Henry Cavill – największy pechowiec Hollywood?

Henry Cavill przez wiele lat uważany był za największego pechowca Hollywood. Kolejne role uciekały mu sprzed nosa, lecz on, zamiast się poddać, po prostu robił swoje. Dzięki temu wypracował nie tylko niesamowitą muskulaturę, ale i zagrał w filmie „Batman vs Superman: Świt sprawiedliwości”.

Henry Cavill OT. PATRIK GIARDINO

Przewiń dalej:

Urodzony James Bond?

REKLAMA

Szerszy niż drzwi

Aktorstwo to nie tylko gwiazdorzenie

Tak trenuje Superman

Rekordy nie mają sensu?

Konsekwencja - najważniejsza cecha w życiu

Gdy pytamy Henry’ego Cavilla, dlaczego wybrał na spotkanie akurat tę kawiarnię, odpowiada od razu, że „mają tutaj dobrą kawę, ważą ziarna, po prostu robią wszystko, co trzeba”. Ale to nie jest cała prawda. Lokal ma jeszcze jedną zaletę. Aktor może w nim w spokoju cieszyć się swoją porcją kofeiny i nikt nie zawraca mu głowy. W zatłoczonym, gwarnym Londynie takie miejsce jest na wagę złota.

Dlatego nie zdradzimy, gdzie się znajduje. Zresztą, nawet gdybyś tam wpadł przez przypadek, mógłbyś na pierwszy rzut oka nie rozpoznać Supermena. Na co dzień nosi okazałą brodę, przez co zupełnie nie przypomina Clarka Kenta. Ani tym bardziej wymuskanego agenta wywiadu Napoleona Solo, w którego wcielił się w filmie „Kryptonim U.N.C.L.E.”, wyreżyserowanym przez Guya Ritchiego.

„Nieźle się bawiłem, no i grałem kogoś bliższego temu, kim jestem na co dzień – mówi Cavill. – Ludzie myślą, że przez cały dzień zachowuję stoicki spokój Supermana. Oczywiście, staram się robić dobre rzeczy, ale czasami zdarzają mi się błędy”.

Urodzony James Bond?

Skoro aktor z taką łatwością wcielił się w postać agenta, otwartą kwestią pozostaje, czy nie odnalazłby się w roli Bonda? Nie jest to pytanie nowe. Przed powstaniem „Casino Royal” do samego końca walczył o kontrakt z Danielem Craigiem. Przegrał, ale jak na 22-latka, nieznanego szerzej w świecie filmu, i tak było to nie lada osiągnięcie. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że Napoleona Solo, tak jak agenta 007, wymyślił Ian Fleming.

„Solo w ogóle nie jest podobny do Bonda – zaznacza od razu Cavill. – W naszym filmie to złodziej, który został złapany i zmuszony do współpracy z CIA”. Jednak coś musi być na rzeczy, skoro aktor sam przyznaje, że ekipa pracująca nad filmami o legendarnym pracowniku brytyjskiego wywiadu jest po prostu niesamowita. „Wiele zależy od reżysera, scenariusza, tego, jak chcieliby mnie wykorzystać. Ważnym czynnikiem jest również czas” – tłumaczy Henry. A tego ostatniego nie ma zbyt wiele.

Cavill stał się zakładnikiem swojego własnego sukcesu. Kiedyś uznawany był za najbardziej pechowego gościa w całym Hollywood. Na ostatniej prostej przegrał rolę Bonda. Nie załapał się do „Zmierzchu”, co może od strony artystycznej nie było wielką stratą, ale od finansowej na pewno. Wypadł nawet z obsady „Superman: Powrót”.

Teraz jednak znalazł się po drugiej stronie barykady. „Jeszcze nie ogłoszono kolejnych filmów z Supermanem, ale jest szansa, że powstaną” – mówi aktor, choć już teraz jego grafik jest zajęty do... 2019 roku. Za chwilę (konkretnie 1.04) na ekrany kin trafi „Batman vs Superman: Świt sprawiedliwości”. Potem dwa filmy o tym, jak Superman wraz z resztą przyjaciół tworzą Ligę Sprawiedliwości i walczą ze złem. W międzyczasie Henry wystąpi... w trzecim filmie z cyklu „50 twarzy Greya”.

Narzucił sobie niezłe tempo, ale to całkowicie zrozumiałe. Skoro poradził sobie z jednym zleceniem, od razu pojawiły się kolejne. A on nie ma zamiaru zmarnować szansy, na którą tak długo czekał.

Szerszy niż drzwi

Przygotowania do ostatnich ról kosztowały go wiele wysiłku. Najpierw musiał zrzucić parę kilogramów, żeby bardziej przekonująco wypaść jako Napoleon Solo. „Wiedziałem jednak, że chwilę później rozpoczną się zdjęcia do »Batman vs Superman«, dlatego jednocześnie trenowałem do obu filmów – tłumaczy aktor. – Musiałem ciężko ćwiczyć, aby potem z łatwością odnaleźć się w kostiumie superbohatera.

Z tego powodu pod żadnym pozorem nie mogłem obrosnąć tłuszczem. Co zdarza się często, gdy jesteś zestresowany, a w weekend masz ochotę się napić”. Przemianie aktora z bliska przyglądał się Timothy Everest, jeden z ekspertów w szyciu ubrań na miarę, który przygotowywał stroje dla całej obsady filmu „Kryptonimu U.N.C.L.E.”. Krawiec przekonał się nawet, co dzieje się, gdy aktor nie radzi sobie z rygorystyczną dietą, bo, jak wiadomo, aktor głodny - aktor zły. Raz wyrwał drzwi z zawiasów, a po chwili, trzymając je w ręku, wyszedł z przymierzalni i spytał: „Co do cholery mam z nimi zrobić?”. Everest ostatecznie postawił je pod ścianą, gdzie znajdują się do dziś. Prawdopodobnie jako symbol tego, co potrafi Superman, jeżeli wejdziesz mu w drogę.

Aktorstwo to nie tylko gwiazdorzenie

Sam trening jest wyczerpujący. A to tylko jeden punkt na liście obowiązków, z których Henry nie mógł zrezygnować. „Mój dzień jest wystarczająco długi nawet bez wstawania dwie godziny wcześniej, aby dać sobie niezły wycisk w gymie – mówi Cavill. – Albo, co gorsza, treningu wieczorem, który prawie nie przynosi rezultatów, bo zaraz potem muszę iść spać, aby następnego dnia podnieść się z łóżka”. Pomyśl o tym, gdy kiedyś zdarzy Ci się stwierdzić, że nie masz czasu, aby zajrzeć na siłownię. Wbrew pozorom jedynym zajęciem aktorów nie jest trening i wyjmowanie z torby z cateringiem odpowiednich pudełek.

„Uwielbiam takie komentarze w internecie – przyznaje Henry. – Nawet jeśli nie kręcimy, mamy mnóstwo rzeczy do zrobienia. Na przykład ten wywiad albo przymiarki do kolejnej produkcji. Dzisiaj również wstałem wcześniej, aby poćwiczyć”. A mógłby sobie odpuścić, bo to w końcu jego urodziny. Ale nie chce: w końcu zawiódłby wówczas kogoś, przed kim trudno się usprawiedliwić – samego siebie.

Tak trenuje Superman

Gdy Cavill pracował nad formą do „Kryptonimu U.N.C.L.E.”, pomagał mu w tym Mark Twight, były wspinacz i twórcalegendarnego Gym Jones, który przygotowywał m.in. ekipę filmu „300”.Jednak przed wcieleniem się ponowniew postać Supermana Henry znalazł się pod opieką Michaela Blevinsa. „Gdy dostawałem wybór: mogłem sobie odpuścić albo dać niezły wycisk, zawsze wybierałem wycisk – przyznaje aktor.– Zdawałem sobie sprawę z tego, że będę wymiotować. I potem wymiotowałem, ale najważniejsze było dla mnie,jak daleko jestem w stanie się posunąć”.

Doceniamy takie podejście, choć nie jesteśmy jego fanami. Naszą dewizę stanowi raczej hasło: „Małe kroki, wielkie rezultaty”. Możesz osiągnąć wszystko, co sobie założysz, wprowadzając niewielkie zmiany w diecie czy treningu. Ważne, abyś po prostu z konsekwencją się ich trzymał. Wtedy ani nie będziesz chodził głodny, ani nie będziesz wymiotował podczas ćwiczeń. Jednak Cavill znalazł się w trudnej sytuacji. Na jego barkach spoczęła odpowiedzialność za film wart wiele milionów dolarów. Dlatego czasami musiał dojść do krawędzi. Chociaż, jak sam przyznaje, było zdecydowanie łatwiej niż za pierwszym razem.

„Oczywiście, myślałem na początku: »O Boże, przecież wiem, jak to boli«. Ale za długo się tym nie przejmowałem. Lubię ciężkie treningi, bo potem czuję, że coś osiągnąłem. Narzekałem, że rano źle mi się wstawało? Może, ale już po ćwiczeniach, gdy jechałem taksówką, pomyślałem: »Dałem radę, ten dzień należy do mnie« – przyznaje aktor.

Rekordy nie mają sensu?

Samozadowolenie Henry’ego jest całkowicie uzasadnione. Jego treningi należą do jednych z najcięższych, które publikowaliśmy na łamach Men’s Health. Sam Blevins przyznaje, że ćwiczy z Cavillem niczym z „prawdziwym sportowcem. Jego osiągi porównywane są do światowych rekordów. Gdyby miał wystarczająco czasu, mógłby bez problemu startować w zawodach”.

Dzięki takiemu zaangażowaniu aktor wypracował dwa razy więcej suchej masy mięśniowej niż podczas przygotowań do „Człowieka ze stali”. „To ma potem przełożenie na wygląd, na sposób, w jaki poruszam się na ekranie. Zaraz za tym idzie pewność siebie” – wyjaśnia aktor. Jednak jeśli chciałbyś wiedzieć, ile Henry bierze na klatę, będziesz musiał obejść się smakiem.

„Ludzie często pytają o takie rzeczy – mówi Cavill. – I moja odpowiedź różni się w zależności od tego, z kim mam do czynienia. Jeśli jest to gość z wielką klatą, który chce się ze mną mierzyć, mówię, że 450 kilogramów i odchodzę. Jeżeli to szczery facet, który chce pogadać o treningu, wtedy nie ma żadnego problemu. Inna sprawa, że ci, którzy regularnie trenują, nie pytają o takie rzeczy. Po prostu nie chcą być gorsi od Supermana”. Choć Henry stara się bić swoje rekordy, nie jest do nich jakoś przesadnie przywiązany.

„Ciągle się zmieniają – przyznaje. – Ale co to ma za znaczenie? Może to Twój najlepszy dzień?”. Dlatego jedyna liczba, na której się skupia, to 100. Tyle procent daje z siebie podczas każdego treningu. „Ostatnia rzecz, którą warto robić, to siedząc tutaj przy kawie, rywalizować z innymi – mówi. – Wystarczy, że każdego dnia walczę ze sobą”.

Dieta Henry'ego Cavilla

Aktor zdecydowanie swobodniej podchodzi do diety. Oczywiście, zwraca uwagę na to, co je. Przy tak intensywnym treningu głupotą byłoby, gdyby tego nie robił. Jednak, jak sam przyznaje, lubi smażoną rybę z frytkami, ciasta oraz Guinnessa i co jakiś czas sobie na nie pozwala. Jego trener całkowicie to akceptuje.

„Znam gości, którzy zafiksowali się na punkcie kurczaka i ryżu – mówi Blevins. – W ostatecznym rozrachunku ogranicza to energię, z której jesteś w stanie skorzystać podczas ćwiczeń, a to źle wpływa na przyrost masy mięśniowej. Dlatego oni dalej redukują liczbę kalorii. Błędne koło”. Cavill serwuje sobie około 5 tys. kcal, gdy buduje masę, i umiejętnie redukuje ich liczbę, gdy musi wystąpić w scenach bez koszulki. Na co dzień je jednak zaskakująco smacznie: indyjskie curry, gulasze, a czasami nawet burgery. „Dzisiaj na przykład mogę iść na kurczaka i słodkie ziemniaki – przyznaje. – Po prostu nie należy pochłaniać śmieciowego jedzenia”.

Konsekwencja - najważniejsza cecha w życiu

„Jakość jedzonych produktów jest bardzo ważna – mówi Blevins. – Ale dawałbym każdemu babeczki, gdyby wszyscy umieli zmieścić się w zalecanej przeze mnie liczbie kalorii”. Trener na każdym kroku podkreśla jednak coś znacznie ważniejszego. Wypracowanie formy Supermena wymaga czasu. „Henry mógłby być rzecznikiem całego świata fitness – mówi jego opiekun. – Nie sprzedaje niczego, tylko dzieli się ideą ciężkiej i wytrwałej pracy”. Bo nawet najlepsi trenerzy nie pomogą, jeżeli samemu nie postanowisz zmienić czegoś w swoim życiu. Nie podniesiesz się z łóżka, gdy za oknem jest jeszcze ciemno. Nie zaciśniesz zębów, gdy do zrobienia zostaną ostatnie dwa powtórzenia.

Co nakręca w takich momentach Henry’ego? „Duma. Jestem dumny z tego, co robię – mówi. – Gdy będę stary, nie zamierzam cieszyć się z faktu, że udało mi się przemknąć przez życie, cały czas oszukując siebie. Umierając, chcę wiedzieć, że za każdym razem, gdy mówiłem moim dzieciom lub wnukom, aby ciężko pracowały, sam w to wierzyłem. To jest naprawdę ważne”. A my jedyne, co możemy zrobić, to się z nim po prostu zgodzić.

REKLAMA