John Boyega – młoda nadzieja Rebelii i Hollywood

Chłopak z londyńskiego Peckham przebojem wdarł się do filmowego królestwa Hollywood, wykorzystując jedynie spryt i swój nieziemski upór w dążeniu do celu. Mimo faktu, że regularnie bywa w odległych galaktykach, jest zdecydowanie facetem twardo stąpającym po ziemi. Poznaj jego historię.

John Boyega FOT. PATRIK GIARDINO, STYLISTA: JASON REMBERT, ASYSTENT STYLISTY: KIRSTEN MCGOVERN ,T-SHIRT: CALVINKLEIN.CO.UK, OKULARY: ILLESTEVA.COM

Większość mieszkańców naszej galaktyki łączy Johna Boyegę z występami w „Gwiezdnych wojnach: Przebudzeniu mocy” oraz najnowszym „Ostatnim Jedi”. To jak najbardziej prawda. Nowe części kultowej sagi sprawiły, że jego nazwisko zaczęło pojawiać się coraz częściej w kontekście kolejnych kasowych produkcji. Cóż, uczciwie trzeba powiedzieć, że zaczęło pojawiać się w ogóle. Minął czas, praca została wykonana i dziś jest obecne na najnowszej okładce MH. A to już serio nie przelewki.

REKLAMA

Całkiem jak emocjonujący „Pacific Rim: Rebelia”, w którym Boyega również załapał się na pokład potężnego robota. W czym rzecz? „Rebelia” to druga część blockbustera z 2013 roku, w którym ludzkość mierzy się z ogromnymi Kaiju (z japońskiego „dziwne bestie”). Mierzy się i odpowiada w jedyny właściwy sposób: tworząc ogromne, humanoidalne maszyny bojowe, zwane Jaegerami (po niemiecku „łowcy”). To niezła, napakowana testosteronem mieszanka, coś jak „Godzilla” połączona z „Transformersami”. Polecam rodzinom z dziećmi.

„Szukałem kolejnej franczyzy, której mógłbym stać się częścią” – mówi Boyega zapytany o powody, które sprawiły, że dołączył do ekipy „Pacific Rim”. Przejęcie sterów po kolejnym okładkowiczu MH – Charliem Hunnamie – było dodatkowym kopem motywacji dla wciąż raczkującego w branży Johna.

W „Rebelii” wciela się w Jake'a Pentecosta, syna dowódcy ludzkich sił zbrojnych Stackera Pentecosta (Idris Elba) z pierwszej części. To zdecydowanie jego najbardziej wymagająca fizycznie rola. „To była świetna zabawa, która z czasem stała się katorgą” – opowiada Boyega. Ma tu głównie na myśli dziesiątki godzin w mechanicznej zbroi. Coś za coś. „Oglądając pierwszą część, ani przez chwilę nie zastanawiałem się, jak oni muszą się czuć w tych wielkich zbrojach, dodatkowo wykonując masę ruchów. Dostałem swoją i zrozumiałem, że bez porządnego treningu nie ma mowy o kręceniu”. Dla Johna i jego kolegi z kokpitu, Scotta Eastwooda, to właśnie sceny walki były prawdziwym fizycznym wyzwaniem.

„W filmie jest sporo momentów, w których musimy rozmawiać ze sobą podczas biegu w zbroi” – wyjaśnia Boyega. Ciekawa rzecz: układ hydrauliczny, który łączył się z butami pilotów, był w rzeczywistości bieżnią. Niektóre ujęcia faktycznie mogły być wyczerpujące. Zwłaszcza po kilkunastu próbach. „Liczba kalorii, jaką spalałem każdego dnia na planie, była ogromna. Po 13 godzinach zdjęć zdejmowałem z siebie zbroję i miałem wrażenie, że wychodzę spod prysznica”.

Trening Jedi

Aby być w stanie wyciskać z siebie absolutne maksimum na planie, John musiał sporo napocić się jeszcze przed rozpoczęciem kręcenia. „Celem było, a jakże, spalić trochę tłuszczu i dobudować masę mięśniową – opowiada.

– Nie chciałem jednak, żeby mój bohater wyglądał jak kulturysta w obcisłym T-shircie. Myślałem raczej o sylwetce, którą uzyskał ciężką pracą fizyczną każdego dnia: biegając, wspinając się, pracując nad budową Jaegerów”. Mimo że sylwetka nie była priorytetem, John trenował każdego dnia, często nawet dwa razy dziennie. Poranki zaczynał od bokserskiego kardio, a więc skakanki. Później trenował walkę wręcz, a także widowiskowe ruchy z kaskaderem. Już w zbroi powtarzał sekwencje biegowe, aby dobrze przygotować się do wejścia przed kamerę. Wieczorami łapał za sztangę i wykonywał klasyczny trening siłowy. „

Tak by dobrze zakończyć dzień” – wspomina. Aby nie polec w starciu z własnym zapałem, Boyega odezwał się do Coreya Callieta, faceta odpowiedzialnego za transformację Michaela B. Jordana do roli w „Creedzie”. Dobra rekomendacja. John i Corey po raz pierwszy spotkali się krótko po premierze „Przebudzenia mocy”.

„Trening z nim to wyzwanie ”– przyznaje Boyega. Calliet postawił na klasykę i na pierwszych treningach w menu znalazły się m.in. sprinty, wspinaczka i plyometryka. Aktor wciąż podkreśla, że fizyczny wycisk to jedno. Uważa, że kluczem pozostaje właściwe przygotowanie. „Popełniałem sporo błędów nawet przy wyciskaniu sztangi leżąc – opowiada. – Okazało się, że przez cały czas moja technika kulała”. Calliet nauczył go skupiać się na aktywacji mięśni i odpowiedniej pracy podczas ruchu. Po przeszkoleniu swojego Padawana mógł ze spokojem dostarczać mu kolejne plany treningowe, z którymi Boyega mierzył się podczas kręcenia „Pacific Rim”. Jak regularne treningi wpłynęły na mocno zajętego pracą aktora?

„Dobry wycisk przed pójściem na plan zdjęciowy to wbrew pozorom doskonały sposób, aby naładować się pozytywną energią na cały dzień. Dodatkowo, w moim odczuciu, siłownia świetnie oczyszcza głowę”. Kolejną lekcją, która zmieniła życie Johna w ostatnim czasie, było odpowiednie żywienie. „Gdy specjalista mówi ci, czego musisz zacząć unikać, to właśnie ten moment, gdy zaczynasz rozumieć, bez których pyszności nie jesteś w stanie się obejść” – dodaje. W przypadku Johna padło na słodycze.

„Mój organizm dość szybko buduje mięśnie, ale niestety równie prędko dorzuca przy okazji tkankę tłuszczową”. Boyega nie ukrywa, że przez długi czas miłość do pączków zdecydowanie wygrywała. To właśnie po premierze pierwszych „Gwiezdnych wojen” z jego udziałem aktor postanowił, że w kolejnych występach z formą będzie już tylko lepiej.

Pozostać sobą

Sekret jego błyskawicznej kariery w branży wydaje się bardzo prozaiczny. John to facet, którego nie da się nie lubić. To fan gatunku, który razem z oddanymi widzami wpada na premiery swoich filmów i przeżywa je z entuzjazmem stuprocentowego geeka. Mimo że jego życie zmieniło się o 180 stopni. Mimo że przelewy za kasowe produkcje pozwalają mu aktualnie wybudować własną salę kinową w domu. Boyega zapewnia, że to jedynie kwestia odpowiedniego podejścia.

„Największa zmiana to sposób, w jaki ludzie zaczynają reagować na Twój widok. Może to zabrzmi głupio, ale w takich sytuacjach musisz pamiętać, że nadal jesteś tym zwykłym gościem. To szczególnie ważne dla Twoich bliskich. Mój cel nadrzędny to pozostać sobą i nie dać się pochłonąć” – dzieli się przemyśleniami John. Jak powiedział, tak zrobił. Boyega nadal spotyka się z kumplami ze szkoły, niezmiennie godzinami przesiaduje przed konsolą (aktualnie planuje zakup gamingowego komputera), a pozostałe wolne momenty poświęca na oglądanie filmów i imprezy. Całkiem zwyczajnie, prawda?

To chyba właśnie ten słynny balans, o którym zapomina coraz więcej ludzi. Oddanie pracy jest ważne, ponieważ pozwala osiągać kolejne cele, ale prędzej czy później nadchodzi moment, gdy po prostu trzeba się zatrzymać. „Mój ojciec zawsze powtarza: »Relaksuj się, wypoczywaj i jedzdobrze«. A ja słucham się rodziców – dodaje z uśmiechem Boyega. – Miliony ludzi pracują bardzo ciężko przez wiele godzin. To kształtuje charakter, ale jest też bardzo obciążające. Uważam, że pracować trzeba przede wszystkim mądrze”.

Boyega, który nie rzuca słów na wiatr, codziennie rano medytuje i rozpoczyna dzień długą modlitwą. To jego rytuał. Stale podkreśla, że umysł – podobnie jak ciało – potrzebuje odpoczynku. Nie jesteś w stanie godzinami trenować na siłowni, bo mięśnie muszą się zregenerować. A potem uderzyć z podwójną mocą. Dlaczego z mózgiem miałoby być inaczej? To lekcja, którą John przyswoił bardzo dobrze.

„Nie mogłem pojąć, dlaczego nie mogę poprawić swojej sylwetki, mimo że trenuję przez wiele godzin dziennie – wspomina. – Odkryłem, że waga spada dopiero, gdy zacząłem porządnie się wysypiać”. Kolejnym trikiem Johna jest... puszczanie z telefonu dźwięku padającego deszczu. „Z jakiegoś powodu doskonale mi się przy tym zasypia” – przyznaje aktor. Być może spadające krople stanowią dla niego relaksującą odmianę od walki na miecze świetlne i pokonywania wielkich bestii w żelaznych zbrojach. Ale mogę się mylić...

REKLAMA