Joseph Baena: „Jedną z najważniejszych lekcji taty było wyzbycie się mentalności dziesięciu powtórzeń"

Joseph Baena, syn legendy kulturystyki i kina akcji, postawił sobie wyzwanie osiągnięcia wszystkiego na własną rękę. Stawia pierwsze kroki na planie filmowym, daje z siebie wszystko na treningach i staje się najlepszą wersją siebie. 

Joseph Baena w Men's Health fot. Eric Ray Davidson

W Gold’s Gym – kalifornijskiej mekce osiłków – panują godziny szczytu. Sportowcy, kulturyści, celebryci – wszyscy chcą wyciągnąć coś z tego zimnego, deszczowego wtorku. Najbardziej stara się jednak pozujący obok stojaka na sztangę aspirujący aktor/kulturysta/handlarz nieruchomościami Joseph Baena (dla przyjaciół Joe): bez mrugnięcia okiem manipuluje masywnymi hantlami, pomagając ekipie MH uzyskać jak najlepsze ujęcia.

REKLAMA

Sesja trwa, a Baena kładzie sobie sztangę na kolanach, zajmuje pozycję na ławce, łapie gryf i z ekspercką precyzją wykonuje osiem wyciśnięć. Spokojnym głosem instruktora tłumaczy przy tym prawidłową technikę. Sposób, w jaki to robi, sprawia, że zapominasz o wiszącym mu nad głową gryfie z kilkoma talerzami o wadze 45 kg każdy. Wydaje się, że wypruwanie sobie na siłowni flaków jest dla niego najprzyjemniejszą rzeczą na świecie. Ma do tego naturalny dryg – do podnoszenia ciężarów, ale też do pracy z kamerą i publicznością. Scenografię mamy niczego sobie: nazywana „mekką kulturystyki” Gold's Gym jest obowiązkowym przystankiem dla każdego

osiłka w LA. Legendarna stała się w 1977 roku za sprawą po części spreparowanego filmu dokumentalnego „Pumping Iron”, z niezapomnianym występem młodego Austriaka, znanego później wszystkim jako człowiek-instytucja: Arnolda Schwarzeneggera. To jego ogromny portret zdobi ścianę tuż nad naszymi głowami. I to jego syn genialnie wyciska nad głową sztangę na życzenie naszej ekipy. Jeśli nazwisko Joseph Baena obiło Ci się o uszy, prawdopodobnie znasz zarys jego historii.

Kiedy Joseph urodził się w 1997 roku, jego matka, urodzona w Gwatemali Mildred Baena, była gosposią Arnolda i jego ówczesnej żony, Marii Shriver. Przez całe dzieciństwo chłopca ukrywano przed nim i przed światem prawdę o jego ojcu. Kiedy jednak w 2011 roku podobieństwo między nim a Arnoldem stało się niemożliwe do zignorowania, do wiadomości publicznej trafił news, że Joseph jest dzieckiem gwiazdora. Joseph ani jego matka nie chcieli komentować radykalnej zmiany, jaka zaszła w ich życiu, pozwalając opinii publicznej snuć domysły na temat relacji łączącej ich ze Schwarzeneggerem. Aż do teraz. W ciągu czterech godzin, które spędziliśmy, rozmawiając o tych burzliwych czasach i jego rozwijającej się relacji z tatą, przekonałem się, że mam przed sobą 24-latka o silnym poczuciu własnej tożsamości.

Przede wszystkim Joe jest bardzo dumnym ze swoich korzeni Latynosem. Chce, żeby niezależnie od wydarzeń z jego dzieciństwa ludzie darzyli go szacunkiem za własne osiągnięcia, za sumienną codzienną pracę, na przykład tę, która wykonuje, sprzedając domy w biurze nieruchomości. Albo tę na planie filmowym: Baena gra główną rolę w powstającej właśnie produkcji „Lava”, pracuje też nad niskobudżetowym thrillerem science fiction „Encounters”. Od czegoś trzeba zacząć.

Pierwsze filmy Arnolda też budziły szydercze uśmieszki, a niedługo potem Austriak stał się jednym z najlepiej opłacanych aktorów w Hollywood. Stał się też żywym dowodem na to, że ambicja, wiara i niezachwiana pewność siebie wystarczą, by zrealizować każdy cel. Dla pokolenia facetów urodzonych w latach 70., 80. i 90. Schwarzenegger jest ucieleśnieniem zasady: ciężko pracuj, rozwijaj swój talent i nie przyjmuj „nie” do wiadomości. Dla wielu źródło inspiracji – dla syna legenda mogłaby stać się za ciężka do udźwignięcia.

Wszyscy znamy to z autopsji. Bez względu na to, jaką mieszankę genów, wychowanie czy wykształcenie otrzymaliśmy, wszyscy cierpimy na tę samą chorobę, opisywaną już przez Sofoklesa, Szekspira czy Freuda. „Every man wants to be bigger than dad” [„Każdy mężczyzna chce być większy niż tata”] – fragment czołówki wspomnianego już „Pumping Iron” trafia w sedno problemu.

Ale co, jeśli ogromne zdjęcie Twojego taty wisi na ścianie siłowni, w której codziennie trenujesz? Co, jeśli to zdjęcie wisi w każdej siłowni w LA? Czy możesz być większy od tego taty?

Joseph Baena w Men's Healthfot. Eric Ray Davidson

Sztuka dorastania

Mija ponad dziesięć lat od dnia, który Baena zapamięta jako jeden z najtrudniejszych w swoim życiu. Dziś nabrał już na tyle dystansu, że może o tym mówić, zaznacza jednak: „To fragment mojego życia, o którym nikt tak naprawdę nie wie”.

Bakersfield w Kalifornii, gdzie Baena dorastał z matką i starszym rodzeństwem, znajduje się zaledwie 100 mil na północ od Los Angeles. Jak na amerykańskie realia, to niewiele, jednak podmiejska pustynna społeczność była dalej od blichtru Hollywood niż można sobie wyobrazić. „To był naprawdę skromny dom” – mówi Baena.

Mimo to Joseph miał szczęśliwe dzieciństwo, upływające na nauce gotowania z mamą, rozmowach po hiszpańsku z rodzeństwem, celebrowaniu gwatemalskiego dziedzictwa przez jedzenie, kulturę i muzykę.

Jednak po okresie względnego spokoju, jak opowiada Baena, nastało medialne szaleństwo. „Pamiętam ten dzień bardzo dokładnie – mówi. – Byłem w ósmej klasie. Nagle zostałem wezwany do wyjścia z lekcji. Mama stała na korytarzu: »Musimy jechać, wszyscy wiedzą, kto jest Twoim ojcem« – powiedziała. Pod domem roiło się od telewizyjnych vanów, fotografowie prześladowali moją rodzinę. Miałem 13 lat: zmieniało się moje ciało, umysł. I nagle zmieniło się całe moje życie”.

Mildred i Joe uciekli z oblężonego domu i wyruszyli do krewnych w Teksasie, gdzie mogli się ukryć. Nawzajem dodawali sobie sił, potrzebnych, by pozostawać incognito i wygrać w starciu z natrętnymi paparazzi. „Mama była tak naprawdę jedyną osoba, którą miałem, a ja byłem jedyną osoba, którą miała ona” – mówi. Baena nie chce zdradzić, kiedy po raz pierwszy udało mu się porozmawiać z tatą, zaś Schwarzenegger w ogóle odmawia udziału w wywiadzie.

Na pierwszym roku w Frontier High Baena odkrył, że ludzie patrzą na niego inaczej. „Trudno było mi komuś zaufać” – wspomina. Nie potrafił powiedzieć, kto rzeczywiście jest jego przyjacielem. Atletycznie zbudowany, ale wciąż pucołowaty, przestał grać w koszykówkę i futbol. Myślał o rzuceniu sportu na dobre. Miał się kiepsko. Punkt zwrotny nastąpił, gdy jego kumpel Cesar nakłonił go do dołączenia do drużyny pływackiej. Choć Baena wzdragał się na myśl o wystąpieniu przed ludźmi w slipkach, Cesar był nieugięty. Okazało się, że długie ręce i potężny tors dają mu w basenie przewagę nad innymi. „Jestem stworzony do pływania” – mówi. Wraz z trofeami, uznaniem i świetną sylwetką pojawiła się też pewność siebie, a także nieznana dotąd chęć nawiązania kontaktu z innymi studentami. Krok po kroku: na ostatnim roku Baena był już przewodniczącym Frontier High. „To był prawdziwy zaszczyt” – mówi. Okazało się, że ma zadatki na lidera.

Grzeczny chłopak

Wystarczy jeden dzień z Baeną, żeby zostać zasypanym pozytywnymi wyolbrzymieniami. Gwatemalskie jedzenie nie jest dobre – ono jest przepyszne. Nauka na Pepperdine University to świetne doświadczenie. Kultura latynoska jest wspaniała i dumna. No nie da się usłyszeć słowa narzekania. Do tego Joe niewiele pije i praktycznie nie przeklina – w pewnym momencie przeprasza nawet za użycie słowa „dupa”. Może na piśmie brzmi to denerwująco, ale zapewniam, że nie jest: Joe jest po prostu ujmujący.

Niepohamowany optymizm to jedna z wielu cech, które upodabniają go do ojca. Dla fanów Schwarzeneggera obcowanie z Baeną może być jak podróż w czasie, choć czasem można zapomnieć, czyja krew płynie w żyłach chłopaka o ciemnej karnacji. Wystarczy, że zacznie żywo gestykulować i wypali „Uwielbiam sznycle”, a masz przed oczami Arnolda.

Dziś Baena jest blisko ze Schwarzeneggerem. W mediach regularnie pojawiają się zdjęcia z ich spotkań albo wspólnych treningów. Widać jednak, że młody mężczyzna obawia się mówić za dużo o tacie. Wyznaje, że połączył ich sport. Schwarzenegger dał Baenie „The Encyclopedia of Modern Bodybuilding” (której jest współautorem) – książka miała pokierować jego treningami. „Chociaż mogłem do niego zadzwonić w każdej chwili, duma mi nie pozwalała” – mówi. „Wolałem poszukać informacji w książce, rozgryźć to na własną rękę”.

Później potrzebował jednak wskazówek dotyczących treningu ramion, aż wreszcie w okolicy 18. urodzin zaczął trenować razem z ojcem. Oczywiście wiązało się to z wycieczką do Gold's. „Byłem strasznie zdenerwowany” – mówi. Chłonął wszystko: rytuały, zwyczaje i, co najważniejsze, technikę ojca. „Starałem się być spostrzegawczy i notować w pamięci techniczne detale” – mówi Baena. Dzięki temu nauczył się prawidłowo trzymać sztangę, obracać nadgarstki trzymające hantle, schodzić naprawdę nisko w przysiadzie. Nauczył się też doceniać charakterystyczne pieczenie mięśni, sygnalizujące ich wzrost. Kiedy w czasie studiów na poważnie zabrał się za podnoszenie ciężarów, zaczął przechodzić transformację.

Joseph Baena w Men's Healthfot. Eric Ray Davidson

„Udało mi się nabyć kulturystycznej mentalności. Zrozumiałem, że mogę kształtować swoje ciało tak jak tego chcę”. Dziś ma ściśle określony treningowy schemat: wiele serii, mnóstwo ruchów izolowanych, dwie godziny, sześć dni w tygodniu plus każdego ranka 20 minut kardio na czczo. „Jedną z najważniejszych lekcji taty było wyzbycie się mentalności dziesięciu powtórzeń” – mówi. – Trzeba dochodzić do granic swoich możliwości i pójść o krok dalej, zrobić jedno powtórzenie więcej albo przynajmniej pół… Aż czujesz, że umierasz”.

Dla niewtajemniczonych brzmi to strasznie, ale Baena rozpromienia się, gdy mówi o ciężarach. Badania naukowców z University of Missouri dowodzą, że są osoby, które mogą odczuwać ponadprzeciętnie dużą przyjemność z ćwiczeń. Baena wydaje się być jedną z nich. Biorąc pod uwagę jego miłość do siłowni i genetyczne uwarunkowania, można by pomyśleć, że Baena poczuje presję wzięcia udziału w zawodach sylwetkowych. Ale on się w to nie bawi. Jego rozsądniejsze, zdrowsze podejście do fitnessu zaowocowało wagą 86 kg przy 180 cm wzrostu i sylwetką bardziej przystępną niż u kulturystów. Jego profil na Insta, @projoe2, z gronem 351 tys. obserwujących, jest bardziej jak poradnik pozytywnego myślenia niż pamiętnik bigorektyka.

„Jest wiele innych rzeczy, na których zależy mi bardziej niż na fitnesie – mówi. – Moja rodzina, przyjaciele, satysfakcja z pracy. Zachowuję równowagę. Moje życie nie kręci się wokół treningów”. Baena zdaje sobie jednak sprawę z tego, że przy dzisiejszych wymaganiach kina akcji potrzebuje muskulatury, by zdobywać wymarzone role. Gdy jej nabrał, zaczął zastanawiać się, co jeszcze pomoże mu w karierze aktora. „Mój tata jest oldskulowy: wierzy, że ciężka praca się opłaca. Zresztą ja myślę tak samo – tłumaczy. – Wierzę w honor i mam swoją dumę. Gdybym zrobił karierę dzięki kontaktom ojca, jak mógłbym się tym szczycić?” – podkreśla. Między innymi z tego powodu nie przyjął nazwiska Schwarzenegger, które mogłoby otworzyć mu drzwi każdego studia w Hollywood. „Kiedy idę na przesłuchanie, nikt nie wie, kim jestem, bo nazywam się Baena”.

Kiedy dostaje angaż, może powiedzieć: „Ja to zrobiłem”.

Co powie tata?

Aktorska rada ojca zmieściła się w dwóch słowach: rób powtórzenia. „Myślałem: że co? Jakie powtórzenia – na treningach? O czym mówisz?” – wspomina. Jednak z czasem Joe odkrył genialność prostego polecenia. Aktorstwo może wydawać się magiczną sztuką dla wtajemniczonych, ale podobnie jak w bodybuildingu, w dużej mierze polega na poświęceniu mu godzin ćwiczeń. Musisz po prostu powtarzać.

„Jeśli scena obejmuje 20 stron dialogu, powtarzam kwestie w kółko: z partnerem scenicznym, trenerem gry aktorskiej lub z samym sobą. Powtarzam, powtarzam, powtarzam, aż wejdzie mi to w pamięć mięśniową” – opowiada Joe.

Kolejna nieoceniona rada Arnolda, z której skorzystał jego syn, dotyczyła znalezienia mentora. Cztery lata temu, jeszcze na studiach, Baena skontaktował się z Erikiem Morrisem, doświadczonym trenerem aktorstwa, który pracował ze Schwarzeneggerem nad rolą w „Niedosycie” z 1976 roku, co zaowocowało Złotym Globem dla obiecującego nowego aktora. Po pół wieku Morris zaczął szkolić kolejnego obiecującego, umięśnionego chłopaka o wydatnej szczęce. Spotykają się trzy lub cztery dni w tygodniu.

„Kiedy Joseph przyszedł do mnie po raz pierwszy, nazwałem go Pan Uśmieszek — mówi Morris. – Tylko to robił na scenie. Jednak z biegiem czasu nauczył się wyrażać też frustrację, gniew, bezbronność: stał się bardziej ekspresyjny” – opowiada Morris.

Baena przyznaje, że jego występy w filmach studenckich były niezgrabne i sztywne, ale dwa lata temu wreszcie złapał flow. W ramach zajęć zagrał Biffa, konfliktowego syna tytułowego bohatera w „Śmierci komiwojażera” Arthura Millera. Wyrzucając z siebie gniewne kwestie, odkrył nowe pokłady emocji i wykorzystał doświadczenia z własnego życia. Okazało się, że to oczyszczający psychikę proces, „prawie jak terapia”. „To było dla mnie przełomowe” – dodaje, wyjaśniając, że ten sam poziom intensywności czuje na planie filmu „Lava”. „Dotknięcie tej granicy uświadomiło mi, że mogę być poważnym aktorem” – przyznaje.

Zapytany, gdzie widzi siebie za dziesięć lat, Baena nie waha się: „Jestem wielokrotnie nagradzanym aktorem z doświadczeniem w branży nieruchomości. Siedzę na jachcie w Miami, popijając mai tai z kumplami przed wejściem na plan kolejnego filmu”.

Jak marzyć, to na całego – zwłaszcza w wieku 24 lat. Już dziś robi to, co kocha. Co może stanąć mu na przeszkodzie, by robić to nadal?

REKLAMA