Jan Błachowicz – spokój przed walką

Ścieżka Jana Błachowicza nie była usiana samymi zwycięstwami. Ale właśnie dzięki temu jest teraz fighterem kompletnym – potrafił wyciągnąć wnioski i ostatecznie pokonać tych,  z którymi wcześniej przegrywał.  MH zagląda  za kulisy przygotowań do zbliżającej się walki o obronę mistrzowskiego pasa UFC.

Jan Błachowicz Motor Presse Polska/Kamil Majdański
Starcie, które wyniosło Jana Błachowicza na sam szczyt, odbyło się w Abu Zabi. Był gorący, wrześniowy poranek 2020 roku. W klatce naprzeciw niego stał młodszy o siedem lat Amerykanin Dominick Reyes, faworyt bukmacherów: z 12 zwycięstwami i zaledwie jedną porażką na koncie. Większość widowni to w nim upatrywała zwycięzcę.

REKLAMA

Wielu znanych zawodników UFC też nie wierzyło w sukces 37-letniego Polaka, którego wiek sugerowałby raczej schyłek kariery niż pas czempiona. „Touch the gloves and let’s dance” – zaintonował sędzia, rozpoczynając wyczekiwany pojedynek o tytuł mistrza świata UFC wagi półciężkiej. Pierwsze chwile minęły spokojnie, przeciwnicy badali swoje możliwości.

Atak zapoczątkował Reyes, ale Błachowicz wymykał się ciosom i wkrótce sam przejął inicjatywę. Po mocnym uderzeniu nogą bok Kalifornijczyka oblał się krwistym rumieńcem. W drugą rundę to Reyes wszedł z większym impetem. Próbował atakować swoim legendarnym kopnięciem, ale „Cieszyński Książę” z opanowaniem kontrował przeciwnika i w końcu zaserwował mu morderczą kombinację.

Najpierw natarł lewym sierpowym, potem brutalnym kopnięciem w żebra odebrał oddech, by wreszcie centralnym strzałem złamać nos. Oszołomiony Reyes zatoczył się, a Jan wykorzystał moment, powalił przeciwnika i zakończył walkę nokautem. W drugiej rundzie z zaplanowanych pięciu. Tym samym, wbrew oczekiwaniom większości, stał się mistrzem świata UFC i pierwszym Polakiem, który sięgnął szczytu w świecie męskiego MMA.

ZOBACZ TEŻ: Patenty zawodników MMA na lepszą formę

Najważniejsza jest wytrwałość

Rok 2003. Z Cieszyna do Rybnika jest 50 km. Gdy Janek wyjeżdża na trening, jest jeszcze ciemno. Półtorej godziny na macie, błyskawiczny prysznic i powrót do Cieszyna. A tam najpierw praca na pół etatu w magazynie, po południu szkoła, a wieczorem kolejny trening. W piątkową i sobotnią noc dochodzi jeszcze praca na bramce. Trzeba przecież jakoś zarobić na trenera, salę, benzynę i turnieje, w których bierze udział.

Jedynym dniem, kiedy może odpocząć, jest niedziela. „Od zawsze lubiłem mieć zaplanowany dzień, ale to sport wyrobił we mnie dyscyplinę. Uświadomił mi, że jeśli chcę, umiem się zorganizować. To kwestia priorytetów, wypracowanej rutyny i motywacji. Ale najważniejsza jest wytrwałość.

Na swojej drodze spotkałem wielu utalentowanych zawodników, którzy zniechęcili się i rezygnowali o jedną walkę za wcześnie. Dlatego zawsze radzę: nie odpuszczaj, nawet jeśli chwilowo przegrywasz albo twój poziom pozostawia jeszcze wiele do życzenia. Walcz dalej!” – przekonuje mistrz świata. Doskonale wie, o czym mówi. Nim szef UFC, Dana White, zawiesił na jego biodrach złoty pas, Błachowicz przeszedł długą drogę.

Zaczynał w dzieciństwie od judo, potem trenował boks, brazylijskie ju-jitsu, grappling (walka na chwyty), muay thai i finalnie MMA. Porażki przeplatały się ze zwycięstwami, aż w końcu, po latach treningów, w 2007 roku uzyskał amatorski tytuł mistrza Polski w tajskim boksie. Rok później w tej samej dyscyplinie wrócił ze złotem z pucharu Europy i amatorskich mistrzostw świata.

Wygrane w walkach uświadomiły mu, że jest na odpowiednim poziomie, by zostać zawodowcem. „Chciałem wreszcie przestać dokładać do sportu i zacząć odcinać kupony. Ale musiało minąć jeszcze trochę czasu, żeby do tego doszło – śmieje się. – Z pierwszej zawodowej walki MMA rozegranej w Polsce w 2007 roku dostałem 500 złotych, a przygotowania kosztowały mnie kilka tysięcy” – opisuje Jan Błachowicz.

Na szczęście wraz z sukcesami w końcu pojawili się sponsorzy. Prawdziwą zmianę mistrz poczuł jednak dopiero wtedy, gdy w 2014 roku zadebiutował w UFC, najbardziej prestiżowej organizacji MMA na świecie. Co prawda pierwszy rok przyniósł więcej klęsk niż zwycięstw, ale z kolejnymi latami zaczęły przeważać wygrane, a z nimi gratyfikacje finansowe, podróże, spotkania z najlepszymi spośród najlepszych, kilkumiesięczne przygotowania w USA i walki w egzotycznych miejscach.

Jan BłachowiczMotor Presse Polska/Kamil Majdański

Niezbędne porażki

Dziś bilans Błachowicza w zawodowym MMA to 27 zwycięstw i 8 porażek. Oprócz mistrzowskiej walki w pamięci najbardziej utkwiły mu nie sukcesy, ale pojedynki rewanżowe. „Wygrana z osobą, która wcześniej cię pokonała, daje ogromną satysfakcję i poczucie postępu. Jeśli do tego walka kończy się nokautem, nie ma piękniejszych starć. Pamiętam pojedynek z Jimim Manuwą z Wielkiej Brytanii. To była prawdziwa ringowa wojna. Najpierw mocno oberwał on, nie mógł stać, potem ja dostałem wycisk. Krew, emocje i wreszcie wygrana wraz z tytułem najlepszej walki wieczoru” – wspomina MH Jan Błachowicz.

SPRAWDŹ TEŻ: Walka bardziej brutalna niż MMA

I choć to liczne zwycięstwa utorowały mu drogę na szczyt, do tytułu mistrza potrzebne były też porażki. Bo to z nich, jak twierdzi, nauczył się najwięcej. „Jeśli nie wyciągasz wniosków po przegranej, jak masz wygrać kolejną walkę?” – mówi.

Gdy po raz pierwszy pojechał do USA, by walczyć z Coreyem Andersonem w Las Vegas i przegrał, zrozumiał, że przetrenowanie oraz jetlag to fatalne połączenie. Dlatego na kolejne starcie za ocenam leciał niemal miesiąc wcześniej, by organizm zdążył się przystosować. „Po tej pierwszej walce zrozumiałem też, że przetrenowanie jest gorsze niż niedostateczny trening. Niektórzy myślą, że jak się zmasakrujesz, to zrobisz wynik. To nieprawda. Najlepiej ćwiczyć dokładnie, wytrwale, ale w odpowiednich jednostkach treningowych” – dodaje.

W czasie przygotowań do mistrzowskiego pojedynku wykonuje 11 treningów w tygodniu. Nie wszystkie mogą być intensywne, bo ciało nie zniesie takich obciążeń dłużej niż kilka dni. Dlatego planuje naprzemienne ciężkie, lekkie oraz umiarkowane sparingi. Do tego sen, regeneracja i odnowa biologiczna. „Ważne, by słuchać własnego organizmu – podkreśla Błachowicz. – Naturalnie wiem, kiedy czuję się w formie, a kiedy, na przykład po źle przespanej nocy, warto odpuścić intensywne ćwiczenia na rzecz lżejszych. Czasem więc mówię do trenera, że dziś nie mam siły na wycisk, zróbmy luźniej, a za dwa dni dociśniemy. Wielu sportowców nie rozumie, że regeneracja jest tak samo ważna, jak trening. W MMA, podobnie jak w innych sportach, najbardziej boisz się nie przeciwnika, ale kontuzji” – wyjaśnia mistrz.

Jan BłachowiczMotor Presse Polska/Kamil Majdański

Zaufanie do ciała

Inna walka, po której Jan Błachowicz musiał odrobić lekcję, odbyła się w Buffalo w USA. Jego przeciwnikiem był Amerykanin Patrick Cummins. „Zdominował mnie. Bliżej mi było do podłączenia pod respirator niż do kolejnej rundy. Nie miałem zupełnie siły” – wspomina. Przyczyną fatalnej kondycji była źle dobrana dieta, która niemal zakończyła jego karierę. Nowy dietetyk zalecił mu wtedy bardzo restrykcyjny sposób żywienia. „Tego nie jedz, tamtego unikaj... – mówi Błachowicz. – Miałem liczyć wszystko co do grama. Więc zgodnie z jego zaleceniami zmieniłem dietę o 180 stopni. Ale po pewnym czasie czułem, że coś jest nie tak, jakbym był chory, słaby. Owszem, wizualnie wyglądałem lepiej, ale walka to nie wygląd. Kondycyjnie nie mogłem wytrzymać rundy sparingowej, a co dopiero prawdziwej walki” – opowiada.

Więc zamiast radom dietetyka zdecydował się zaufać swojemu ciału. „Staram się jeść zdrowo. Unikam fast foodów, pizzy i po prostu trzymam się tego, po czym czuje się dobrze mój organizm” – kwituje.

Na co dzień korzysta z usług firmy cateringowej, która dostracza mu posiłki – 4000 kcal dziennie w okresie przygotowawczym. „Dziś na śniadanie zjadłem omlet z 4 jajek z bananem i masłem orzechowym, a na obiad przywieziono mi pieczonego indyka, ziemniaki i surówkę” – Błachowicz podaje przykłady swoich posiłków. Im bliżej walki, tym bardziej ścina liczbę kalorii, żeby osiągnąć limit wagowy. A dzień przed mistrzowskim pojedynkiem, już po ważeniu, dieta idzie w odstawkę.

„Potrzebny mi tłusty posiłek. Dobę przed pojedynkiem o złoty pas zjadłem cały pas żeberek, frytki i surówki. Do tego kilka godzin przed walką shake’a z ryżem, daktylami i białkiem” – dodaje. Po walce robi sobie dwa tygodnie zasłużonych wakacji i je tylko to, na co ma ochotę.

„Trzeba utrzymywać równowagę. Umieć się odciąć na jakiś czas od sportu i rywalizacji, żeby potem móc do nich zatęsknić. Dlatego mam też inne zainteresowania i przyjemności. Lubię podróżować, a w domu czytać czy grać w gry wideo, żeby głowa nie myślała tylko o treningach i nie wypaliła się zbyt szybko” – mówi mistrz świata.

IQ fightera

Przygotowania do każdej walki różnią się od siebie, ponieważ są dostosowane do konkretnego przeciwnika. W 2019 r. przed wygraną z leworęcznym Lukiem Rockholdem, zakończoną nokautem, Błachowicz zdecydował się na sparingi z pięściarzem Arturem Szpilką, u którego również dominującą  pięścią jest lewa. Z kolei rewanż z Jimim Manuwą poprzedziły treningi z bokserem i zawodnikiem MMA Izu Ugonohem, który budową oraz warunkami fizycznymi przypomina Brytyjczyka.

„Przeciwnika się obserwuje, analizuje jego mocne strony, słabości. A potem nakreśla się strategię walki. I to nie jedną, lecz kilka, bo twój rywal może pokazać się w zupełnie innej odsłonie niż poprzednio” – mówi posiadacz złotego pasa.

Lata doświadczenia na macie nauczyły go, jak intuicyjnie odczytywać zawodnika z przeciwnego rogu oktagonu i wykorzystywać jego słabe punkty. Błachowicz ma wysokie IQ fightera – jego atuty to siła, celność i umiejętność szybkiego dostosowania się do rywala. „Przy odpowiednim wysiłku wiele osób może osiągać sukces w MMA, tylko trzeba bazować na swoich naturalnych talentach i być wytrwałym” – przekonuje Jan Błachowicz. Każdy zawodnik jest inny – jeden zyskuje przewagę wydolnością, drugi masą, inny dynamiką albo warunkami fizycznymi.

„Jeśli masz długie ręce, naucz się je dobrze wykorzystać, gdy krótkie – trenuj, jak efektywnie bić w półdystansie. Gdy masz silne nogi, ćwicz kopnięcia” – radzi mistrz UFC. Oprócz przygotowania fizycznego do walki, istotne jest też przygotowanie mentalne – podkreśla. Dlatego dwa tygodnie przed walką Błachowicz wizualizuje sobie pojedynek. Co ważne – nie wyobraża sobie jedynie momentów triumfu, pozytywnego werdyktu, ale też te słabsze chwile, kiedy leży na plecach, dostaje mocny cios albo gdy przeciwnik atakuje go dźwignią.

ZOBACZ: MMA czy boks?

„Ale ostatecznie wymykam się z bloku, trzymam gardę, kontruję cios rywala trzema swoimi. I mimo ciężkiego początku wyobrażam sobie, jak mój przeciwnik kończy na deskach, a ja wygrywam – zdradza Błachowicz. – Musisz uwierzyć i mentalnie pozwolić sobie na znokautowanie rywala. Jeśli dobrze przygotujesz się w głowie, walka jest dużo łatwiejsza i nie odpuszczasz, gdy ktoś ci daje wycisk” – dodaje. W realu, jeśli nie ma poddania czy nokautu, mistrzowski pojedynek trwa 25 minut. „To sporo czasu, żeby się podnieść, zmobilizować i ostatecznie spuścić komuś łomot” – ocenia mistrz.

Pozostać na szczycie

Już niedługo będzie miał szansę  zrobić to ponownie, ponieważ  na początku marca stoczy walkę o obronę mistrzowskiego pasa. Jego przeciwnikiem będzie mistrz świata UFC wagi średniej, Nigeryjczyk Israel Adesanya, który z nikim jeszcze nie przegrał. Nie tylko kibice zacierają ręce na to starcie. „Spełniłem swój amerykański sen i nadal go śnię! Walczę w najlepszej organizacji MMA na świecie i jestem w niej mistrzem. Dla mnie to jak wejście na szczyt Mount Everest. Dobrze mi z tym i nie zamierzam się stąd ruszać” – mówi z dumą „Cieszyński Książę”, a właściwie to już „Cieszyński Król”.

Dwa miesiące temu został ojcem. Narodziny dziecka jeszcze bardziej umocniły w nim ducha fightera. „Jestem zmotywowany, by wygrywać, jak nigdy. Chcę zapewnić synowi jak najlepszy start w życie” – oznajmia Błachowicz, który intensywnie przygotowuje się do starcia z Adesanyą. Praca nad siłą, analiza przeciwnika i obóz kondycyjny w górach są już za nim. „Marszobiegi na wysokościach to moje must have przed każdą walką. Poprawiają wydolność i zwiększają bazę tlenową” – zdradza mistrz.

Gdy ekipa MH rozmawiała z nim po treningu, właśnie skończył sparing. Jego partnerem był specjalnie dobrany zawodnik kick-boxingu, wysoki i bardzo szybki, dokładnie tak jak przyszły rywal w starciu o zachowanie złotego pasa. Nigeryjczyka przypominał również stylem walki – startował trudną do przewidzenia stójką, jego bronią były zwinność i mocne uderzenie.

„Na treningach muszę oswoić się z tą formą walki i sprawdzić w praktyce, jak działa obrana przeze mnie strategia” – wyjaśnia mistrz. Do Vegas wylatuje dwa tygodnie przed pojedynkiem, by zdążyć oswoić się z klimatem i zmianą czasu. Na miejscu pozostaną ważenie, szybki sparing, by złapać szybkość, i wreszcie walka. „Wynik? To chyba jasne: jestem przekonany, że to moja ręka pójdzie w górę. Interesuje mnie jedynie zwycięstwo” – puentuje Błachowicz. 

ZDJĘCIA: Kamil Majdański

Zobacz również:
Trochę podciągania, trochę  unoszenia kolan i sporo pracy mięśni korpusu, czyli przepis  na wyrzeźbienie brzucha  godnego dłuta Michała Anioła.  
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA