REKLAMA

John Krasinski - historia kariery nowego Jacka Ryana

Szerszej publice dał się poznać jako facet, który rozbawiał wszystkich do łez w amerykańskim sitcomie. Ten etap jest już za nim i śmiało można stwierdzić, że żarty się skończyły. Teraz powraca jako nowy Jack Ryan Toma Clancy’ego. A to nie byle co.

John Krasinski Collection Christophel 2016 / Paramount Pictures / 3 Arts Ente
Collection Christophel 2016 / Paramount Pictures / 3 Arts Ente
Hotel Chateau Marmont góruje nad Sunset Boulevard. W apartamencie na ostatnim piętrze kultowego budynku o wiele lepiej da się odczuć magię Los Angeles. Widok absorbuje wszystkich prócz obecnego lokatora loftu, Johna Krasinskiego, który na kilka tygodni przyjechał do stolicy filmu. To dzień spotkań i wywiadów, więc na dobry początek wszyscy zostajemy poczęstowani przez gospodarza parującą dawką kofeiny. Chwilę temu Krasinski zakończył zdjęcia do pierwszego sezonu "Jacka Ryana". Nowe dziecko studia Amazon to kolejne przeniesienie na ekran przygód agenta CIA, znanego z genialnych powieści Toma Clancy’ego.

Tytułowa rola, rozsławiona w przeszłości przez Aleca Baldwina i Harrisona Forda, ma odzyskać dawny blask, który – według wielu – utraciła po mniej udanych próbach obsadzenia w roli Bena Afflecka i Chrisa Pine’a. Wielki powrót? Amazon powierzył to zadanie Krasinskiemu, twierdząc, że serial to niewątpliwie lepszy sposób na wyciśnięcie akcji ze świetnych sensacji Clancy’ego. Wszystko wskazuje na to, że decyzje potężnej korporacji (u nas wciąż kojarzonej bardziej ze sprzedażą internetową) były trafne.

Ze względu na bardzo pozytywne reakcje na pokazach przedpremierowych Amazon już teraz zdecydował się na zamówienie kolejnego sezonu. Wszyscy wiążą z tytułem naprawdę duże nadzieje. Zapytany o nową rolę i związane z nią wyzwania John odpowiada zwięźle: "Od zawsze czułem z nim pewne pokrewieństwo. Jack Ryan to zwykły gość, który na dobrą sprawę – wbrew swojej woli – został nagle rzucony w wir walki".

REKLAMA

REKLAMA

Praca w ciszy

Jack Ryan oficjalnie rusza do akcji wraz z końcem sierpnia. Można uznać, że to chwila wytchnienia dla Krasinskiego, który naprawdę mocno wszedł w 2018 rok. Wszystko za sprawą bardzo udanego "Cichego miejsca", w którym – całkiem jak w życiu, bo u boku Emily Blunt – musi mierzyć się ze złem postapokaliptycznego świata. Polujące na ludzi potwory wabione najmniejszym dźwiękiem... Nie jest to produkcja, na którą czeka się, wyrywając kartki z kalendarza. A jednak!

Nakręcony za skromne 17 milionów USD horror ogląda się z zapartym tchem. Produkcja (co ważne: również w reżyserii Krasinskiego) do czerwca zarobiła na całym świecie nieco ponad 300 milionów zielonych, a podczas weekendu otwarcia przyćmiła mocno pompowane "Player One" Stevena Spielberga. To właśnie takie momenty bezpowrotnie zmieniają karierę i życie faceta do niedawna rozbawiającego wszystkich w również świetnym "The Office".

Krasinski w pełni to docenia, ale chyba nadal nie jest gotowy na wszystkie dołączone w pakiecie zobowiązania. Zdradza, że największą radość sprawiła mu możliwość zostania w domu z rodziną oraz perspektywa uniknięcia wszystkich możliwych bankietów i wystąpień związanych z premierą filmu. Hollywoodzki buntownik? Na to chyba trochę za wcześnie, więc zostańmy przy zwykłym facecie, który nigdy nie wymieni czasu z bliskimi na dolary.

Udana robota

Chwilę później John opowiada anegdotę związaną właśnie z tym okresem jego życia. "To była akcja w prawdziwie nowojorskim stylu. Śmieciarka wyskakuje zza rogu. Z pojazdu wystrzela facet, łapie pełny kosz i podczepia go z tyłu. Schyla się, by zgarnąć z ulicy jakąś puszkę, i wtedy kątem oka zauważa mnie i Emily. Nagle beztrosko rzuca: »Stary, widziałem Twój film w niedzielę. Zajebista robota«!, po czym wrzuca puszkę do odpowiedniego pojemnika i wskakuje do pojazdu. Moja żona stwierdziła, że to najlepsza recenzja, jaką kiedykolwiek otrzymam" – opowiada John.

"Ciche miejsce" to film o rodzicielskiej miłości i poświęceniu, w którym krwiożercze bestie nie są jedynymi demonami, z którymi przychodzi zmierzyć się bohaterom. Gdy pytamy o bohatera w prawdziwym życiu, odpowiedź ze strony Johna pada bez nanosekundy zastanawiania się. "Mój ojciec. Jeśli przed śmiercią będę mógł przyznać się przed sobą, że byłem choć w połowie takim człowiekiem, jak on, wtedy poczuję, że osiągnąłem coś wielkiego".

Ojciec Krasinskiego, Ronald, był lekarzem rodzinnym. Jego matka, Mary, pielęgniarką. Dorastał w Newton w stanie Massachusetts. W szkole średniej, podobnie jak jego dwaj starsi bracia, grał w koszykówkę. Z takim planem przybył na Uniwersytet Browna.

Pomysł kariery sportowej wyparował mniej więcej wtedy, gdy pojawił się na zajęciach i zobaczył swoich niedoszłych kumpli z drużyny. "Jasne, byli więksi i lepsi na boisku. Ale to ich zaangażowanie uświadomiło mi, że się zupełnie nie nadaję. Że to nie to, czego oczekuję od życia. Wiem, że to brzmi wygodnie, ale nie chciałem udawać kogoś innego. To po prostu nie była moja bajka" – szczerze przyznaje.

REKLAMA

Kwestia formy

Koniec końców John dotarł w swoim życiu do momentu, w którym reżim treningowy musiał stać się dla niego codziennością. A nas – jako Men’s Health – niezwykle cieszy takie zrządzenie losu. W 2016 roku na potrzeby głośnych "13 godzin" Michaela Baya Krasinski wrzucił piąty bieg i zbudował mięśnie, które dobrze dopełniły wizerunek żołnierza amerykańskich sił specjalnych. Pytam go, co transformacja tego kalibru zmieniła w jego życiu – zarówno w kwestii kariery zawodowej, jak i dla jego głowy.

"Ktoś powiązany z filmami Marvela powiedział mi kiedyś: »Hollywood nie wierzy, że jesteś w stanie to zrobić do momentu, gdy faktycznie tego nie zrobisz. A kiedy już zobaczą efekty, nie mogą przestać o nich myśleć«. To dokładnie to, czego doświadczyłem – mówi Krasiński. – Kiedyś podczas rozmów zapytałem: »Czy zależy wam tylko na formie fizycznej? A co z grą aktorską?«. Zgodnym chórem odpowiedzieli, że sylwetka jest najważniejsza".

John postanowił grać według zasad pracodawców, ale w żadnym wypadku nie robiąc tego za wszelką cenę. "Przyznaję, że po »13 godzinach« wkręciłem się w ten cały trening, ale nie dajmy się zwariować. Robię przerwy. Mój trener radzi, żebym zawsze był w stanie wrócić do topowej formy w jakieś 3 tygodnie. Dzięki temu nie muszę być ogromny i prawie całkowicie pozbawiony tkanki tłuszczowej przez cały czas. Tak, mówię do ciebie, Chrisie Hemsworth" – dodaje ze śmiechem.

"Trening pomaga mi oczyścić głowę ze zbędnych głupot, którymi normalnie bym się zadręczał. Przez godzinę lub dwie jesteśmy tylko ja i ciężary. To najlepsza możliwa terapia, która w moim przypadku daje niesamowite efekty. Serio, mój mózg działa zdecydowanie lepiej, gdy wszystko jest wręcz przesycone endorfinami, potem i krwią" – zachwala żelazny sport Krasinski.

Gdyby kilkanaście lat temu usłyszał dzisiejszego siebie, prawdopodobnie popukałby się w czoło. Sporo się jednak zmieniło i wszystko wskazuje na to, że John Krasinski musi być gotowy na zupełnie nowe wyzwania. Również fizycznie. Jego najnowszy "Jack Ryan" to z całą pewnością duży krok w stronę tej części filmowego świata, gdzie twardą ręką rządzą mężczyźni z wyższym poziomem testosteronu. Jedno jest pewne: facet z polskimi korzeniami sporo jeszcze w branży namiesza.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA