REKLAMA

Marlon Brando: charyzmatyczny prekursor

Stworzył wzorzec z Sevres męskości, w którym silne ciało idzie w parze z silnym duchem. 

Marlon Brando fot. Getty Images
fot. Getty Images
Dla wielu zmarły 12 lat temu Marlon Brando pozostaje najwybitniejszym aktorem świata. Dla mnie także.

Rozgłos przyniosła mu rola Stanleya Kowalskiego w filmie z 1951 roku "Tramwaj zwany pożądaniem" wg sztuki Tennessee Williamsa. Jego gra była prawdziwym objawieniem, zresztą do dziś robi kolosalne wrażenie. Brando powalał swoją osobowością i fizycznością wszystkich – tak mężczyzn, jak i kobiety. Zwłaszcza te ostatnie oszalały, widząc go z posępnym spojrzeniem, w podkoszulku, z butelką piwa w ręku, ale faceci też doceniali. Na długo wcześniej, zanim stało się to normą w branży, Brando przygotowywał się fizycznie do roli.

Bez osobistego trenera, bez dietetyka i specjalnej kuchni zbijał wagę i pracował nad rzeźbą. Chodził do salki pięściarskiej, gdzie podpatrywał, jak ćwiczy słynny bokser Rocky (brzmi znajomo, prawda?) Graziano. Zaproszony na kinową premierę Graziano tak skomentował pokaz: "Ten sukinsyn z siłowni gra mnie".

Jako pierwszy Brando traktował swoje ciało jak narzędzie pracy, część zawodu aktorskiego, o którym zresztą nie wypowiadał się pochlebnie. Zagrał Vita Corleone w "Ojcu chrzestnym", pułkownika Kurtza w "Czasie Apokalipsy" i dziesiątki innych niezapomnianych ról. W 1973 roku odmówił przyjęcia Oscara za "Ojca chrzestnego" w proteście przeciwko dyskryminacji Indian i ich przekłamanemu obrazowi w westernach - tutaj też był prekursorem takich gestów, które teraz celebrycki Hollywood uwielbia. 

MH 01/2016

REKLAMA

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA