REKLAMA

Męskie braterstwo w XXI wieku – dlaczego tak trudno je zachować?

Gdzie się podziali wszyscy starzy kumple? Dlaczego ich nie widuję? Oto pytania, które pojawiają się w piątkowy czy w sobotni wieczór, spędzany w towarzystwie szklaneczki z mocnym trunkiem. Nie lekceważ ich: to głos wewnętrznej mądrości, przypominający Ci o tym, że zaniedbałeś istotne sprawy w życiu.

przyjaźń, kumpelstwo shutterstock.com

Mniej więcej dziesięć lat po tym, jak opuściliśmy uczelnię, jeden z naszych kumpli rozesłał do nas, kumpli, którzy na studiach trzymali się razem, rozpaczliwą wiadomość. Generalnie chodziło o to, że już się nie spotykamy i że to wielka szkoda, i że koniecznie trzeba zorganizować spotkanie. Wiecie, to jedna z tych wiadomości, które się pisze  w piątek wieczorem (a rano człowiek się skręca z zażenowania, podobnie jak adresaci tych wieści), kiedy się siedzi  w domu w towarzystwie dużej ilości alkoholu.

W takich chwilach czasy studenckie wydają się najszczęśliwszym i najbardziej beztroskim okresem w życiu, kiedy to impreza goniła imprezę, otaczało nas mnóstwo pięknych dziewczyn, a spoiwem tego wszystkiego była nasza grupa, połączona więzami męskiej przyjaźni. Oczywiście nigdy tak tego nie nazywaliśmy (jasne, że nie), ale wiadomo było, o co chodzi. Wszyscy poznaliśmy się jeszcze w czasach licealnych, znaliśmy się na wylot  i bawiły nas te same rzeczy. Trudno było sobie wyobrazić, że kiedykolwiek będzie inaczej, ale dryf był nieunikniony: porozjeżdżaliśmy się w różne strony, imprezy zastąpiło szukanie jakiejś  w miarę przyzwoitej roboty, a później mnóstwo wysiłku wkładanego w jej utrzymanie i przebicie się.

ZOBACZ: Zasady męskiej przyjaźni

Ogarnianie dorosłego życia wydawało się pochłaniać zbyt dużo czasu, żeby jeszcze starczyło na całonocne imprezy. Pojawiły się stałe związki, czasem nawet małżeństwa i dzieci. Niekiedy wpadaliśmy na siebie w mieście i czasem nawet chodziliśmy na piwo, ale coraz trudniej nam było zebrać większą ekipę. Imprezy się oczywiście zdarzały, ale na ogół były to  spotkania organizowane przez nasze dziewczyny  i w składzie przez nie zatwierdzanym (co oznacza, że niektórych, niestandardowo zachowujących się kolegów, nie oglądaliśmy od lat).

Pojawili się też nowi znajomi, na ogół z pracy, albo faceci będący w związku z przyjaciółkami naszych partnerek. Trudno powiedzieć, że były to przyjaźnie, raczej znajomości. Brak wspólnych doświadczeń  z młodych lat sprawia, że te poźniejsze relacje są trochę inne – jednak trudno nazwać przyjacielem faceta, który nigdy nie widział, jak wymiotujesz do paczki czipsów na imprezie. 

Kwestia czasu

Z badań wynika, że o ile dzięki, między innymi, mediom społecznościowym znajomych mamy znacznie więcej niż nasi rodzice czy dziadkowie, to takich prawdziwych przyjaciół znacznie mniej. Można to nawet policzyć. Naukowcy z Aalto University School of Science i University of Oxford zbadali, z iloma osobami utrzymujemy stały kontakt na różnych etapach życia.

Okazało się, że najwięcej przyjacielskich relacji nawiązujemy do 25. roku życia (zarówno w przypadku mężczyzn, jak i kobiet). Po 25. roku życia liczba ta gwałtownie spada. Dla porównania: 25-letni facet ma średnio 19 bliskich osób, z którymi utrzymuje stały kontakt, a 39-latek już 12 osób – i wlicza się w to też partnerka, dzieci i rodzina (czy tylko mnie się wydaje, że to strasznie dużo? I czy telemarketerzy też się w to wliczają?).

PRZECZYTAJ: Przyjaźń - kluczowy element zdrowia psychicznego

Zresztą, badania badaniami, ale sami we własnym zakresie możemy to zaobserwować – był czas, kiedy kumple byli megaważni, życia sobie bez nich nie wyobrażaliśmy, ale kiedy przychodzi dorosłe życie, to nieuchronnie odchodzą na dalszy plan. Tak się po prostu dzieje. Kiedy pada pytanie, dlaczego nie widujesz już swoich najlepszych kumpli, to odpowiedzi są podobne: „Nie mam czasu”, „No powiedz, kiedy mam to robić?”, „Wiesz, jestem tak zmęczony po robocie, że po prostu nie mam siły już się do nikogo odzywać”.

Życie zawodowe i rodzinne pochłania mnóstwo czasu. A im więcej czasu upływa od ostatniego spotkania, tym trudniej się do kogoś odezwać ot tak, po prostu. Brakuje wspólnych spraw czy rytuałów, które są łącznikiem znajomości i które mogą być pretekstem do spotkań. Ale w grę wchodzą też nowe czynniki. Jesteśmy bardziej rozproszeni niż poprzednie pokolenia, nie mieszkamy już, jak oni, całe życie w jednej dzielni.

Nawet gdy mieszkamy w jednym mieście, to się kilkukrotnie przeprowadzamy. Bywa, że budujemy dom pod miastem, a mieszkając pod miastem, równie dobrze można mieszkać w innym mieście. Kiedy już tam dotrzemy w korkach po pracy, to sama myśl o tym, żeby gdzieś się znowu ruszyć, wydaje się zbyt męcząca. Współczesny facet wydaje się być bardzo osamotniony.

Nowe kontakty nawiązane w pracy zazwyczaj nie są tak silne; biorąc pod uwagę częste zmiany pracy, nie opłaca nam się inwestować w relacje w firmie. Obecna pandemia spowodowała kolejną falę alienacyjnych tendencji – z pracą zdalną i ograniczeniem dużych imprez na czele. Dodatkowo, niepokój o swoje stanowisko powoduje, że praca pochłania nam jeszcze więcej czasu niż, powiedzmy, przed rokiem. I jeszcze bardziej nie chce nam się wychodzić. Błędne koło. 

Braterstwo broni

Męska przyjaźń przez lata była kluczowym mitem dla literatury i filmu. Nawet jeśli nie czytaliście „Trzech muszkieterów” Dumasa, Trylogii Sienkiewicza czy „Władcy pierścieni” Tolkiena, to z pewnością oglądaliście filmy poruszające te wątki. Faceci połączeni wspólną ideą, jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, stający ramię w ramię do walki ze wspólnym przeciwnikiem, razem pokonujący przeszkody, wyciągający się nawzajem z tarapatów i wreszcie ryzykujący życiem, aby ratować przyjaciela – czy tylko mnie ogarnia wzruszenie, kiedy o tym myślę?  

Temat przerabiany na milion sposobów w filmach historycznych,  w westernach, w filmach gangsterskich i wojennych. Wydaje się, że gdzieś tam w środku nawet najbardziej cyniczny facet za tym tęskni, w przeciwnym wypadku filmy nie byłyby tak kasowe. Co zwraca uwagę w tych historiach, to to, że wszystkie toczą się w trudnych czasach: w okresie wojen religijnych, podbijania Dzikiego Zachodu, wojen międzynarodowych, powstań, walk gangów, walki z terroryzmem czy fikcyjnych walk z siłami Mordoru.

Jest też mocny nurt opowieści o trudnych sytuacjach, jak wyprawy w niezdobyte krainy czy zdobywanie szczytów górskich. Nic w tym dziwnego – męskie więzi tworzyły się ewolucyjnie  w czasach, gdy naprawdę przetrwanie wymagało wielkiego wysiłku i człowiek w pojedynkę nie dałby sobie rady. Nie upolowałby mamuta, nie obroniłby się przed napaścią wrogiego plemienia czy dzikich zwierząt, nie zgromadziłby zapasów na zimę.

Wszystko wymagało współdziałania i zaufania do drugiego człowieka, że w krytycznej sytuacji przyjdzie Ci z pomocą, tak jak i Ty pospieszysz z odsieczą jemu. Inaczej nie dałoby się przeżyć w nieprzyjaznym świecie. Ten, kto nie umiał tworzyć  relacji przyjacielskich, był złośliwym  egoistą, nie znał zasad wzajemności, miał nikłe szanse na przetrwanie.  To nie jest przypadek, że w czasach dobrobytu zapominamy o tym, jak ważne są przyjaźnie.

Bo, wbrew temu co niektórzy sądzą, właśnie żyjemy w czasach dobrobytu (przynajmniej w większości miejsc na świecie). Mimo pandemii i generalnie atmosfery pewnego niepokoju na świecie, to takiego dobrobytu i spokoju nie zaznały przed nami wcześniejsze pokolenia. Nie potrzebujemy paczki kumpli, aby postawić stodołę na farmie albo upolować coś do jedzenia. Większość niezbędnych nam rzeczy możemy kupić albo zamówić ekipę, która za nas wykona zadanie. 

Family guy

Nie chcielibyśmy, aby to źle zabrzmiało, ale wszystko wskazuje na to, że rodzina to kolejny czynnik niekorzystnie wpływający na męskie przyjaźnie, zwłaszcza we współczesnych związkach. Jeśli chcemy być takimi partnerami, jakimi chce nas widzieć partnerka, to raczej trudno nam tak po prostu sobie wyjść beztrosko  z kumplami i zostawić ją z tym całym domowym kramem.

Mężczyźni są dzisiaj bardziej zaangażowani w opiekę nad dziećmi niż ich ojcowie czy dziadkowie. Z jednej strony chcą tego, ale też i okoliczności do tego zmuszają. Kobiety pracują tak samo ciężko i długo, i nie ma żadnego powodu, żeby były bardziej obciążone sprawami domowymi. Spotkania alkoholowe z kumplami to nie brzmi dla naszych partnerek jak dobry powód do wyjścia z domu wieczorem. Nie wspominając już o tym drobnym szczególe, że coraz więcej naszych znajomych decyduje się na ograniczenie alkoholu.

No, ale coś przecież trzeba razem robić. Gromadzić się przy herbacie? Jakoś chyba jeszcze nie jesteśmy na to gotowi. Do tego dochodzi dynamika związku, jaką obserwują socjologowie. Pary zwykle się specjalizują: jedno z was jest lepsze w gotowaniu, drugie w ogarnianiu finansów. Zanim się poznaliście, dobrze radziliście sobie z wieloma umiejętnościami, ale z czasem osoba wyspecjalizowana w finansach przestaje działać w kuchni, a osoba wyspecjalizowana w gotowaniu przestaje zarządzać rachunkami i kontami bankowymi.

Z jakiegoś powodu wielu mężczyzn, z którymi rozmawiam, przyznaje, że scedowali „życie towarzyskie” na swoje partnerki. „U nas to żona zdominowała relacje z innymi ludźmi  – mówi mój kolega Piotr.  – Spotykamy się właściwie wyłącznie ze znajomymi, którzy mają dzieci w wieku naszych dzieci. Jeździmy z nimi na wakacje albo na wypady za miasto. Za jednym zamachem załatwiamy rozrywkę dla nas i dla dzieciaków”.

To przeważnie partnerki są odpowiedzialne za kontakty, telefony  do innych z pytaniem: „Co słychać?”, za podejmowanie decyzji, kiedy się spotkamy, i za organizacje imprez. Generalnie większość mężczyzn łatwo się z tym godzi, bo jest to po prostu wygodne. Dopiero po pewnym czasie orientują się, że praktycznie już nie widują się w czysto męskim gronie starych przyjaciół. „Mam dwóch tzw. najlepszych kumpli, jeszcze z czasów szkolnych, ale i tak zwykle to żona mi przypomina, żebym się do nich odezwał” – mówi Piotr.

Spotyka się z innymi ojcami, kiedy trzeba dzieciaki odwieźć na zajęcia sportowe i poczekać, aż się skończą, ale nie są to znajomości, które mają szansę na kontynuację, kiedy dzieci wyrosną. No, właśnie, istnieje niebezpieczeństwo, że kiedy dzieci wyrosną, kilka razy zmienimy pracę, przeprowadzimy się w nowe miejsce, to nie zostanie nam nikt, kogo moglibyśmy zaprosić na sylwestra.

Coś robić razem

Samotność to podobno epidemia naszych czasów i wpływa na nas bardziej niszcząco niż używki. Podczas gdy relacje rodzinne mają niewielki wpływ na długość życia, to ludzie, którzy mają najwięcej przyjaciół, przeżywają tych, którzy mają ich najmniej, o 22%. W dodatku z wiekiem coraz trudniej nam nawiązywać jakieś istotne relacje. Przyjaźnie z młodości to kapitał, który beztrosko roztrwaniamy w tym okresie życia, kiedy to pochłaniają nas inne sprawy życiowe.

Ale z drugiej strony tęsknota za dawnym rodzajem kumplowania się też jest trochę niedojrzała. Na dawne męskie rytuały, czyli gadanie  o pierdołach, podrywanie kobiet i upijanie się, nie ma już raczej miejsca w dorosłym życiu. Problem polega na tym, że we współczesnych społeczeństwach nie mamy rytuałów, które połączyłyby dojrzałych facetów. Wiecie, co mam na myśli – coś takiego, co miało miejsce w tradycyjnych społecznościach: jakiś krąg starszyzny, który służy innym  radą, pomocą i daje poczucie sensu.

Wydaje się, że więź przez wspólny cel jest tym, czego większość mężczyzn naprawdę pragnie od przyjaźni. Chcemy wspólnej pracy nad czymś, wspólnego działania. Miałem okazję poczuć coś takiego, gdy stary kumpel budował dom. Wymyślił sobie wybudowanie chaty w górach, samodzielnie, za pomocą jakiejś archaicznej techniki. Skrzyknął kilku przyjaciół i przyjechaliśmy mu pomóc. Spędziliśmy tydzień, kopiąc rowy w ziemi (no, dobra, przyjechał facet z koparką), nosząc worki z piaskiem, ciosając bale drewna. Wieczorami paliliśmy ognisko, piekliśmy kiełbasę, piliśmy piwo i gadaliśmy. Było świetnie.

Wszyscy chyba czuli, że dokładnie czegoś takiego nam brakowało. Niestety, od tamtego czasu jakoś nikt inny nie zdecydował się na budowę podobnego domu, a do nowego mieszkania w apartamentowcu raczej zaprasza się ekipę fachowców. Ale jakiś pomysł się narodził. Potrzebujemy więcej takich akcji, wysiłku, który jest czymś jakościowo innym od bezproduktywnego wyciskania potów na siłowni. Kolejną rzeczą będzie zbudowanie domku na drzewie dla dzieci  kolegi, a potem się zobaczy. Ważne,  żebyśmy umieli utrzymywać kontakt.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA