla singli]

Komentarze

 (3)
ZOBACZ KOMENTARZE
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij