[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
5.0

Ice-Sar - islandzkie służby ratownicze

Nieprzewidywalność pogody i niegościnna przyroda Islandii mogą zagrozić nawet największym śmiałkom, którzy odważą się rzucić wyzwanie tej niewielkiej wyspie na Atlantyku. MH dołączył do służb ratunkowych Ice-Sar, aby z bliska oglądać w boju tych, którym niestraszne woda, ogień i lód.

Ice-Sar, ratownictwo Ściany z lodu i ochotnik Ice-Sar. Kolejny dzień w biurze.
Islandia nie powali Cię na kolana zimnem czy deszczem. Najgorszy jest wiatr. To pierwsza przestroga, którą słyszę z ust jednego z mieszkańców tego malowniczego kraju. Wierzę na słowo, a – kilka sekund po opuszczeniu ciepłego lotniska – czuję tego potwierdzenie na własnej skórze. W październiku 2017 r. dwójka myśliwych spędzała dzień na wschodzie kraju. O tej porze roku pogoda (choć ciężko nazwać ją przyjemną) jest nadal łagodna, a okolica ma niepowtarzalny klimat.

ZOBACZ: Uciec z piekła - tak działają ratownicy górscy

Gorące źródła, skały wulkaniczne i ostre krawędzie skał wystające tu i ówdzie – to wszystko tworzy kosmiczny krajobraz, trudny do opisania. Myśliwi byli bardzo doświadczeni i doskonale wyposażeni. Jednak ani jedno, ani drugie nie zawsze wystarcza. Pogoda zmienia się tu często i szybko. W pewnym momencie niebo gwałtownie pociemniało. Spadł ulewny deszcz i rozpętała się wichura. Pędzone porywistym wiatrem krople deszczu smagały ich twarze z prędkością 40 metrów na sekundę. Próbowali wezwać pomoc, ale w ich telefonach nie było sygnału. Zresztą nawet gdyby się dodzwonili, nie byliby w stanie określić swojej dokładnej lokalizacji. Nie byli to turyści w klapkach.

Byli przygotowani, mieli sprzęt i wszystko zrobili zgodnie ze sztuką. A jednak w jednej chwili znalazło się na łasce islandzkiej burzy. Zagrożone było ich życie. „Nasz teren nie jest najtrudniejszy na świecie” – mówi Örn Smárason, menedżer w dużej sieci zespołów poszukiwawczo-ratowniczych Islandii, znanych jako Slysavarnarfélagið Landsbjörg lub Icelandic Association for Search and Rescue.

PRZECZYTAJ: SAS - jak wygląda rekrutacja do brytyjskich jednostek specjalnych?

W skrócie: Ice-Sar. „Największe problemy zawsze powoduje wiatr”. Nie ma z nim żartów. Islandzka wichura powala słupy, rozrywa namioty na strzępy i zwala z nóg dorosłych facetów. Naszych dwóch myśliwych wiatr przyparł do zbocza góry, odcinając im drogę ucieczki. Malownicze strumyki nagle stały się rwącymi potokami. Myśliwi stracili orientację i dużą część pewności, że wyjdą z tego cało. Jednak kilka minut po otrzymaniu sygnału o ich zaginięciu rozpoczęła się mobilizacja doskonale zorganizowanej grupy ochotników-ratowników. Rozpoczęła się akcja ratunkowa.

REKLAMA

REKLAMA

Szukanie guza

Aby dołączyć do ekipy ponad 4000 ludzi związanych z Ice-Sar, potrzeba trochę więcej niż chęci do niesienia pomocy. Krajobraz Islandii wymaga od członków absolutnej wszechstronności: muszą być wśród nich doskonali nawigatorzy, alpiniści, nurkowie, żeglarze, a nawet spadochroniarze. Po ukończeniu 18-miesięcznego szkolenia podstawowego wolontariusze mogą przejść specjalistyczne programy w wybranej przez siebie dziedzinie: od misji lawinowych po ratowanie w mroźnych wodach oceanu.

Członkowie Ice-Sar muszą być „dostępni” i mogą dostać wezwanie o każdej porze dnia i nocy. (Pewnego razu pilne wezwanie oderwało Smárasona nawet od świątecznej kolacji). Często muszą wyruszyć na pomoc w warunkach nie tylko skrajnie nieprzyjemnych, ale też skrajnie niebezpiecznych. Ice-Sar organizuje zespoły ratownicze, biorąc pod uwagę umiejętności, których będzie wymagała misja. Wszyscy ratownicy, rozsiani po całym kraju, figurują w centralnej bazie danych. Zaznaczona tam jest też ich specjalizacja. Gdy pojawia się zgłoszenie, to z tej bazy dobiera się właśnie odpowiedni zespół.

W przypadku myśliwych Ice-Sar  musiał przede wszystkim ustalić, dokąd zmierzali oraz jaka była ich ostatnia znana lokalizacja. Ratownicy brali też pod uwagę doświadczenie zaginionych. Wiedzieli, że ich reakcja na zagrożenie zapewne była kompletnie inna, niż gdyby to była szkolna wycieczka. „Najpierw do akcji ruszają lokalne drużyny. Jeśli po dziewięciu godzinach poszukiwań nie natrafiają na żaden ślad, na pomoc rusza kolejna ekipa ratunkowa i tak dalej, dopóki nie znajdziemy zaginionych. Ostatecznie może skończyć się nawet na 400 wolonatriuszach, którzy biorą udział w poszukiwaniach” – mówi Smárason. Lokalne zespoły szukały myśliwych przez całą noc. Nie znalazły niczego.

„Padało jak z cebra i wszyscy ludzie byli na nogach od 10 godzin. Zmobilizowaliśmy wszystkich ludzi w okolicy – ponad 70 ratowników. Kolejni byli w drodze w momencie, gdy w końcu znaleziono myśliwych”. Okazało się, że wykopali dziurę pod skałą, weszli do środka i przykryli się plastikową płachtą. Spędzili 16 godzin skuleni w zaimprowizowanym schronie, zanim ich znaleziono. Byli wyczerpani i przemarznięci, ale nic nie zagrażało ich życiu.

„Po znalezieniu zaginionego przepełnia cię poczucie siły – tłumaczy Smárason. – Ice-Sar opiera się na współpracy. Rozwiązujemy tę zagadkę razem. Pracuje się wtedy z kimś z drugiej części kraju, ale przecież jesteśmy częścią tej samej wspólnoty”.

REKLAMA

Walka o życie

Wielu wolontariuszy już od najmłodszych lat wykazywało silne poczucie obowiązku, aby chronić członków społeczności. Rodzice i dziadkowie Smárasona byli członkami Ice-Sar. On także rozpoczął szkolenie w jednej z młodzieżowych jednostek. Tam nauczył się czytać mapy, udzielać pierwszej pomocy, a także przyswoił zasady bezpieczeństwa górskiego. Szkolenie miało dwa cele: pomóc mu zadbać o siebie w terenie, ale też wyposażyć w wiedzę, jak pomóc innym, którzy znaleźli się w niebezpieczeństwie.

Smárason opowiada mi historię o Doonie, brytyjskim trawlerze rybackim, który płynął z Hull w latach 40. XX wieku. Trawlery kierowały się w stronę koła podbiegunowego w poszukiwaniu ryb głębinowych, a ich wypadki nie były rzadkością. Podczas szalejącej u wybrzeży Islandii burzy Doon rozbił się w pobliżu 18-metrowego klifu. 13 członków załogi zostało uwięzionych na statku, którego kolejne fragmenty co chwila znikały w czarnej wodzie. W tym czasie na Islandii nie istniał żaden oficjalny zespół ratowniczy.

Na pomoc ruszyła grupa lokalnych rolników. Faceci, którzy doskonale znali te klify (mówi się, że co wiosna poszukiwali tam ptasich jaj), ruszyli w sześciogodzinną wędrówkę, aby dotrzeć do wraku. Już na miejscu opuścili się na półkę skalną i przez całą noc pracowali, wyciągając marynarzy z tonącej łodzi. Dlaczego zdecydowali się ryzykować życiem, aby ratować obcych? „Ponieważ wiedzieli, co robić – odpowiada bez chwili wahania mój rozmówca. – Również dzisiaj nikt inny nie ma tej wiedzy i nikt inny nie ma takiego sprzętu. Jeśli my im nie pomożemy, ci ludzie zostaną kompletnie sami”.

Krótko po zdarzeniu z trawlerem wdrożono duży program zapobiegania wypadkom. Bardzo zaangażowały się weń islandzkie kobiety, które nie chciały już tracić na morzu mężów, ojców, synów i braci. Dzięki ich staraniom rybołówstwo i większość prac, którymi trudnili się wyspiarze, stały się o wiele bezpieczniejsze.

Od tak podstawowych zmian, jak właściwe ćwiczenia przeciwpożarowe, po inwestycje w kombinezony ratunkowe, które umożliwiają pływanie w oceanie przez wiele godzin, reformy przeprowadzane przez Ice-Sar (również zmiany w islandzkim prawie morskim) doprowadziły do znacznego zmniejszenia liczby ofiar na morzu. W 2017 roku nie zginął nikt. Gdy porównamy to do tragicznych trzech tygodni w 1968 r., kiedy tylko na brytyjskich łodziach rybackich życie straciło 58 osób, jasne staje się, jak potężną siłą stały się islandzkie służby ratunkowe.

REKLAMA

REKLAMA

Zawsze gotowi do akcji

Ice-Sar ściśle współpracuje z islandzką strażą przybrzeżną. Guðmundur Ragnar Magnúss pracuje w niej jako winchman (facet, który jest opuszczany na wciągarce) w helikopterze. Gość jest nienaturalnie opanowany, ale to chyba zboczenie zawodowe wszystkich, którzy od lat regularnie operują w sytuacjach stresowych. Wyjaśnia, że jego praca polega głównie na dbaniu o to, aby straż przybrzeżna była informowana o całym ruchu morskim na Islandii i wokół niej.

Był jednak jeden incydent, w którym został opuszczony na płonący okręt w samym środku gwałtownej burzy (w branży nazywa się ją „slapper”, ale my wstrzymamy się od podania tłumaczenia). Wysokość fal była tak duża, że za każdym razem, gdy statek wznosił się i opadał, uderzał w wodę z taką siłą, że stalowym kadłubem wstrząsały fale uderzeniowe. „Uratowaliśmy wtedy załogę statku towarowego, który płonął jakieś 20 mil morskich od brzegu. Nie szkoli się nas do opadania na pokład płonących okrętów, ale to tylko procedury.

Warunki były trochę gorsze niż te, w których trenujemy, więc zaakceptowaliśmy to i po prostu zrobiliśmy to, co do nas należało” . Fakt, że lądowanie na płonącym okręcie w środku morskiej burzy jest dla kogoś „standardową procedurą”, imponuje. Ale prawda jest taka, że właśnie do takich sytuacji ratownicy Ice-Sar szykują się godzinami. Ogień, lód i woda nie mogą ich przerażać. To część ich natury.

„Kiedy zostałem opuszczony na statek, wysyłaliśmy po dwóch ludzi na pasie ratunkowym w górę, do helikoptera. Zebranie wszystkich zajęło 10 minut. To dobry wynik”. To jedna z tych rzeczy, które powtarzają wszyscy ochotnicy w Ice-Sar: życia nie ratuje brutalna siła ani odwaga. Ratuje je wiedza. W Ice-Sar nie ma minimalnych wymagań dotyczących sprawności fizycznej, ale wszyscy wiedzą, że po prostu muszą być w formie. Islandia nie ma armii, a jej siły policyjne są mocno rozproszone. Służba wolontariuszy jest dla kraju bezcenna.

Mimo to Ice-Sar nie otrzymuje żadnych środków rządowych i musi liczyć na darowizny. W 2018 roku organizacja nawiązała współpracę z marką Luminox, która przekazuje jej część wpływów pochodzących ze sprzedaży dedykowanej serii zegarków Ice-Sar Arctic 1000. Obywatele Islandii nie mają jednak problemów ze znalezieniem środków dla swoich obrońców. Lata zmagań zaszczepiły w nich głęboki szacunek dla środowiska, w którym żyją.

Są jak nikt inny świadomi niebezpieczeństw. Właśnie dlatego zawsze będą wsparciem dla swoich rodzimych superbohaterów. Wiedzą, że jeśli kiedykolwiek znajdą się w sytuacji, która kompletnie ich zaskoczy, niebawem pojawi się grupa ludzi w jaskrawych kostiumach, którzy właśnie do tej sytuacji szykowali się przez całe życie.  

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij