Jeff Bridges – koleś zwyciężył [wywiad]

Jeff Bridges przez dekady grał surowe, tajemnicze ikony podobne do niego samego. Teraz ma 72 lata. Nie spodziewał się, że stoczy walkę z rakiem, a potem z covidem. Co dalej? Nigdzie się nie wybiera.

Jeff Bridges wywiad FOT. BEAU GREALY

Jest upalny, bezwietrzny dzień, a on przechadza się po studiu filmowym w Santa Barbara. Wyprostowany, z wypiętą klatką piersiową i ciężarem ciała spoczywającym na piętach, całą swoją posturą komunikuje otwartość na świat i ludzi. Wyjawił mi, czemu zawdzięcza swoją sylwetkę. To w dużej mierze zasługa izometrycznych ćwiczeń, których nauczył się od trenera Erica Goodmana, a które mają na celu skłonienie mięśni pleców do współpracy, tak by cały wysiłek dźwigania ciała nie spadał wyłącznie na biedne stawy. Te ćwiczenia właśnie uwolniły Bridgesa od piekielnego bólu pleców i ma zamiar pokazać mi, jak je wykonać. Już za chwilę stoi nade mną, ojcowskim gestem trzymając dłoń na moim ramieniu, i pomaga mi zrobić skłon, powtarzając: „Hinge! Hinge!” (chodzi o ruch w stawie biodrowym), gdy próbuję i nie udaje mi się zrobić tego poprawnie. Następnie, aby zademonstrować, w jakiej pozycji powinienem utrzymywać swoje ciało, łapie mnie za włosy i ciągnie do góry – nie za mocno, ale stanowczo.

Jeff wcale nie wygląda na kogoś, kto niedawno był tak blisko śmierci. A jednak. W 2020 roku zdiagnozowano u niego raka, a konkretnie guza węzłów chłonnych – chłoniaka. Kiedy już z tego wychodził, złapał covid, a ponieważ chemia, która miała zmniejszyć guza, obniża jednocześnie odporność, covid naprawdę dał mu w kość. Do tego stopnia, że rak wydawał mu się z perspektywy czasu bułką z masłem. Jeff Bridges był już wcześniej facetem dosyć uduchowionym, dlatego to wszystko nie spowodowało niczego, co można by nazwać duchowym przebudzeniem. Ale skłoniło go to do paru przemyśleń – głównie o czasie, o specyficznej nerwicy, z którą zawsze podchodził do swojej pracy, i tym, co chce zostawić po sobie, gdy przyjdzie koniec.

„W takich chwilach, kiedy uświadamiasz sobie bliskość śmierci, zaczynasz myśleć o swoich duchowych ścieżkach i filozofii życia, którą się kierowałeś. To wszystko w tym momencie podlega testowi. Ale takie doświadczenia są dostępne tylko w momentach zagrożenia. Na szczęście to, czego cię uczą, zostaje, i może być wykorzystywane przez resztę życia” – podkreśla Jeff.

Jeff Bridges – teraz jest już dobrze

Rak jest w remisji: koniec ze specjalną dietą i aparatem tlenowym. Jeff wrócił do pracy i obecnie jest zajęty promocją swojego serialu FX „Stary człowiek” („The Old Man”). Ten pokręcony serial szpiegowski, oparty na książce Thomasa Perry'ego, śledzi losy Dana Chase'a (w tej roli Bridges) – byłego agenta CIA, rozliczającego się z demonami przeszłości (u nas do obejrzenia na Disney+). Ta rola to pierwszy jego występ w serialu telewizyjnym w ciągu 50 lat kariery. Bridges nakręcił połowę pierwszego sezonu przed covidem i rakiem, a potem wrócił i dokończył robotę; chętnie opowiada o tym wszystkim. I o tym, czego nauczył się, prawie umierając. Ale opowiada to w pokrętny sposób, krążąc wokół sedna i odpływając w abstrakcyjną przestrzeń, zapominając o temacie rozmowy (czasami, jak mówi, „pyta swój umysł o słowo, a on po prostu pokazuje mi palec”, co może być postcovidowym objawem mgły mózgowej lub po prostu starczym rozmiękczeniem mózgu – Jeff nie jest do końca pewien). Czasem wraca do głównego wątku, a czasem przechodzi do następnej myśli, ciesząc się pogawędką bez nadmiernego stresowania się jej celem. „Ciągle gada – mówi Amy Brenneman, rozwódka, która zakochuje się w postaci granej przez Bridgesa w „Starym człowieku”. – Kiedyś powiedział: »Nie myślisz czasem, że aktorstwo jest dla nas tylko wymówką, żeby spędzić trochę czasu ze sobą i pogadać?«”.

„On jest po prostu szczęśliwy, mogąc przez godzinę opowiadać o tym, jak działa wszechświat – mówi współtwórca serialu Jonathan E. Steinberg – I to jest świetne. A to wszystko pochodzi z jego fascynacji światem. Fajnie jest przebywać z kimś, kto dostrzega więcej i chce o tym pogadać, nie przejmując się tym, co powinniśmy dzisiaj zrobić”. Kolejnym istotnym elementem pracy z Bridgesem, jak mówią wszyscy jego współpracownicy, jest to, że od czasu do czasu zatrzymujesz się i myślisz sobie: „Wow, to przecież sam Jeff Bridges!”. Ma za sobą prawie sześć dekad pracy na planie. Grał kowbojów i piosenkarzy country, dobrych i złych facetów, a nawet gościa, który bardzo chce zabić Iron Mana. Wszedł do tego biznesu już sławny z powodu nazwiska swojego ojca aktora (Lloyda Bridgesa), ale miał też dodatkowy atut: tę charyzmę, która oddziela ikony od zwykłych aktorów. Jeff miał za młodu ten niepodrabialny wdzięk, ale starzeje się też z wdziękiem. W „Starym człowieku” możemy zobaczyć trudną, introwertyczną osobowość, którą Bridges wprowadził też do ostatnich filmów, takich jak „Aż do piekła” czy „Źle się dzieje w El Royale”. Jeśli nadal, nawet po tylu latach, wydaje się nam ikoną, to dlatego, że nosił ten status swobodnie przez tak długi czas. Kilkadziesiąt lat temu legendarna krytyk filmowa Pauline Kael powiedziała, że „Jeff Bridges może być najbardziej naturalnym i najmniej świadomym aktorem filmowym, jaki kiedykolwiek żył”.

Ikoniczność i „bridgesowość” Jeffa silnie oddziaływują na ludzi. Czasami, jak mówi Amy Brenneman, kiedy gra z nim scenę, nie może przestać myśleć o filmie „Bez lęku” Petera Weira z 1993 roku – z Bridgesem jako ocalałym z katastrofy lotniczej, którego doświadczenie uwalnia od lęku przed śmiercią. „To niesłychanie ważny dla mnie film – mówi Brenneman. – Ten wyraz jego twarzy, gdy samolot schodzi w dół: są momenty, które dla mnie są czymś nie do opisania. Mam tego przebłyski, kiedy ta twarz patrzy na mnie na planie, i mówię sobie: »O mój Boże, to przecież ta sama twarz!«”.

Jonathan Steinberg pamięta, że będąc dzieckiem, oglądał „Bez lęku” wiele razy. W 2017 roku producent Warren Littlefield zwrócił się do niego z propozycją stworzenia serialu opartego na powieści Thomasa Perry'ego o samotniku na emeryturze, który skrywa krwawą i moralnie mroczną przeszłość.

W chwili gdy zaczęli rozmawiać o tym, kto może zagrać Dana Chase'a, tytułowego „Starego człowieka”, nazwisko Bridges było pierwsze na liście. „Byłem sceptyczny co do tego, czy jest cień szansy na sukces. Jeff nigdy nie robił filmów dla telewizji. Byłem w pełni świadomy, że jest facetem, który może zrobić dosłownie wszystko, co chce, ale wiedziałem, że w tym samym czasie 35 innych producentów usiłuje go na coś namówić” – wspomina Steinberg. Bridges jest znany z tego, że stanowi wyzwanie dla producentów. Rozterka, czy przyjąć daną rolę czy nie, napawa go głębokim niepokojem, nawet jeśli zadanie jest kuszące. Mówi się, że bracia Coen mieli trudny orzech do zgryzienia, namawiając go do zagrania Kolesia w „Big Lebowskim”, która to rola jest obecnie jednym z filarów jego legendy, a potem, kiedy chcieli go do roli pierwotnie granej przez Johna Wayne'a w remake'u filmu „Prawdziwe męstwo”, też musieli go błagać. Trzeba go było długo prosić, aby zagrał w filmie „Szalone serce” piosenkarza country Bad Blake'a, za którą to rolę zdobył Oscara. „Zawsze się trochę opieram i w wypadku tego serialu nie było inaczej. Mam wiele dobrych powodów, aby tego nie robić” – mówi Jeff. Kiedy Bridges się waha, to zwykle bez względu na to, czy po drugiej stronie kamery czekają Jon Steinberg, bracia Coen czy Marvel. „Podstawowy problem polega na tym, że kiedy już się w coś zaangażujesz, nie możesz angażować się w nic innego i nawet nie będziesz wiedział, co mogłoby to być. Poza tym wiesz, że odciągnie cię to od rodziny, od muzyki, od sztuki. Będziesz miał dla nich niewiele czasu, jeśli w ogóle” – wyjaśnia Bridges. Dlatego początkowo odmawiał wzięcia udziału w „Starym człowieku”, choć fabuła serialu podobała mu się i wiedział, że wciągnie go bez reszty.

Jeff Bridges wywiadFOT. BEAU GREALY

Jeff Bridges – mama miała rację

Jak mówi Bridges, czasami taki poziom zaangażowania nie pozwala mu cieszyć się graniem. Ciągle musi sobie przypominać, co jego mama, Dorothy Bridges, powtarzała za każdym razem, gdy wyruszał na kręcenie filmu: „Mówiła: »Pamiętaj, Jeff, baw się dobrze.

I nie traktuj tego zbyt poważnie«. A ja: »O cholera, zapomniałem. Masz rację«”. To tak jak wtedy, gdy grał nemezis Roberta Downeya Jr. w „Iron Manie”, który to film uruchomił miliardową megafranczyzę, w której Bridges w ogóle nie uczestniczył, ponieważ jego bohater zmarł pod koniec pierwszej części. A może nie – tego Bridges nie jest pewien. „W scenariuszu, który mi dali, otwierają zbroję i jest w środku pusta. Więc kto wie? Może ten... Jak miałem tam na imię? Aaa, Obadiah, Obadiah Stane. Może więc Obadiah jakoś wróci” – uśmiecha się aktor.

Szczerze mówiąc, nie wydaje się jakoś szczególnie zainteresowany tym, czy tak się stanie czy nie. Ale był zadowolony z „Iron Mana” jako gotowego produktu. „Jestem nieobiektywny, ponieważ w nim gram, ale to mój ulubiony film o superbohaterach. I bardzo podobała mi się praca z reżyserem Jonem Favreau. Sposób, w jaki pracował, był niesamowity, ponieważ pojawialiśmy się na planie, nigdy nie wiedząc, co zamierzamy nakręcić. Tworzyliśmy coś w naszych zwiastunach, a potem wszyscy faceci w garniturach ze studia przychodzili tam, tupiąc nogami” – mówi, uśmiechając się do tego wspomnienia. Ale na początku, jak podkreśla, przyjęcie tego niewyobrażalnie luźnego podejścia do kręcenia wysokobudżetowego filmu o superbohaterach było źródłem ogromnego niepokoju, ponieważ on, aby pracować, musi się zaangażować, a żeby się zaangażować, musi wiedzieć, do czego się zobowiązuje. „Gdy po raz pierwszy pojawiłem się na planie, byłem naprawdę w strasznym stanie. Wiesz... Muszę wiedzieć, co mówię. Jaki jest scenariusz? Muszę znać swoje kwestie, bym mógł się dobrze przygotować! A potem dokonałem małej korekty. Bardzo pomógł mi w tym Jon, który powiedział: »Jeff, robisz film dla młodzieży za 200 milionów dolarów. Wyluzuj, zrelaksuj się i baw się dobrze«” – opowiada Bridges.

I tak jest z każdym jego nowym filmem. Bridges najpierw stawia opór, a kiedy się poddaje, daje z siebie wszystko. Pewnego dnia Steinberg i Levine odebrali telefon, że Bridges się zgadza, a kilka miesięcy później mieli na planie 70-letniego faceta, walczącego na noże w przewróconym samochodzie. Oczywiście nie robił sam tych wszystkich kaskaderskich wyczynów. „Bylibyście naprawdę zdumieni tym, co sam zrobił, a było tego całkiem sporo. Było dla nas ważne, aby wszystko wyglądało realistycznie, i Jeff walczył o to, aby uczestniczyć w niektórych niebezpiecznych scenach. Niczego nie robi połowicznie” – podkreśla Steinberg. Nakręcili cztery odcinki i część piątego, kiedy pandemia zakończyła ich projekt – wraz z prawie każdą inną produkcją filmową w tym czasie na świecie. W październiku 2020 roku, w tym samym tygodniu, w którym mieli wrócić do produkcji, Brenneman dowiedziała się, że Bridges ma silne bóle pleców. „A pod koniec tego tygodnia już miał diagnozę, że to rak” – mówi aktorka. Jeff ogłosił to w tym samym miesiącu na Twitterze, cytując Lebowskiego: „New shit has come to light” („Nowe gówno wyszło na jaw”). Wspomniał o wspaniałych lekarzach, którzy go leczą, i napisał, że jego prognozy są dobre. Ale do tego momentu rok 2020 był już jednym z najczarniejszych, najgorszych lat w ostatnich czasach, rokiem niewyobrażalnych strat, a myśl, że może się to skończyć śmiercią Kolesia na pieprzonego raka, wydawała się przygnębiająca. Trudno było nie oczekiwać najgorszego.

„Opowiem ci trochę, jak wyglądała ta podróż” – mówi dzisiaj Bridges. Wyglądało to tak: tamtego lata podczas ćwiczeń w domu w Santa Barbara wyciągnął się na podłodze. Nagle poczuł coś w rodzaju kości w brzuchu, tam gdzie żadnej kości nie powinno być. Jego żona kazała mu się zbadać, ale przecież to nie bolało, więc zamiast tego spędzają zaplanowane wakacje – trzy miesiące u rodziny Bridgesa w Montanie.

„Pociłem się w nocy, ale tłumaczyłem sobie, że to dlatego, iż noce są gorące. Oprócz tego swędziały mnie nogi. To wszystko są objawy chłoniaka, który rósł, ale nie zdawałem sobie z tego sprawy. Czułem się świetnie, nie odczuwałem bólu” – wspomina Bridges.

Wraca do Kalifornii na tydzień przed planowanym powrotem na plan w roli Dana Chase'a. Postanawia, że pójdzie do lekarza sprawdzić, co się dzieje w jego brzuchu. „Po badaniach okazało się, że mam w żołądku guza o wymiarach 9 na 12 cali (23 x 30,5 cm – przyp. red.). Dziewięć na dwanaście! Wielka, pieprzona narośl. To jakby mieć dziecko w brzuchu!” – opowiada Jeff. 

Kontaktuje się ze specjalistami. Zaczyna chemioterapię, która robi swoje. Bridges czuje się źle fizycznie, ale psychicznie jest dobrze. Dostaje od wszystkich niewyobrażalną dawkę miłości. W grudniu 2020 roku świętuje swoje 71. urodziny. Razem z 50 przyjaciółmi śmieją się razem na Zoomie i są to najlepsze urodziny, jakie kiedykolwiek obchodził.

Na początku 2021 roku Bridges idzie na kolejne badanie do szpitala w Santa Barbara. Wieści są dobre. Jeff mówi, że ogromna masa w jego żołądku „implodowała do małej kulki”. Wysyła radosne e-maile do Brenneman i Steinberga. 6 stycznia Brigdes siedzi przyklejony do telewizora, jak wszyscy inni. „Oglądam tę rewolucję, czy co tam do diabła było. Nieudaną rewolucję” (atak na Kapitol w wykonaniu zwolenników Donalda Trumpa – przyp. red.) – wspomina. Za chwilę dostaje wiadomość z ośrodka chemioterapii, w której informują go, że miał kontakt z osoba zakażoną COVID-19. I wtedy sprawy stają się naprawdę przerażające. „Chemioterapia – wyjaśnia Bridges – niszczy twój układ odpornościowy, więc covid sprawił, że mój rak był przy nim jak bułka z masłem. Rak nie boli. Ale covid? O Boże! Byłem u progu śmierci przez ten covid. Moja żona pytała lekarzy: »Jak on się ma? Będzie żył, prawda?«. A oni odpowiadali: »Robimy, co w naszej mocy«. To brzmiało naprawdę niepokojąco”. 

Tych, którzy go znają, nie zaskoczyło buddyjskie podejście Bridgesa do własnej śmierci. Mówi, że czerpał ze wszystkich praktyk duchowych, jakich nauczył się przez całe życie. Z tego, czego nauczył się o odpuszczaniu, pozwoleniu sobie na niewiedzę i przyjęciu postawy obserwatora sytuacji. Czasami stawiało go to w konflikcie z praktykami zachodniej medycyny, którą zastosowano w leczeniu jego raka.

„Jeden lekarz – mówi Bridges – przychodził do mnie i mówił: »Jeff, musisz walczyć, człowieku. Ty nie walczysz! Musisz walczyć!«. A ja mu odpowiadałem: »O czym ty, do cholery, mówisz?«. Jestem w trybie kapitulacji. Ćwiczę przygotowywanie się do śmierci. Jeśli już, moje działanie byłoby bliższe tańca – tańczę ze swoją śmiercią”.

Jeff Bridges – koleś ocalał

Pokonując i koronawirusa, i raka. „Wciąż coś tam jest – mówi dzisiaj. – Nie wiedzą, czy to blizna czy cokolwiek to jest. Ale mam remisję”. Wrócił na plan „Starego człowieka” prawie dwa lata po ukończeniu pierwszych czterech odcinków – dwa lata oglądania tylko zamaskowanych twarzy, dwa lata, które dziś wydają się koszmarnym snem. Pytam Bridgesa, czy po przejściu tego wszystkiego czuje się innym człowiekiem. „Bardziej sobą – odpowiada po chwili. – Głębiej sobą”.

Jeff mówi, że na długo przed rakiem i covidem sporo myślał o śmiertelności i o tym, że nie będzie go tu na zawsze. Książka, którą nosi dzisiaj ze sobą, to „Cztery tysiące tygodni. Zarządzanie czasem dla śmiertelników” autorstwa brytyjskiego dziennikarza Olivera Burkemana. „Cztery tysiące tygodni – tyle masz do przeżycia, jeśli dożyjesz do około 76 lat” – wyjaśnia Bridges. Wielka idea Burkemana, w przeciwieństwie do wszystkiego, co ktokolwiek kiedykolwiek napisał o zarządzaniu czasem i wydajności, polega na tym, że bez względu na to, jak optymalizujemy nasze życie, nigdy nie będziemy mieli wystarczająco dużo czasu, aby sprostać wymaganiom, jakie przed nami stawia. Bridges otwiera książkę, poprawia okulary i czyta na głos: „»Okazuje się, że problem z próbą zapanowania nad swoim czasem polega na tym, że to czas w końcu zapanuje nad tobą«. Uwielbiam to zdanie” – mówi.

Burkeman sugeruje, że „dyktatura zegara, harmonogramu i powiadomień z kalendarza Google sprawia, że trudno nam doświadczyć rzeczywistości”. Bridges w pełni zgadza się z tym stwierdzeniem. „Czas zegarowy jest stosunkowo nowym wynalazkiem – mówi. – W czasach feudalnych ludzie nie mieli zegarów. A my staramy się wcisnąć w te godziny jak najwięcej, czujemy, że coś nas omija, jeśli nie robimy wciąż nowej listy zadań. Myślimy o tym, co przed nami, a przegapiamy teraźniejszość. Ale to nie jest tak, że ja już to wszystko dobrze rozkminiłem”.

W tej chwili sam poczułem dyktaturę zegara. Bridges musi wkrótce ruszyć w drogę, a ja wciąż mam sporo pytań. Zwracam uwagę, że w „Starym człowieku” on i postać grana przez Johna Lithgowa – wysokiego rangą urzędnika państwowego, którego związek z Danem Chase’em granym przez Bridgesa sięga dawnych czasów – myślą o swojej spuściźnie, o tym, jak zostaną zapamiętani, gdy ich dawne sprawki wyjdą na jaw.

Pytam Bridgesa, czy myślał o tym, co po sobie zostawi, biorąc pod uwagę wydarzenia z ostatnich kilku lat. „Nowoczesny świat wydaje się trochę szalony – mówi. – Dzieci mówią, że chcą zostać influencerami, do tego aspirują, a dorośli uznają za dziwaczne. Ale ja też chcę być influencerem! Czemu nie? Chcę wpływać na ludzi choćby w małym stopniu”.

Nagle Bridges zmienia temat, opowiadając o filozofie Buckminsterze Fullerze i o tym, jak stada ptaków i ławice ryb poruszają się jak jeden wielki organizm. A potem znienacka pyta: „Wiesz, co to są fraktale?”.

Odpowiadam niepewnie, że tak, a Bridges na to: „A widziałeś je?”. Mówię jeszcze bardziej niepewnie, że widziałem kiedyś fraktale, ale Bridges nie odpuszcza: „Te najnowsze?”. I w tym momencie muszę przyznać, że nie jestem na bieżąco z najnowszymi fraktalami, więc Bridges każe mi wyjąć laptopa i wygooglować sobie fraktal Mandelbrota. „Ten Mandelbrot wymyślił taki wzór: Z równa się Z do kwadratu plus C. Kiedy ten diagram jest tworzony w sensie wizualnym, jest to w zasadzie okno na nieskończoność” – wyjaśnia aktor. Widać, że zna się na rzeczy. Kończymy łokieć w łokieć, ja i Bridges, oglądając animowane komputerowo diagramy fraktali: kalejdoskopowe wzory geometryczne ewoluujące bez końca, jakbyśmy wchodzili coraz głębiej i głębiej we wszechświat mikroskopijnych cząstek.

„Zobacz ten pierwszy kształt: to jest kształt początkowy. Niektórzy nazywają to odciskiem palca Boga. Teraz pooglądaj go przez chwilę. Daj mu kilka minut, zanim zrozumiesz cały sens. Po prostu patrz i obserwuj, co się dzieje. Myślisz, że wiesz, dokąd to zmierza, prawda? Obserwuj, co robi twój umysł, kiedy to oglądasz. Jaką rozmowę prowadzisz ze swoim umysłem, gdy to widzisz? Zwróć uwagę na szczegóły” – wyjaśnia Jeff. Patrzymy wystarczająco długo, aby Bridges zapomniał, dlaczego w ogóle chciał mi pokazać fraktale. A jednak to wszystko jest połączone. W jakiś sposób zbliżyliśmy się do źródła niepokoju Bridgesa. Chociaż kocha aktorstwo, jest też zafascynowany fraktalami, graniem muzyki ze swoim zespołem The Abiders i firmą, z którą jest związany, produkującą gitary ze zrównoważonego drewna. I kiedy nie chce angażować się w ten czy inny projekt aktorski, to dlatego, że odciągnie go to od wszystkich jego małych projektów pobocznych, które tak bardzo kocha.

Asystent Bridgesa wisi nad nami: zostało nam tylko pięć minut czasu zegarowego. „Pozwól, że powiem ci tylko jedną rzecz – mówi do mnie Bridges. – Jesteś żonaty?”. Mówię, że tak. Bridges też jest żonaty – od 1977 roku z Susan Geston, którą poznał w Montanie w 1975 roku podczas kręcenia filmu „Rancho Deluxe”. To piękna historia. Geston miała wypadek samochodowy w dniu, w którym poznała Bridgesa, skutkiem czego miała podbite oczy i złamany nos. Charakteryzator zrobił zdjęcie z momentu ich spotkania, a dziesięć lat później wysłał je do Bridgesa. Wciąż nosi je w portfelu — głupkowaty, młody aktor w kowbojskim kapeluszu i piękna dziewczyna z poobijaną twarzą.

„To była miłość od pierwszego wejrzenia – mówi Bridges.– Ale nawet to mnie nie przekonało, tak bardzo broniłem się przed małżeństwem. Broniłem się, bo to ten sam rodzaj niepokoju, który męczy mnie przez całe życie: decydujesz się na coś, co odbiera ci w tym samym czasie inne rzeczy. Wszystkie inne kobiety i wszystkie inne przygody, których już nie przeżyjesz po ślubie. I opierałem się, długo się opierałem. Aż w końcu powiedziałem sobie: »Jeśli nie ożenię się z tą kobietą, spędzę całe życie – i to jest ten mój strach – mówiąc sobie, że to była ta jedyna, a ja pozwoliłem temu diamentowi prześlizgnąć się przez moje palce. W końcu dałem sobie zastrzeżenie, które pozwoliło mi się ożenić, a które brzmiało: »Przecież zawsze możesz się rozwieść«. To było przesądzające”.

Jeff i Susan wzięli ślub i spędzili miesiąc miodowy na Hawajach. „Poszliśmy do Siedmiu Świętych Basenów na Maui – opowiada Bridges – a ja poczułem zapach gnijącego mango i strzeliłem focha. Sue pyta, co się stało. Ja na to, że nic. A ona mówi: »Och, unieważnijmy to małżeństwo. To jest straszne«. Powiedziałem »„Nie, nie, nie!«. A ona znosiła te moje humory przez całe trzy lata i dzięki Bogu nie wykopała mnie na ulicę. W końcu pogodziłem się z rzeczywistością i powiedziałem sobie: »O nie, ona mnie nie zniewoli«. Dostałem prezent, wspaniały prezent, który wcześniej kwestionowałem i którego nie chciałem przyjąć. A teraz obchodzimy 45. rocznicę ślubu. Trójka dzieci, trójka wnuków”.

Susan Bridges też zaraziła się covidem w tym samym momencie, co Jeff. „Pojechaliśmy razem karetką do szpitala. O, rany” – mówi Bridges, brzmiąc tak, jakby nadal nie było innego miejsca na Ziemi, w którym wolałby być, niż tam z nią.

I jest to w jakiś sposób kolejny prezent od wszechświata, straszny i piękny jednocześnie.

Zobacz również:
REKLAMA