Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Marcin Dorociński: pokora, praca, sukces

Marcin Dorociński potrafi zachować umiar. Pracuje przez długie miesiące, żeby potem odciąć się od świata i wyjechać z przyjaciółmi za miasto. Jeśli weźmiesz z niego przykład, z pewnością osiągniesz wszystkie swoje cele. I nie zwariujesz. 

Marcin Dorociński Dorociński wychodzi z założenia, że jego sukces nie daje mu prawa pouczania innych. Jest skromny, pracowity i zaangażowany. 
Zobaczymy, czy będę miał coś do powiedzenia.   Tak zaczął Marcin Dorociński, gdy usłyszał, że ma podzielić się swoim doświadczeniem z czytelnikami Men’s Health. Facet od ponad dekady gra w najważniejszych polskich filmach. Dwa razy wystartował w triathlonie na dystansie półironmana oraz dwa razy pokonał maraton. I ciągle nie brakuje mu pokory.

Nie ma zamiaru wypowiadać się za każdym razem, gdy zostanie o to poproszony. A miałby do tego większe prawo od tych, którzy regularnie starają się nam mówić, jak powinniśmy żyć. „Rodzice wychowali mnie w przeświadczeniu, że trzeba ciężko pracować i nie oglądać się na efekty” – zdradza. I chyba właśnie te dwie rzeczy – ciężka praca oraz pokora – sprawiają, że ciągle mocno stąpa po ziemi. Choć w tym czasie wielu zdążyło już odlecieć.

Strzał życia

„Gdy trafiłem do szkoły teatralnej, byłem, jak to mówi mój brat, zielony jak oliwka. Nie wiedziałem o tym zawodzie dosłownie nic” – wspomina. Przed komisją rekrutacyjną przyznał, że wcześniej do teatru poszedł tylko raz, ale nie pamięta na co. Podziałało. Ojciec, który sądził, że jego syn zostanie strażakiem, również był zaskoczony.

„Nie rozumiał, o co chodzi w tym całym aktorstwie, jak można z tego utrzymać rodzinę. Ale ja również wtedy nie miałem o tym pojęcia” – tłumaczy Dorociński. Potem jakoś poszło. Nie, że łatwo i bez problemów. Marcin nawet by tak nie chciał. Jednak ścieżka została wytyczona. A mało kto wie, że życie Dorocińskiego mogło się potoczyć inaczej.

„Zawsze śniło mi się, że strzelam najważniejszą bramkę w meczu” – mówi. Pewnie dlatego przez wiele lat grał w piłkę nożną. „Ale z perspektywy czasu widzę, że nie spotkałem odpowiedniego trenera – dodaje. – W dodatku, gdy miałem 18 lat, zerwałem więzadła krzyżowe. Wtedy było już pozamiatane, musiałem szukać innego pomysłu na siebie”.

Na szczęście marzenie o golu życia się spełniło. Niedługo po ukończeniu studiów Dorociński wystąpił w meczu przeciw włoskim artystom na stadionie Legii. „W 74. minucie zdobyłem jedyną, zwycięską bramkę po podaniu Dariusza Dziekanowskiego – mówi. – Kilkanaście tysięcy ludzi skandowało moje nazwisko, trochę je przekręcając, bo wtedy nie byłem jeszcze tak rozpoznawalny. Piękne wspomnienie”. 

Marcin Dorociński

Czas wyzwań

Marcin kilka lat temu zawiesił buty piłkarskie na kołku. Wszystko przez kolana, które zaczęły dawać o sobie znać. Ale ciągle jest aktywy. „Pod koniec prac nad pierwszym sezonem "Paktu" nagle zrobiło mi się słabo. Ciało odmówiło posłuszeństwa, byłem przemęczony – mówi.

– Zawsze ćwiczyłem, lecz wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że im jestem starszy, tym trening ma większe znaczenie. Utrzymuje mnie w formie”. Intensywny wysiłek sprawia mu radość, pozwala oczyścić głowę z niepotrzebnych myśli. Ale jest coś jeszcze. Chęć sprawdzenia, na co cię stać. „Byłem pod wrażeniem, że Tomkowi Karolakowi i Piotrkowi Adamczykowi udało się ukończyć triathlon – zdradza.

– Sam chciałem spróbować”. Szybko okazało się, że trening to prawdziwa męka. Szczególnie gdy wcześniej trzeba spędzić 12 godzin na planie zdjęciowym. „Wracałem do hotelu, przebierałem się w dres i biegłem do lasu – opowiada aktor. – Na dłuższą metę, gdy ma się życie zawodowe, rodzinę oraz dzieci, stajesz przed prostym wyborem: albo bawisz się w triathlon, albo bawisz się w życie. Ja wolę to drugie”.

Chociaż, jak sam przyznaje, starty wiele go nauczyły. Szczególnie ten w Gdyni. Gdy zsiadł z roweru i złapały go skurcze. „Z oczu poleciały mi łzy, naciągnąłem czapkę na oczy, chciałem iść do hotelu – mówi. – Na szczęście tłum dopingował. Została resztka ambicji. Po dwóch kilometrach truchtania zacząłem biec. Gdy okazało się, że uda mi się ukończyć zawody poniżej 6 godzin, jeszcze przyspieszyłem”. Na mecie Marcin padł ze skrajnego wyczerpania. Ale później przyszła radość.

Na luzie

„Ciężka praca ma to do siebie, że na początku nie widać efektów – zauważa Dorociński. – Podobnie jest, gdy chcesz zmienić swoją sylwetkę. Po miesiącu masz ochotę się załamać, ale potem pojawia się światełko w tunelu”. Dorociński wie, o czym mówi.

Do filmu „Na granicy” pozbył się 14 kilogramów. „Mieliśmy na to 9 tygodni – wspomina jego trener Marek Ciborowski. – Bardzo mi wówczas zaimponował. Ani razu nie poprosił o odpuszczenie treningu albo zmiany w diecie”. To wynika z jego charakteru.

I łączy się z podejściem do życia. Gdy trzeba walczyć, pojawia się na siłowni po całym dniu na planie, uśmiechnięty, gotowy do działania. Ale potem robi sobie wolne. „Lubię dobrze zjeść, odpocząć, poleniuchować” – mówi aktor. Wówczas wyjeżdża na wieś, spędza czas ze swoją rodziną, przyjaciółmi i psami. „Na planie biegam czasami z siekierą, karabinem, jestem szalony – przyznaje ze śmiechem. – Dlatego w życiu prywatnym lubię być bardzo normalny”.

Chłopak z Kłudzienka

 W trakcie rozmowy Marcin milknie tylko raz. Gdy chcemy usłyszeć, jak należy się zachować, jeśli Twoi współpracownicy sobie odpuszczają. „Nie ma sensu o tym mówić” – ucina krótko. I to chyba jedyne rozwiązanie. Jeśli będziesz dawał z siebie wszystko, szybko znajdziesz się w otoczeniu podobnych sobie profesjonalistów.

To dlatego „Pakt” tak dobrze się ogląda, a Dorociński coraz częściej pojawia się w zagranicznych produkcjach. Na początku kwietnia premierę ma jego nowy film, „Małżeńskie porachunki”, w którym gra płatnego zabójcę. Co dalej? „Chciałbym pozostać tym samym chłopakiem z Kłudzienka, który ma swoje marzenia – zdradza.

Lubię, gdy do roboty zaprasza mnie ktoś z pomysłem. Wtedy staję się elementem większej całości i pracuję”. Można się zastanawiać, czy to nie za mało. Ale doskonale pokazuje, jak jeden z największych polskich aktorów mocno stąpa na ziemi. Warto wziąć z niego przykład. 

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij