Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
3.4

Kilian Jornet - człowiek kontra góry

Kilian Jornet kolejny raz zadziwił świat. W maju 2017 roku zdobył Mount Everest dwa razy w ciągu tygodnia, pokonując trasę w rekordowym czasie. Sukces, który dla każdego innego zakończyłby się prawdopodobnie najwyższym wymiarem kary, dla katalońskiego biegacza był zaledwie kolejnym z całego ciągu spektakularnych wyczynów. Men’s Health spróbował dopaść niedoścignionego, aby zdefiniować granice ekstremalnej wydolności fizycznej.

Kylian Jornet, wspinaczka Jornet wspina się minimalnie obciążony, żeby jak najszybciej pokonać trasę.  
Kilian Jornet nie jest zwyczajnym człowiekiem. 22 maja 2017 roku kataloński górski ultramaratończyk (chociaż równie dobrze można określić go jako skyrunnera czy skialpinistę) przesunął granice niemożliwego, zdobywając najwyższy szczyt na Ziemi w 26 godzin, i na dodatek bez maski tlenowej. Niezadowolony z wyniku, ponieważ spowolniły go kłopoty żołądkowe, pięć dni później wszedł na Mount Everest jeszcze raz.

Tym razem osiągnął wierzchołek zaledwie po 17 godzinach. Ustanawiając ten nieprawdopodobny rekord prędkości, był wyposażony tylko w dwa litry wody i 10 energetycznych żeli. Osiem tygodni później Jornet ponownie podjął nadludzkie wyzwanie: wystartował w owianym złą sławą niezwykle trudnym ultramaratonie Hardrock 100. Ten bieg jest rozgrywany corocznie na stokach łańcucha górskiego San Juan, położonego w południowej części stanu Kolorado w USA. Na trasie liczącej 161 km na biegaczy czekało 10 000 m przewyższeń.

Początek nie był dla Jorneta udany, delikatnie mówiąc, bowiem po 21 km upadł i wybił sobie bark. Nie zrobiło to na nim jednak wielkiego wrażenia. Katalończyk sam go sobie nastawił i ruszył w dalszą część trasy. W końcu nogom nic nie było, prawda? Bieg udało mu się wygrać – po raz trzeci w ciągu ostatnich czterech lat (w 2016 roku zajął rozczarowujące drugie miejsce).

Przeczytaj też: Jak przeżyć lawinę?

Kiedy Jornet nie zdobywa szczytów i nie wygrywa ultramaratonów, uprawia wspinaczkę na czas, bierze udział w duathlonach, a także zawodach skialpinistycznych i biegach wysokogórskich. I we wszystkich tych ekstremalnych aktywnościach, jeśli już się na nie decyduje, jest wyróżniającą się postacią. Jaki jest sekret jego sukcesów? Genetyka? Trening? Coś bardziej nieuchwytnego? A może wszystkiego po trochu? Men’s Health postanowił to sprawdzić i wybrał się do Norwegii, w której mieszka Jornet, by zapytać go o to osobiście.

Kylian Jornet, wspinaczka Balansowanie na krawędzi ryzyka pomaga przesunąć granice możliwości. 

Praca na wysokości

Mierzący 8848 m n.p.m. Mount Everest jest najwyższym szczytem na Ziemi. Na takiej wysokości tlenu w powietrzu jest aż trzy razy mniej niż na poziomie morza. Przeciętny alpinista zacznie odczuwać skutki spadku ilości tlenu już na wysokości mniej więcej 3500 m n.p.m. Przyspieszy mu tętno, ponieważ organizm będzie chciał skompensować zmniejszające się natlenienie krwi.

Często zdarzają się bóle głowy i senność, mniej sprawnie działa zmysł równowagi, pogarsza się wzrok. Wraz z coraz mocniejszym przekroczeniem tej wysokości będzie coraz mocniej rosło ryzyko rozwinięcia się wysokościowego obrzęku płuc. Polega on na tym, że w pęcherzykach płucnych zaczynają się gromadzić płyny ustrojowe, coraz bardziej utrudniając oddychanie.

Może też dojść do wysokościowego obrzęku mózgu. Oba stany mogą być śmiertelne. Najprostszym sposobem na to, by im zapobiec ze stuprocentową pewnością, jest niesienie ważącej 2,7 kg butli z tlenem. Podczas ataków na najwyższe szczyty większość się na to decyduje. Nic dziwnego, skoro 22% wypadków śmiertelnych powyżej 7900 m n.p.m. są wśród osób, które butli ze sobą nie zabrały.

Jak wyglądają statystyki w przypadku osób, które atak na takiej wysokości przypuszają dwukrotnie w ciągu tygodnia, nie wiadomo. Danych brak. „W sumie nie planowałem wchodzić na Mount Everest dwukrotnie. Chciałem przede wszystkim zrobić to szybko, idąc sam, na lekko, bez tlenu” – Jornet opowiada o ekstremalnej wyprawie, jakby to była przebieżka po pobliskim parku.

„Pod czas pierwszego ataku miałem jednak problemy żołądkowe i wymiotowałem. Przez kolejny tydzień pozostawałem jeszcze w Himalajach i w sumie nie miałem nic do roboty. Pomyślałem więc, że jeśli uda mi się zregenerować, mogę ponowić wejście na szczyt”.

Pociąg do dużych wysokości Jornet ma we krwi. Urodził się w 1987 roku i dorastał w Refugi de Cap de Rec, górskim kurorcie w Pirenejach, gdzie jego ojciec pracował jako przewodnik górski. Chłopak spędził tam pierwsze 13 lat swojego życia na wysokości ponad 2000 m n.p.m. To było bardzo aktywne dzieciństwo. Kiedy miał 18 miesięcy, został zabrany na 7-godzinną wyprawę w góry, a w wieku 10 lat przeszedł całe Pireneje.

Jako nastolatek uprawiał skialpinizm, który stał się jego pasją. Nic dziwnego, że wkrótce dołączył do hiszpańskiej drużyny narodowej w tej dyscyplinie. Kiedy skończył dwadzieścia lat, zaczął zdobywać rozgłos jako biegacz długodystansowy, wygrywając zawody w Europie, Ameryce i Australii. Umożliwiająca mu to wyjątkowa sprawność fizyczna była niewątpliwie związana z jego dzieciństwem. Szybko zdobyta sława sprawiła, że Jornet potrzebował coraz to nowych wyzwań, by podtrzymać zainteresowanie aktywnością i sportem.

„Próbowałem budować motywację, próbując sił na nowych polach. Nie lubię robić cały czas tego samego, napędza mnie zmiana” – opowiada. Po pewnym okresie stagnacji zaczęła się u niego rozwijać nowa obsesja. „Dorastałem w górach, a w pokoju miałem plakat z Matterhornem. W końcu pomyślałem więc, że fajnie byłoby zacząć zdobywać te szczyty, tylko w lżejszy, bardziej minimalistyczny sposób” – dodaje Jornet.

Kylian Jornet, wspinaczka W podobnym stylu co widoczny na zdjęciu Jornet, zdobywa szczyty polak – Andrzej Bargiel. 

Wycieczka na lekko

Ten pomysł zmaterializował się w postaci projektu „Summits of My Life”, w ramach którego Jornet dokonał najszybszych wejść na sześć słynnych gór na świecie – od Matterhornu po Denali. Zaczął w 2012 roku, a zdobycie Mount Everestu było punktem kulminacycjnym programu. Głównym celem projektu było zdefiniowanie alpinizmu na nowo, z naciskiem na minimalną ilość sprzętu i szybkie przemieszczanie się – jako przeciwieństwo tradycyjnych metod oblężniczych, stosowanych zwykle podczas zdobywania najwyższych szczytów.

Korzyści? W rozmowie z hiszpańskim dziennikiem „El Pais”, poprzedzającej atak na Mount Everest, Jornet powiedział: „Im mniej czasu spędzam na dużej wysokości, tym mniej męczy się moje ciało”. Koncepcja Jorneta okazała się słuszna. Podczas ataku szczytowego pokonywał średnio w ciągu godziny 330 metrów w pionie. Na pewno pomogła mu w tym szczupła budowa ciała – waży zaledwie 59 kg. Nie ulega jednak wątpliwości, że istotnych czynników jest więcej.

Dla aktywnych: 50 męskich przygód, które warto przeżyć

Jornet szacuje, że w ciągu roku, w czasie wszystkich swoich aktywności, pokonuje ok. 600 tys. metrów przewyższeń. W efekcie jego pułap tlenowy, czyli maksymalny pobór tlenu w warunkach maksymalnego wysiłku, ma bardzo wysoką wartość 85-90 ml/min/kg. Z kolei płuca mają pojemność aż 5,3 litra – prawie o 1,5 litra więcej niż u przeciętnego mężczyzny porównywalnych gabarytów.

„Kilian Jornet ma niesamowitą bazę tlenową, prawdopodobnie największą wśród wszystkich sportowców na świecie. Wyrobił ją w czasie niekończących się ćwiczeń: od lat nastoletnich trenował ponad 1200 godzin rocznie” – mówi Scott Johnston, trener narciarzy biegowych i alpinistów, współzałożyciel serwisu uphillathlete.com.

„Na dodatek to nie były przypadkowe ćwiczenia. Nie dość, że sam ma odpowiednią wiedzę wyniesioną ze studiów, to jeszcze od lat pracował z najlepszymi trenerami”. To jednak nie tłumaczy wszystkiego. Ilość potu przelana przez Jorneta na treningach jest wyjątkowa (szacuje, że tygodniowo ćwiczy 20-30 godzin, stara się utrzymywać równą formę przez cały rok, a nie szykować ją na konkretne wydarzenia), ale poświęcenia nie można odmówić wielu zawodnikom.

Mogą oni również liczyć na wsparcie trenerskie najwyższej klasy. A jednak przeważająca większość z nich nie zapisze się w historii sportu. Poza genami, determinacją i dyscypliną, musi być jeszcze jakiś zupełnie inny czynnik, mogący wytłumaczyć jego niewiarygodne zdolności.

Kylian Jornet, wspinaczka Kilian Jornet całe życie spędził w wysokich górach – pierwszy raz na szlak wyszedł, gdy miał 18 miesięcy. Dzięki temu jego organizm jest naprawdę wyjątkowy.  

Eksperymenty na sobie

Jornet ma ciekawską naturę, którą nie zawsze jest w stanie okiełznać. „Kiedyś przestałem jeść, aby sprawdzić, ile czasu ciało wytrzyma bez żywności. Trenowałem najpierw 3-4 godziny rano, a po południu dokładałem jeszcze jedną sesję” – wspomina. Piątego dnia podczas biegu przewrócił się bez sił, ale i tak był zadowolony z rezultatów swojego eksperymentu. „Dzięki niemu dowiedziałem się, że przez pięć dni mogę nie jeść, a mimo to nie umrę” – mówi.

Ostatnio Jornet sprawdzał na sobie efekty 20-godzinnego biegu bez przyjmowania żadnych napojów. Teraz testuje, jak wpłynie na jego szybkość reżim treningowy polegający na 30 godzinach długich biegów interwałowych i wspinaczki w tygodniu. Wyczyn na Mount Evereście mógł być najbardziej ryzykownym ze wszystkich jego eksperymentów.

„Mój organizm nie był wychłodzony, więc chciałem drążyć i sprawdzić w praktyce, jak ciało zachowa się w różnych warunkach” – tłumaczy. Ryzykowanie własnym zdrowiem lub wręcz życiem może wydawać się bezsensowne, ale Jornet uważa, że granice wytrzymałości można przesuwać tylko wtedy, gdy się do nich rzeczywiście dochodzi. W przeciwieństwie do wielu sportowców nie uważa, by zawody były kiepskim momentem na sprawdzanie teorii w praktyce. „Jest dużo koncepcji dotyczących wydolności i ważne jest, by je testować. W najgorszym przypadku najwyżej się przegra. Warto jest jednak podjąć ryzyko, jeśli dzięki niemu można odkryć coś interesującego” – twierdzi Jornet.

Przy takim podejściu kariera Katalończyka wygląda bardziej jak poszukiwanie wiedzy niż pogoń za rekordami. Kiedy przekracza linię mety, jego pierwszą myślą jest to, jak następnym razem pobiec jeszcze szybciej – zwiększyć wydolność, zmodyfikować taktykę.

„Dążenie do poprawiania rekordów motywuje, ale ostatecznie bardziej liczy się to, ile w czasie tego procesu się nauczyłeś” – deklaruje Jornet. Przyznaje, że od zawsze dążył do rywalizacji, ale napędza go nie tylko dążenie do przetestowania, jak daleko sam może się posunąć. Istotniejsze od indywidualnych osiągnięć jest sprawdzenie, na co stać człowieka ogólnie.

Energia z tłuszczu

Jornet może skupiać na sobie uwagę mediów, ale z pewnością nie jest jedynym alpinistą próbującym zdefi niować tę dyscyplinę na nowo. Amerykanin Adrian Ballinger zdobył Mount Everest siedem razy. Pierwszy raz wszedł bez tlenu na szczyt w tym roku, po nieudanej próbie w 2016 roku. Był zdeterminowany, by odkryć, co mu wtedy przeszkodziło, i zaczął trenować ze Scottem Johnstonem.

Pierwszym krokiem były dokładne badania. „Odkryłem, że mój organizm nie funkcjonował efektywnie. W czasie wspinania już przy tętnie 115 uderzeń na minutę metabolizm przestawiał się ze spalania tłuszczu na węglowodany”. Takie zasilanie jest nieefektywne przy długotrwałym wysiłku, ponieważ zapasy zgromadzone w formie glikogenu nie wystarczają na długo. W sytuacji kiedy nie dostarcza się kalorii z zewnątrz, a wspinając się na wysokości 8 km jedzenie jest praktycznie niemożliwe, szybko opada się z sił.

I to właśnie powstrzymało Ballingera w 2016 roku. Organizm Jorneta działa inaczej i jest w stanie czerpać energię z utleniania kwasów tłuszczowych dłużej. Katalończyk osiągnął to dzięki diecie z ograniczonym udziałem węglowodanów, a także wykonując w czasie przygotowań do wejścia na Mount Everest połowę treningów na czczo.

To był długi wysiłek o niskiej intensywności, który symulował warunki, w których organizm wspinacza będzie musiał działać na ośmiotysięczniku. Ballinger poszedł w podobnym kierunku i podniósł próg, w jakim przechodzi na zasilanie węglowodanami, do 143 uderzeń na minutę. „Kiedy zaczynałem wspinaczkę wysokogórską, rządziły nią te same reguły, co w latach 50. XX wieku. Tymczasem to rozwijanie nowych technologii i metod treningowych jest fascynujące” – mówi Ballinger.

Uważa, że kluczem do sukcesów Katalończyka jest podejście do alpinizmu jak do dyscypliny wymagającej niezwykłej wszechstronności. „Bardzo cenię, podobnie jak środowisko, osiągnięcia Jorneta. Świetnie wytrenowani zawodnicy, przechodzący do wspinaczki z innych dyscyplin aerobowych, takich jak bieganie, mają szanse na duże sukcesy. Wielu alpinistów starszej daty, włączając mnie, nie ma po prostu wystarczającej wydolności. Panuje przekonanie, że ten sport to głównie cierpienie, i im więcej jesteś w stanie znieść, tym więcej osiągniesz. Jednak ostatnie lata pokazały, że dzięki innemu podejściu, które uosabia Jornet, można osiągnąć więcej. On łamie mentalną barierę, udowadniając, że można więcej” – opowiada Ballinger.

To jednak oczywiście nie wszystko. Oprócz wspomnianego podejścia, eksperymentowania na sobie i dobrych genów, które na pewno mocno przyczyniły się do sukcesów, przesądziły o nich całe lata spędzone w górach. Jornet pierwszy raz wyszedł na szlak, gdy miał 18 miesięcy, a Ballinger zdobył swój pierwszy szczyt w późnych latach nastoletnich.

„Treningowa historia sportowca w dużym stopniu determinuje jego osiągnięcia. Potrzeba lat, żeby w organizmie nastąpiły fizjologiczne zmiany pozwalające maksymalizować wydolność” – tłumaczy Johnston. „Jeśli jakiś 35-latek nagle zdecyduje, że chce pójść w ślady Jorneta, nie uda mu się wykorzystać swojego potencjału, ponieważ procesy związane ze starzeniem się będą hamować postępy treningowe. I nie ma tutaj żadnej magicznej drogi na skróty” – dodaje.

Wrzuć na luz

Być może Jornet ma jeszcze jedną, niespodziewaną broń. W przeciwieństwie do większości sportowców twierdzi, że wszystko, co robi, ostatecznie nie ma znaczenia. Ten rodzaj nihilizmu pasuje do kogoś, kto spędza życie w otoczeniu majestatycznych górskich szczytów.

„Ściganie się daje frajdę i motywację, ale nie jest niczym istotnym – mówi. – Nawet jeśli jesteś mistrzem olimpijskim, znaczy to tylko tyle, że danego dnia, w konkretnym wyścigu, byłeś lepszy od innych. Generalnie przywiązujemy zbyt wielką wagę do sportu. Nie dbamy o edukację ludzi, nie prowadzimy badań zmierzających do tego, by świat stał się lepszy dzięki nowym lekarstwom czy sposobom dostarczania energii. Sport to wyłącznie gra”.

Z takiego podejścia wynika najbardziej istotna rada Jorneta. Taka, którą można zastosować do osiągnięcia szczytów fizycznych i metafzycznych. „Jest dużo łatwiej, gdy myśli się, że to, co się robi, nie jest specjalnie istotne. Widziałem ludzi, którzy byli naprawdę świetnie przygotowani, ale potem w dniu zawodów nakładali na siebie taką presję, że w końcu wypadali dużo poniżej możliwości. Jeśli się wyluzujesz, z tyłu głowy nie będzie Ci niepotrzebnie kołatać: »OK, dzisiaj muszę być bohaterem«.

Zamiast tego możesz skupić się na sobie i pobiec tak jak chcesz”. Wszyscy mamy swoje własne cele. Nie każdy musi wchodzić na ośmiotysięcznik czy pokonać 160-kilometrową trasę ultramaratonu. Jornet pokazuje, że niezależnie od wyzwania dobre przygotowanie i otwarte podejście do wyboru metod jest skutecznym sposobem na jego pokonanie. Katalończyk ma teraz chwilę oddechu, by zdecydować, na czym skupić się w przyszłości. „Lista pomysłów jest bardzo długa – deklaruje refleksyjnie. – Siadam do niej i wkrótce wybiorę, który z nich zrealizuję”.

MH 01/18

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij