Michael B. Jordan – Znam swój cel

Na oczach kamer. Dziś jest  facetem, który walcząc  o wyjątkowe role, przetarł szlaki kolejnym czarnoskórym aktorom. 34-letni gwiazdor ”Creeda” i ”Czarnej Pantery” chce nadrobić stracony rok 2020 serią wybuchowych projektów. I ma nadzieję, że inni pójdą za nim. Poznajcie faceta, który chce  coś zmienić.

Michael B. Jordan Men's Health
Michael B. Jordan spędził zimę gdzieś na wybrzeżu Saint Barthélemy. Codziennie zanurzał się w Morzu Karaibskim, trzymając nad głową wulkaniczny głaz. Dopiero gdy dotknął stopami dna, przeszedł 20 kroków i wyrzucił kamień, pozwalał sobie wynurzyć się na powierzchnię. Mówi, że ten podwodny trening jest dla niego metaforą tego, co wszyscy przeszliśmy w ciągu ostatnich 12 miesięcy: ciało pod wodą, kamień nad głową i pytanie, czy daleko jeszcze do dna, od którego wreszcie będzie można się odbić.

REKLAMA

Jest początek stycznia, a pandemiczna rzeczywistość wciąż wygląda kiepsko. Wzrost zachorowań, opóźnienia w podawaniu szczepionek, a do tego atak zwolenników Trumpa na Kapitol. Dla Amerykanów ten rok zaczął się fatalnie. Jordan miał szczęście: całe to szaleństwo przeczekał z dziewczyną Lori Harvey na Karaibach. Ale wcześniej nie było tak bajkowo. Gdy ponad rok temu cały świat stanął w miejscu, aktor również utknął w domu. Nagły powiew niepewności i strachu pozamykał wiele hollywoodzkich produkcji właściwie w ciągu jednej nocy.

Michael musiał szybko zdecydować, co zrobić, by jego nabierająca rozpędu kariera nie utknęła w martwym punkcie. Już wcześniej 34-latek nie miał zamiaru osiadać na laurach – mimo ugruntowanej przez role w „Czarnej Panterze” i dwóch częściach „Creeda” pozycji idola, aktor urabiał ręce po łokcie, żeby zaistnieć także jako producent i reżyser. Wszystkie trzy funkcje (producenta, reżysera i głównego aktora) planował połączyć, pracując nad filmem „Creed III”. Ten projekt miał zapewnić mu pozycję potentata Hollywood. I wtedy uderzył wirus.

„Miałem zaplanowane trzy kolejne filmy na 2020 rok. Projekty, w których przygotowanie włożyłem mnóstwo wysiłku – wyjaśnia. – Ale nie było rady: musiałem wreszcie wybrać jeden, który miał przynajmniej szansę dostać zielone światło na realizację w pandemicznych warunkach. Potrzebowałem chwili na przemyślenie tego wszystkiego. Postanowiłem zrobić sobie przerwę na oczyszczenie umysłu. Kiedy zaczęło to być możliwe, zmieniłem też miejsce pobytu”.

Długi rozbieg

Biorąc pod uwagę młody wiek i dość świeży status megagwiazdy, łatwo przeoczyć fakt, że Michael Bakari Jordan przewija się przez ekrany przez jedną trzecią swojego życia. Ponad 20 lat pracował na miano jednej z najpopularniejszych gwiazd USA. To mu jednak nie wystarcza.

Świetne oko do nowych projektów pozwoliło jego firmie producenckiej Otlier Societ zasiąść do przysłowiowego stołu z najlepszymi w Hollywood. Wykroił dla siebie kawałek tortu, dobrze definiując profil swoich filmów. Wybiera produkcje, które albo oddają doświadczenia czarnoskórych mężczyzn (jak w docenionym przez krytyków „Just Mercy” z 2019 roku), albo poszerzają spektrum ról, które czarni aktorzy mogą zagrać (na przykład nowy thriller „Without Remorse”, w którym wciela się w postać z powieści Toma Clancy’ego, którą dotąd odgrywali biali aktorzy). To dobre zabezpieczenie na przyszłość, ale też ogromna odpowiedzialność wobec afroamerykańskiej społeczności.

W tym samym roku, w którym magazyn „People” okrzyknął go najseksowniejszym mężczyzną świata, „Times” umieścił go na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi, wyróżniając go za popychanie Hollywood w stronę większej różnorodności etnicznej – na ekranie i za kulisami. Taka nominacja niesie ze sobą spory ciężar. Choć Jordan idzie po swoje i jeńców nie bierze, łatwo zapomnieć, iż żegluje po nieznanych wodach: jest młodym mężczyzną poruszającym się w branży, w której każda decyzja czarnego artysty jest obciążona społeczną i polityczną odpowiedzialnością. Michael wkracza właśnie w wiek pełnej świadomości tego stanu rzeczy i bierze swoją powinność na klatę.

„Ubiegły rok naprawdę zrobił ze mnie mężczyznę – powiedział MH. – Wiem, że to nadużywany frazes, ale czuję, że rzeczywiście sprecyzowałem swoje życiowe cele: i te zawodowe, i prywatne. Okazuje się zresztą, że są ściśle połączone. Robię to, co robię już 20 lat. Teraz wreszcie mam szansę posłużyć komuś za przykład”.

Urodzony w Santa Ana w Kalifornii i wychowany w Newark (stan New Jersey), Jordan złapał pierwszą fuchę w 1999 roku: wypowiedział wtedy dwa zdania jako bezimienny gnojek w „Rodzinie Soprano”. Dopiero w „The Wire” dało się go zauważyć. Wcielił się tam w nastoletniego handlarza narkotyków o sarnich oczach, którego łamiący serce koniec był jednym z kluczowych momentów serialu. Dalej Jordan piął się po szczeblach kariery, zaliczając role w „Kronice”, „Eskadrze Czerwone Ogony”, a wreszcie w „Stacji Fruitvale”.

Ta ostatnia historia – opowiadająca o ostatniej dobie życia Oscara Granta, nieuzbrojonego czarnoskórego mężczyzny zabitego przez funkcjonariusza policji – sprawiła, że go zauważono. Pierwsza współpraca ze scenarzystą i reżyserem Ryanem Cooglerem zbiegła się w czasie z powstaniem ruchu Black Lives Matter i została doceniona za poruszenie ważnej dla Afroamerykanów kwestii. Na fali sukcesu filmowy duet postanowił wskrzesić uwielbianą na całym świecie historię o Rockym, przenosząc jednak ciężar fabuły na młodego syna Apollo Creeda: czarnoskórego rywala, a później najlepszego przyjaciela „Włoskiego Ogiera”. Historia o Adonisie Creedzie wypadła świetnie.

A dalej było jeszcze lepiej: superprodukcja Marvela „Czarna Pantera” zarobiła miliard dolarów i zainicjowała swoisty renesans kultury afroamerykańskiej w masowej rozrywce.

„Jestem raczej osobą, która żyje teraźniejszością i patrzy w przyszłość – odpowiada Jordan, gdy pytamy go, czy często zastanawia się nad przełomowymi momentami w swojej karierze. – Kiedy kończę pracę nad jakimś projektem, to ją kończę. Wskakuję w kolejną produkcję i skupiam się na za-daniu. Nie mam czasu myśleć o tym, co było. Dopiero na spotkaniach z prasą wracam myślami do promowanego filmu. Uważam, że po zakończeniu zdjęć artysta nie ma już nic do zrobienia: od tego momentu dzieło należy już do widzów”.Jednocześnie aktor myśli o swoim dziedzictwie. „Zastanawiam się, co po sobie zostawię. W czasie ostatniego roku to pytanie cały czas kołatało mi w głowie.

W końcu wszyscy doświadczyliśmy ostatnio jakiejś straty: ja przeżywam żałobę po Chadwiku [Bosmanie – zmarłym na raka przyjacielu, aktorze, gwieździe „Czarnej Pantery”]. Jeszcze wiele chciałbym osiągnąć, ale wiem, że mam ograniczony czas. Życie jest naprawdę kruche. Staram się nie brać niczego za pewnik. Naprawdę się staram”.

Jasne plany

Tak jak wszystko w tych czasach, pierwsze spotkanie Men’s Health z Jordanem odbyło się przez internet. Choć aktor przez ostatnich 15 lat mieszkał w Los Angeles, łapiemy go w Nowym Jorku, gdzie kręci reżyserowany przez Denzela Washingtona film „Journal for Jordan” – to jeden z nielicznych projektów, które aktor był w stanie kontynuować mimo pandemii.

Jordan pojawia się w okienku Zooma ubrany w czarny T-shirt i nie daje po sobie poznać, że spędził jakiś czas zamknięty w domu. Lockdownowe rozleniwienie raczej nie odbiło się na jego muskulaturze. Jednak w naszej rozmowie temat straconego roku 2020 powraca jak bumerang. Po pierwsze, Jordan nie może sobie darować odwołanej wycieczki do Japonii (jest wielkim fanem anime), która była jego życiowym marzeniem. Po drugie, przez niepewną sytuację wciąż opóźniają się zdjęcia do „Creeda III”, przez co fani będą musieli dłużej zaczekać na kontynuację przygód Adonisa. Jednak po chwili marudzenia aktor otrząsa się i przyznaje, że mimo wszystko woli nie narzekać na stracone szanse, tylko myśleć o przyszłości. „Trzeba odnaleźć plusy tej sytuacji” – mówi z hollywoodzkim uśmiechem.

Poza tymi oczywistymi, czyli czasem dla siebie i swoich bliskich, Jordan cieszy się, że mógł wreszcie jasno sprecyzować swoje zawodowe plany. Jego założona w 2016 r. firma producencka, Outlier Company, jako jedna z pierwszych w tym biznesie wprowadziła klauzulę różnorodności (gwarantującą spełnienie warunków równouprawnienia pod względem rasy i płci podczas zatrudniania obsady) we wszystkich swoich projektach.

Zaś osobista strategia zawodowa Jordana nabrała prostego brzmienia: wybierać role, które mogą urozmaicić jego portfolio bez względu na to, czy zostały stworzone z myślą o białym, czy czarnym odtwórcy. Od występu w reboocie „Fantastycznej czwórki” w roli Ludzkiej Pochodni aktor postanowił nie przejmować się domyślnym kolorem skóry postaci ze scenariusza. Dlatego w 2018 roku zagrał w adaptacji dystopijnej powieści „Fahrenheit 451”. Podpisał też kontrakt na remake „Afery Thomasa Crowna”, w której ma wcielić się w tytułową postać, graną dotychczas przez Steve’a McQueena i Pierce’a Brosnana.

„Jestem w tym biznesie kopę lat i za długo grałem w szachy, jeśli wiesz, co mam na myśli – mówi. – Tutaj sukces i popularność często idą w parze. Ale czasem, kierując się własną intuicją i poczuciem słuszności, musisz podjąć decyzję, która wielu się nie spodoba, i liczyć na to, że z czasem zaakceptują Twój krok”. Takim podejściem kierował się, przyjmując ostatnią rolę – w thrillerze Stefano Sollimy „Without Remorse”. Jordan wciela się tam w Johna Kelly’ego, komandosa US Navy SEAL’s, który chcąc zemścić się na zabójcach żony, odkrywa światowy spisek. Adaptacja powieści Toma Clancy’ego, będąca spin-offem serii o Jacku Ryanie, w wyobraźni fanów pisarza była obsadzona białymi herosami kina akcji.

Jednak na początku filmu jest scena, w której Kelly stwierdza gorzko, że wiernie służy krajowi, który nie odwzajemnia jego miłości. Ten tekst nie wybrzmiałby tak mocno w ustach Matta Damona albo Toma Hardy’ego. Jordan wydaje się w każdej swojej roli przemycać równościowe hasła, nawet w zwykłych strzelankach. „Bierzesz role, które nie zostały napisane specjalnie dla ciebie, bo stanowią opakowanie dla twoich własnych wartości. To taki koń trojański, w którym przemycasz siebie – wyjaśnia. – Ale na etapie przygotowań produkcyjnych, za zamkniętymi drzwiami, musisz walczyć o idee, którymi chcesz wypełnić swoją rolę”.

Jak więc odnajduje równowagę między robieniem kasowych superprodukcji a wspieraniem kina zaangażowanego społecznie? „Z trudnością – sam przyznaje. – »Stacja Fruitvale« wysoko postawiła mi poprzeczkę. Po premierze ludzie oczekiwali, że teraz zajmę się filmami o niesprawiedliwości wobec Afroamerykanów. Nie było wielu twórców w moim wieku, robiących tego typu kino. I chcę spełnić te oczekiwania, jednocześnie realizując tyle innych projektów, ile się da. W końcu chodzi o to, żeby cieszyć się tym, co się robi”.

Na właściwej ścieżce

Jordan musi przyznać, że teraz może przebierać w rolach,  którym daleko do stereotypowych.  Nie czuje ograniczeń, które  jeszcze niedawno blokowały  rozwój czarnoskórych aktorów.  Mimo to, po „Stacji Fruitvale”, wciąż dostaje też tendencyjne propozycje. „Odrzuciłem wiele ról, bo nie mogę przecież zagrać każdego czarnego bohatera historycznego – tłumaczy. – Jest przecież wielu innych utalentowanych aktorów... Między innymi po to stałem się producentem, żeby otwierać drzwi do tego świata młodym ludziom, którzy dotąd nie trafili na właściwą ścieżkę”.

Rozsądny w pracy, Jordan także do życia prywatnego podchodzi poważnie. I poważnie chroni je przed oczami postronnych. Jest jedną z niewielu gwiazd pokolenia millenialsów, która nie spieniężyła swojej prywatności. Niestety, przez swój dystans do mediów bywa oskarżany o izolowanie się od fanów.

Nasz wywiad zbiega się w czasie z medialnym zamętem wokół romansu Jordana z Lori Harvey. To pierwszy związek aktora, który wyciekł do opinii publicznej. Kiedy para oficjalnie potwierdziła, że się spotyka, komentatorzy zasypali social media domysłami na ich temat. Oczywiście kariera w show-biznesie w XXI wieku nierozerwalnie wiąże się z poddawaniem każdego swojego kroku publicznej ocenie. I choć Jordan od dawna jest na świeczniku, bardzo późno nauczył się radzić sobie z niesprawiedliwymi opiniami na własny temat.

„Mimo tego, że ciężko pracowałem na swój sukces, wciąż czytam negatywne komentarze. Kiedy byłem młodszy, bardzo się tym przejmowałem; dziś staram się to zrozumieć – mówi. – Wiem, że wszystkich nie uszczęśliwię, tym bardziej że każdy gnojek może opisać w internecie sytuację, w której nie ma grama prawdy, a jakieś 100 000 osób w to uwierzy i obrzuci mnie błotem. Nic z tym nie zrobię. Ludzie, którzy mnie znają, wiedzą, jaki jestem, a ci, którzy tylko mnie oglądają, wiedzą tyle, ile im pokazuję. To mój wybór, co chcę udostępniać. Teraz, gdy dojrzałem, czuję się lepiej we własnej skórze i nie przejmuję się już tak bardzo tym, co gadają”.

Jordan wyznaczył sobie ścieżkę: w jego wypowiedziach często pojawiają się słowa „dziedzictwo” i „cel”. Jasne jest, że to dla niego sprawy priorytetowe. Przez lata pracował, aby być kolejnym Willem Smithem albo kolejnym Leonardem DiCaprio. Teraz chce, żeby młodzi szli w jego ślady.

„Wszystkie moje sukcesy, porażki, całą wiedzę i możliwość podejmowania prób zawdzięczam ludziom, którzy pracowali tu przede mną – mówi. – Myślałem o tym cały poprzedni rok. To doprowadziło do tego, że dziś jestem takim, a nie innym facetem”. A ten facet chce mieć kontrolę. „Stawiam na samodzielność – przyznaje Jordan. – Dzięki temu czuję się kowalem własnego losu. Zresztą nie tylko własnego: mogę też pomóc innym w taki sposób, jaki uznam za najlepszy. Robię, co trzeba, ale we własnym czasie i na własnych warunkach, bez pytania kogokolwiek o zgodę”.

Zobacz również:
National Fitness Games to bardzo ciekawa brytyjska inicjatywa serii zawodów dla atletów wielu dyscyplin, która testuje formę w sposób równie bezwzględny i wszechstronny, co CrossFit, tworząc przy tym środowisko dużo bardziej inkluzywne. Przyglądamy się temu z bliska.
ZOBACZ WIĘCEJ
REKLAMA