[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
4.0

Iditarod Trail Invitational - 1600 km przez Alaskę

1600 kilometrów przez zamarznięte bezdroża Alaski to wyzwanie nawet dla najtwardszych zawodników. Kanadyjczyk RJ Sauer poradził sobie z tą trasą w niecałe 18 dni, znajdując przy tym jeszcze czas na robienie zdjęć. Dzięki jego fotografi om możesz wybrać się na wyprawę, na której siła woli jest równie istotna, jak siła mięśni. A może nawet bardziej.

Iditarod Trail Invitational, Alaska Temperatura na Iditarod Trail spada czasem nawet do 50 stopni na minusie.
…pchając rower i wypatrując niewyraźnego, zawianego śladu Iditarod Trail. W zapadającym zmierzchu kolejnej długiej nocy tańczą wątłe promienie światła czołówki, ledwo rozświetlając trakt opuszczony przez ludzi i zwierzęta. Odblaski igrają z wyobraźnią, sprawiając, że w miejscu każdego drzewa mój umysł umieszcza złowieszcze kształty. Świat wokół mnie jest totalnie pozbawiony zapachów, a ciszę przełamuje jedynie chrzęst butów raz po raz zagłębiających się w sypkim, jakby scukrzałym śniegu.

Nie mam świadomości, że czterdziestostopniowy mróz właśnie pokonał baterie nadajnika GPS odpowiedzialnego za nieustanną transmisję pozycji i wysiadł jedyny element łączący mnie z zewnętrznym światem. Ludzie, którzy w zaciszu swoich domów z niepokojem śledzą online mój postęp, zostają wydani na pastwę domysłów, czy zwyczajnie rozbiłem biwak i śpię zwinięty w kłębek, otulony płachtą biwakową i zwałami śniegu, czy też może w końcu ostatecznie pokonała mnie moc żywiołów.

Spoza lodowej maski skuwającej twarz wpatruję się w horyzont, jakby zaklinając słońce, aby ponownie pojawiło się nad pustkowiem Alaski. Oczywiście bez efektu, bo od świtu dzieli mnie wiele godzin. W miarę jak mozolnie przemieszczam się przez tę zapomnianą przez Boga i ludzi krainę, zbyt zajadły na odwrót i nieświadomy tego, co przede mną, dociera do mnie z pełną mocą świadomość totalnej izolacji. W takich warunkach, gdy przetrwanie zależy wyłącznie od siły woli, człowiek nie ma wyboru i musi niestrudzenie przeć przed siebie. To uczucie dodaje mi energii. To właśnie dla niego z własnej i nieprzymuszonej woli zdecydowałem się zaryzykować życie i zmierzyć z liczącą ponad 1600 km trasą.

REKLAMA

REKLAMA

Iditarod Trail Invitational, Alaska Psy również bywają zmęczone i poganiacz musi znaleźć sposób, by zmotywować je do dalszego wysiłku.

Prawdziwa odwaga

Iditarod Trail Invitational to wyścig, którego uczestnicy nie mogą korzystać z żadnej pomocy z zewnątrz i polegać wyłącznie na swoich siłach, sprzęcie i zapasach; muszą przetrwać ponad dwa tygodnie podróży przez niegościnne pustkowia. Jego początki sięgają 1973 roku, kiedy po raz pierwszy sanie zaprzężone w psy ruszyły w trasę, by uczcić pamięć śmiałków, którzy w latach dwudziestych XX wieku przedzierali się przez zachodnią Alaskę, by dostarczać leki niezbędne podczas epidemii dyfterytu.

Po roku 1980 do uczestników wyścigu poruszających się na saniach dołączyli kolarze górscy. Współcześnie biorą w nim udział również narciarze i piechurzy, a do wyboru są trzy dystanse: 209 km, 563 km i 1609 km. Ten ostatni prowadzi z miasta Anchorage do położonej nad Morzem Beringa osady Nome. Wyścig jest owiany sławą tak wymagającego, że w 2017 roku tylko 25 z 83 uczestników zdecydowało się zmierzyć z najdłuższą trasą, a tylko sześciu z nich dotarło do mety. To i tak sporo – na przykład w 2012 roku ta sztuka nie udała się nikomu. Jedni poddali się z powodu odmrożeń, pod innymi załamał się cienki lód, wpadli do biegnących pod nim rzek i byli ratowani w stanie bliskim katatonii.

Byli tacy, których powstrzymywały awarie sprzętu, a inni zwyczajnie mieli już dość walki z bezlitosnymi żywiołami. Natura jest tam tak surowa i okrutna, że o sukcesie lub porażce może przesądzić najmniejszy błąd. Decydujące może okazać się ściągnięcie rękawiczki w nieodpowiednim momencie, żeby naprawić przebitą dętkę albo stopić w kuchence śnieg na herbatę.

„Uczestnicy muszą zmierzyć się z autentyczną przygodą, testując swoją wytrzymałość i umiejętności przetrwania – mówi organizatorka wyścigu Kathi Merchant. – Jednego dnia może być nieco powyżej zera i deszcz, a kolejnego temperatura może spaść do pięćdziesięciu stopni na minusie. Warunki są zmienne, przez co wyścig nigdy nie jest taki sam. Uczestnicy muszą być gotowi na wszystko”.

REKLAMA

Iditarod Trail Invitational, Alaska Frank Janssens mozolnie pcha swój rower, szukając w siekącej twarz śnieżnej zawiei drogi prowadzącej do wąwozu zwanego Hell’s Gate.

Przez mróz

Z wyścigiem po raz pierwszy zetknąłem się w 2001 roku jako młody filmowiec. Uwiodły mnie opowieści o przygodzie i zahipnotyzowany wizją uwiecznienia męstwa ludzi mierzących się z lodowym przeznaczeniem rzuciłem się w dzikość Alaski z kamerą w jednej ręce i torbą wypakowaną zupełnie niepotrzebnym sprzętem w drugiej. Po 25 dniach dopiąłem swego i zebrałem materiał do filmu dokumentalnego „A Thin White Line”.

Co ważniejsze, dałem się uwieść szlakowi i postanowiłem nań wrócić kolejnym razem już jako zawodnik. Dzięki temu, że mogłem z bliska przyjrzeć się trasie, nauczyłem się, ile czasu zajmuje pokonanie nawet niewielkiego dystansu w tych warunkach, zrozumiałem też wagę treningu oraz właściwego przygotowania sprzętu i gruntownego przetestowania go w nieco bardziej przyjaznych okolicznościach.

Wśród napędzanych mocą ludzkich mięśni sposobów poruszania się po Iditarod Trail najszybsze są specjalne rowery (wyprzedzają je oczywiście psie zaprzęgi), zwane od rozmiaru gigantycznych, nawet czterocalowych opon, fatbike’ami. Tylko tak szerokie gumy są w stanie napędzić rower w sypkim śniegu. Aby dodatkowo poprawić trakcję, są one jeszcze nabijane metalowymi kołkami. Do ramy mocuje się specjalnie zaprojektowane torby wypełnione zapasami jedzenia, sprzętem biwakowym i ubraniami, pozwalającymi utrzymać komfort termiczny w zmiennych warunkach panujących na trasie.

Absolutnie kluczową kwestią jest to, aby unikać przegrzania i związanego z nim pocenia się, które sprawia, że człowiek zaczyna trząść się z zimna, gdy tylko przestanie się intensywnie ruszać. Głównym kryterium przy wyborze sprzętu jest odporność i niezawodność działania. Mimo autentycznego braterstwa między uczestnikami wyścigu, przez setki kilometrów są oni pozostawieni sami sobie i nie ma absolutnie nikogo, kto mógłby pomóc im mierzyć się z siłami natury.

Moją obsesją z konieczności jest przygotowanie fizyczne. Uważnie tworzę plan treningowy, starając się unikać kontuzji i przemęczenia. Moim celem jest symulacja obciążeń, którym moje ciało zostanie poddane na trasie wyścigu. Stosuję kombinacje różnego rodzaju ćwiczeń – używam taśm TRX, kettlebelli i maszyn. Różnicuję kardio – biegam, chodzę w rakietach śnieżnych, pływam kajakiem i maszeruję. Robię interwały biegowe i eksplozywne treningi w siodle, ale im bliżej startu, tym coraz mocniej stawiam na długotrwałe wysiłki, mające oprócz ciała przygotować również umysł.

Musi przyzwyczaić się do mentalnego wyzwania, jakim jest pokonywanie wielkich odległości. Często zdarza się, że w ciągu dnia spalam ponad 10 000 kcal. Ostatnim etapem przygotowań jest rezygnacja z aktywności i solidne ładowanie kalorii, żeby zgromadzić tkankę tłuszczową, która będzie źródłem energii na trasie. W tych dniach nie tylko śpię, odpoczywam i regeneruję się, ale też po prostu gapię się na pokryty krystalicznym śniegiem świat, wizualizując dni, które zaraz nadejdą. Staram się zebrać zapas wiary i siły woli.

REKLAMA

REKLAMA

Iditarod Trail Invitational, Alaska Poganiacz Jason Mackey karmi swoje psy przy brzegu morza nieopodal Koyuk.

Na mecie

Kiedy słońce wznosi się nad horyzontem 17. dnia wędrówki, koła mojego fatbike’a w końcu trafiają na szutrową nawierzchnię prowadzącą do mety w Nome. Jedyne okrzyki i gwizdy, które na niej się rozlegają, są dziełem mocnych podmuchów wiatru znad Morza Beringa. Innych fanfar nie ma, podziw i szacunek zawodnicy muszą zapewnić sobie sami. „Na szlak wybieramy się po to, żeby odnaleźć pęknięcia wewnątrz nas – mówi mi później Merchant.

– Niektórzy czasem wracają, by sprawdzić, czy kolejnym razem będzie tak samo. Inni dostrzegają w sobie rzeczy, z którymi nie chcą się już nigdy zetknąć. Oni nie pojawiają się tu więcej”. Frank Janssens, pięciokrotny uczestnik zawodów, ich piekło analizuje równie głęboko: „To jest podróż, a nie wyścig. Jego celem jest pokazać, jakim człowiekiem jesteś naprawdę. Trzeba nieustannie zwracać uwagę na wszystkie swoje uczucia i je akceptować.

Każda decyzja jest kluczowa, bo może zmienić dynamikę podróży. W takim środowisku jest tak naprawdę tylko jedna zasada: musisz wydarzenia wyprzedzać, a nie na nie reagować”. Samotna ucieczka na odległe rubieże Alaski i mierzenie się z wyzwaniami nieustannie rzucanymi przez 1600-kilometrową trasę daje głębokie poczucie dumy i przynosi autentyczną radość z małych rzeczy: jedzenia, picia, snu, ruchu. Jest w tym wyzwaniu coś głęboko pierwotnego oraz dającego poczucie sprawczości i tylko ci, którzy pokonają trasę, będą mieli tego pełną świadomość. I właśnie dlatego jestem przekonany, że nigdy nie zabraknie ludzi, którzy będą chcieli się z nią zmierzyć.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij