Łukasz Kadziewicz – zawsze jest kolejny mecz

Łukasz Kadziewicz, 178-krotny reprezentant Polski w piłce siatkowej, a obecnie komentator sportowy Polsatu Sport i założyciel fundacji Druga Szansa, przekonuje, że zawsze jest drugi mecz i nawet jeśli jednego dnia dostajemy od przeciwnika lub życia w ryj, kolejnego możemy znowu stanąć do starcia. Wie, co mówi, bo robi to z perspektywy czterdziestolatka, który ma na koncie niezliczoną ilość zarówno zwycięstw, jak i porażek.

Łukasz Kadziewicz Motor Presse Polska/Kamil Majdański
Sala w zakładzie poprawczym na Dolnym Śląsku pęka w szwach. Tłum młodych ludzi wpatruje się w wytatuowanego dryblasa. „Stoję tu przed wami nie jako celebryta, ale jako sportowiec i facet, który wiele razy w życiu przegrywał, ale za każdym razem się podnosił” – zaczyna Kadziewicz, który w ramach działalności swojej fundacji spotyka się z „trudną” młodzieżą z domów dziecka, ośrodków wychowawczych i zakładów poprawczych.„ Chcę pokazać wam, jak sport pomaga odkryć potencjał, i pokonać życiowe zawirowania. Ja wiele najważniejszych lekcji dostałem na boisku i w szatni”.

REKLAMA

Zawsze jest kolejny mecz

Był wiecznie drugi. Mówi, że przerżnął w życiu sześć finałów sportowych: w mistrzostwach świata, Rosji, Białorusi i trzy razy Polski, oraz jeden telewizyjny, w „Tańcu z gwiazdami”. „Widocznie jestem skazany na drugie miejsce. Ale może to i lepiej, z jedynki bliżej do zera” – komentuje z dystansem swoje osiągnięcia. Sport nauczył go, że walka jest tu i teraz, że nie ma co żyć wspomnieniami. Bo zawsze jest kolejny mecz i kolejna szansa.

„Jednego dnia dostajesz w ryj, ale następnego, dzięki intensywnej pracy, jesteś gotowy na kolejne starcie” – oznajmia. A starć Kadziewicz przeżył wiele. Długo jego życie wyglądało jak jazda rollercoasterem. Będąc na górze, machał do tysięcy kibiców witających go na Okęciu po igrzyskach olimpijskich, ściskał dłoń prezydenta, gdy po srebrnym medalu na mistrzostwach świata odbierał Złoty Krzyż Zasługi.

Przebierał w ofertach topowych europejskich klubów i walczył o medale w najsilniejszych ligach świata. Góra nieustannie przeplatała się z dołem, na którym cierpiał przez kontuzje, zmagał się z nałogami, hulał na imprezach, trwonił wielkie pieniądze, wyrzucano go z kadry, włoski klub, w którym grał, bankrutował, a on sam lądował na parkiecie polskiej prowincji. „Większość uchodziła mi płazem. Zmalowałem coś – dobra, on gra w siatkówkę; wyrzuciłem telewizor z balkonu na imprezie – jakoś się załatwi; przyszedłem śmierdzący wódką na trening – przymknijmy oko, bo na meczu umie się spiąć i dać radę” – wspomina Kadziewicz.

Łukasz KadziewiczMotor Presse Polska/Kamil Majdański

Nie ma dróg na skróty

„Może to banalne, ale podstawą sukcesu naprawdę jest ciężka praca” – tłumaczy młodzieży z ośrodków wychowawczych albo tej z mniejszych miejscowości, którą trenuje w ramach Akademii Siatkówki założonej z kolegami z drużyny po zakończeniu kariery. „Sport to proces. Jeśli nie przygotujesz bazy, nie wybiegasz kilometrów, nie wyciśniesz w siłowni ton, nie myśl o zwycięstwie. Nie ma dróg na skróty” – podkreśla.

Ale zaraz dodaje, że budowanie lepszego siebie można zacząć od drobnych rzeczy, nawet od 5 pompek dziennie. „W kolejnym tygodniu zrobisz 6, potem 7, a za jakiś czas, przy regularnej pracy, dojdziesz do 200. Chodzi o nawyk i poczucie sprawczości. Niech ten trening będzie choćby jedną rzeczą, którą jesteś w stanie zrealizować, nad którą masz kontrolę. Ale wymagaj od siebie!” – tłumaczy młodym ludziom. Świetnie wie, o czym mówi, bo sam musiał zbudować siebie na nowo.

Nie tylko jako sportowiec, ale i człowiek. Do 35. urodzin lewitował – opowiada. Żył jak w bajce. „Przez 20 lat jesteś w dresie, niby nic nie robisz, tylko chodzisz z meczu na mecz i dostajesz kasę. Mejlem wysyłano mi, w co mam się ubrać, jaki kolor założyć, jaki trening wykonać. Ale potem grasz ostatni mecz, gasną światła i bajka się kończy, a ty musisz odnaleźć się na nowo. To trudny moment dla każdego sportowca” – mówi szczerze Kadziewicz.

Start w nowe życie ułatwił mu Polsat Sport, w którym został komentatorem, a z kolein nałogów na prostą pomogli wyjść specjaliści. „Decyzję, żeby zacząć odwyk, podjąłem sam. Nie było żadnego magicznego momentu, który mnie do tego skłonił, tylko proces. Zawsze w życiu spadałem na cztery łapy. W końcu zdałem sobie jednak sprawę, że mam rodzinę i fajną pracę, ale żeby to utrzymać, muszę się zmienić. Nie chciałem być zapitym i rozwiedzionym 40-latkiem, tylko facetem, który coś sobą reprezentuje. Nie nadrobię braków wykształcenia, nie naprawię starych błędów, ale wciąż mam szansę być ciekawą osobą” – szczerze deklaruje Kadziewcz.

Łukasz KadziewiczMotor Presse Polska/Kamil Majdański

Dać sobie kopa

Nie chciał iść drogą, którą podąża wielu zawodowych sportowców: kiedyś superforma, a dziś wystający brzuch i 25 kg do przodu. Punkt wyjścia był jednak położony na absolutnym dole podróży rollercoasterem. „Po trybie życia, jaki prowadziłem, nałogach i graniu mimo kontuzji, ciało odmówiło mi posłuszeństwa. W pewnym momencie nie mogłem się nawet podciągnąć” – mówi późniejszy uczestnik programu „Ninja Warrior Polska”.

Obecnie, mimo wielu aktywności zawodowych i podróży, sport jest stałym elementem każdego dnia Łukasza Kadziewicza. Jak kotwica w morzu codziennych spraw. „Ćwiczenia siłowe dają mi kopa – mówi. – Po treningu mogę się czuć fair wobec siebie, bo zrobiłem rzecz, którą zaplanowałem, nie odłożyłem jej na później. Jest 9.30, a mnie napędza myśl, że mimo wczesnej pory już coś udało mi się zrobić” – wyjaśnia.

ZOBACZ: Trening Łukasza Kadziewicza

Dlatego stara się ćwiczyć codziennie. Plany treningowe układa sam. Są dni, kiedy rano może sobie pozwolić na solidny trening w siłowni, ale zdarzają się też takie, gdy po 8 h lotu za granicę zakłada dres i idzie na spacer do parku, gdzie podciąga się 100 razy albo robi przebieżki.

Przy tak wielu obowiązkach musiał nauczyć się, jak znaleźć czas na trening, jak odbudować formę i zdrowie. Pomogła zadziorna natura i ambicja: „Chciałem znaleźć taką wersję gościa, który może przy goleniu spokojnie spojrzeć sobie w oczy”. Kiedyś imprezował po świt, dziś o 23 zasypia i o 7.30 zaczyna trening. Krok po kroku pracował nad formą, uczył się siebie i codziennego życia w pozasportowej rzeczywistości. „Wcześniej nie prowadziłem działalności gospodarczej, nie miałem pojęcia, co to CIT czy PIT-7. Nic nie wiedziałem o biznesie, a dziś to mój świat. Powołuję spółki, rozumiem księgową, rozmawiam z mecenasem, który jest moim partnerem w interesach. I dociera do mnie, że świat po sporcie też może być fajny” – mówi.

Łukasz KadziewiczMotor Presse Polska/Kamil Majdański

Szukając granic

Obecnie w siłowni może sobie pozwolić na zabawę ze swoim organizmem. Próbuje różnych ćwiczeń i patrzy, jak zareaguje ciało. Wcześniej bał się w trakcie treningu dołożyć 10 czy 15 kg, bo miał świadomość, że mięśnie poczują obciążenie i podczas meczu będzie wolniejszy. „Wiele razy sprawdzałem, jak daleko można sięgnąć: nieważne, czy chodziło o zabawę czy trenowanie. Obecnie w trakcie treningu przerzucam 10-12 ton i też sprawdzam, gdzie jest granica” – mówi.

Gdy zamknięto parki oraz siłownie, wstawał i testował, ile może zrobić pompek w ciągu godziny. 100, 200, 300? Wyszło 327. Kolejnego dnia badał, ile brzuszków zrobi, ile razy się podciągnie. Gdy grał zawodowo, nie przejmował się dietą, bo spalał nawet 6000 kcal dziennie. Dziś wie, że jego 206-cm ciało potrzebuje 3600 kcal, by utrzymać masę mięśniową. Na tym polu również lubi poeksperymentować, np. odcina na kilka dni węgle i patrzy, jak zareaguje organizm. Ale od ścisłej diety woli zdrowy rozsądek. „Każdy wie, co jest złe. Unikaj cukru, śmieciowego jedzenia, nie pij coli, piwa i nie idź po nim na kebab” – wylicza ze śmiechem.

Tu i teraz

W czasie 20-letniej kariery sportowej nieraz kolana bolały go tak, że po schodach schodził tyłem. „Ale schodziłem, bo kto ma dać radę, jak nie ja?” – retorycznie pyta Kadziewicz. A jeśli coś go dręczyło, nokautował się do nieprzytomności treningiem albo szedł na mecz i krzyczał. Teraz stara się być bardziej świadomy emocji. Słucha ciała i dba o regenerację. Z czasów zawodowego sportu został mu nawyk popołudniowej drzemki.

Znajomi wiedzą, że między 13 a 14.30 jest odcięty od świata. Wcześniej bezpieczeństwa szukał w zewnętrznym świecie, przez co nieustannie wpadał w kłopoty, a dziś spokój i bezpieczeństwo odkrywa w sobie. Koncentruje się na tym, co tu i teraz. Zdecydował, że na dobre wysiada z rollercoastera, idzie inną, spokojniejszą drogą i nie zamierza z niej zbaczać.

Zobacz również:
Wątpliwości pojawiły się szybko, niemal natychmiast po wypełnieniu formularza, więc pytanie, po co mi to w ogóle było, wisieć będzie nade mną pewnie aż do ostatniego starcia. Mimo to cieszę się jak cholera na myśl, że każdego kolejnego dnia po pracy zrzucać będę koszulę, a na ręce wsuwać będę rękawice. Zapisałem się do Maxligi i jest to moja najlepsza sportowa decyzja w tym roku. Teraz Twoja kolej.
ZOBACZ WIĘCEJ
REKLAMA