[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
1.4

Hazard jak narkotyk - historia uzależnienia

200 tysięcy złotych – tyle przegrałem przez 3 lata. Początkowo była to tylko dobra zabawa za drobne pieniądze, amnie wydawało się, że jestem odporny na hazard. Myliłem się.

hazard W kasynie zdecydowanie łatwiej jest utonąć niż wygrać fortunę.
Na progu kasyna wita mnie piękna kobieta w obcisłej spódniczce i nogach do samej szyi. "Dzień dobry panie Krzysztofie" - mówi uśmiechnięta, kłaniając mi się nisko. Odpowiadam jej skromnym uśmiechem, bo wczoraj witała mnie tak samo.

Jeszcze tylko kontrola dowodu osobistego, już słyszę brzęk żetonów i turlającej się po ruletce kulki, a zaraz poczuję ten niepowtarzalny zapach mieszaniny perfum i dymu z papierosów. Czuję, że właśnie nadszedł mój dzień. Dzisiaj zainwestuję tylko 100 zł, no góra 200 zł i wygram. Muszę. Nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie obstawię. To będzie moja noc!

Kiedy przypomnę sobie, jak rządziłem w kasynie przez kilkanaście miesięcy, taki właśnie obraz mam przed oczami. Jeszcze pod koniec studiów na politechnice, kasyna i hazard były równie wielką abstrakcją jak rejs po jeziorze Tanganika czy spotkanie yeti w Himalajach.

ZRÓB TO PO MĘSKU: Jak wygrywać z klasą?

Miałem dobrą pracę, fajnych kumpli, no i życie stało przede mną otworem. Czułem się mocny, po prostu rozpierała mnie energia. Jesienią 1999 roku trafiłem z kumplami do klubu bilardowego, w którym stały maszyny do gier na pieniądze, tzw. warzywniaki - tak się określa w żargonie hazardzistów automaty dawniej zwane jednorękimi bandytami, gdzie trzeba trafić trzy wisienki, pomidory albo BAR. Wrzuca się 5, 10 zł i niewiele można wygrać. Zagrałem z nudów kilkanaście razy i nie wciągnęło mnie to wcale.

Poker wciąga jak cholera

Następnym razem, kiedy znów przysiadłem się do warzywniaka, kumpel zapytał mnie, dlaczego nie gram w pokera. Zdziwiło mnie to pytanie, bo żadnego stołu z zielonym obrusem i facetami z cygarem w zębach nie widziałem. Okazało się, że w pokera można grać z maszyną. Wrzuciłem 5 zł i spodobało mi się od pierwszej chwili. Za chwilę zagraliśmy razem z kumplem i od razu trafiliśmy karetę! Niesamowite - czułem, że to moja gra.

Wciągnęło mnie. Grałem o coraz większe stawki - 10, 20 zł. Po kilku dniach przepuszczałem przez maszyny już 100 zł dziennie. Wtedy po raz pierwszy spytałem siebie, o co tu chodzi. Gram ciągle, wydaje mi się, że wygrywam, a tak naprawdę w portfelu mam coraz mniej kasy. Szybko zagłuszyłem tę myśl. Trzeba się było odegrać i tyle. Mijały tygodnie, miesiące, a ja ciągle rżnąłem w pokera z maszyną.

W lutym po raz pierwszy przegrałem 1 000 zł jednego dnia. Poker mnie tak wkręcił, że nie widziałem poza nim świata. W knajpie inni tańczyli, pili piwo, bawili się, ja grałem. Przestało mnie cokolwiek innego interesować. Nie przepuszczałem jakichś oszałamiających kwot, no i stać mnie było na pokera. Wtedy kasa nie była problemem, nieźle zarabiałem, ponieważ miałem firmęz usługami transportowymi i dodatkowo pracowałem w jednym z wrocławskich klubów sportowych. Czułem się królem życia.

REKLAMA

REKLAMA

Dyskretny urok kasyna

Pewnego dnia kumpel zapytał, czy nie poszedłbym z nim do kasyna. Odmówiłem, bo przez skórę czułem, że mnie to wciągnie. W tym czasie myślałem oczywiście, że panuję nad graniem i w zasadzie nie ma żadnego problemu. Dzień później spotkałem znowu kumpla. Wrócił zadowolony i na powitanie rzucił tekst: "Chłopie, jakie tam są piękne kobiety w tym kasynie! A jaką kawę dobrą robią - rewelacja! Lepszej w życiu nie piłem".

Namawiał, namawiał, no dobra - poszedłem. Kasyno oczarowało mnie wystrojem i klimatem. Piękne kobiety, wszyscy uśmiechnięci, wyluzowani, czuło się zapach przepływających pieniędzy. Jak się później okazało, nie wszystkie kasyna tak wyglądają. Większość jest przeżartych nikotyną, siedzą tam taksówkarze w swetrach, bardzo grubi Cyganie, czasem jakieś k*** i przypadkowi faceci - żadnych perfum i luksusu.To, gdzie trafiłem, jeszcze jakoś trzymało klasę. Oczywiście zacząłem grać w pokera. Na dzień dobry wygrałem 100 zł - ekstra! Przyszedłem i wsiąkłem na rok...

Dzisiaj się odegram

Praca w klubie sportowym wiązała się z dostępem do pieniędzy. Dużych pieniędzy. Na początku korzystałem z klubowej forsy dosyć rozsądnie, ale z czasem zacząłem ją po prostu defraudować. Tempo tracenia forsy było oszałamiające. Potrafiłem miesięcznie przegrać kilka tysięcy złotych. Cały dzień był podporządkowany temu, żeby uciułać trochę kasy i wieczorem iść do kasyna.

Nie potrafiłem o niczym innym myśleć, jak tylko o tym, że siadam do pięknego zielonego stołu i z krupierem gram do zamknięcia kasyna o 4. rano. Od czasu do czasu grałem w ruletkę, choć wydawała mi się nieprzewidywalna. W pokerze miałem karty w ręku i czułem, że mam coś w garści, że ja tu rządzę. Grałem bez opamiętania. Przepuszczałem tysiące złotych. Cały czas myślałem: dzisiaj będzie mój dzień, dzisiaj się w końcu odegram, zgarnę kupę forsy i wyjdę bogaty.

A prawda była taka, że zacząłem mieć długi. Obiecałem sobie, że dziennie mogę przegrać tylko 100 zł. W środę przegrałem 100, w czwartek 100, ale w piątek już 1 000 - nie mogłem się powstrzymać.

Kasyno to nie instytucja charytatywna i nikt nie będzie odciągał cię od stołu, zresztą taki humanitarny krupier zaraz wyleciałby z pracy, ponieważ kasyno jest monitorowane 100 razy lepiej niż dom Big Brothera. Tylko raz mi się zdarzyło, że przed 4. rano krupierka w przypływie litości powiedziała: "Panie Krzyśku, ma pan 2 tysiące, niech pan idzie do domu" - nie posłuchałem, a za jakiś czas ona już nie pracowała w kasynie.

REKLAMA

Spirala śmierci

W tym czasie moja firma jakoś jeszcze prosperowała. Pech chciał, że miałem wypadek i skasowałem auto. Kasę na jego remont wyciągnąłem jakoś spod ziemi, ale zaraz przyszła myśl, żeby "zainwestować" ją w kasynie, bo tak mówią hazardziści, licząc naiwnie na wygraną. Wtedy zacząłem grać na ostro, na duże stawki. Miałem potworne ciśnienie, żeby grać i przede wszystkim zgarnąć kupę forsy.

Z kasyna przeniosłem się do klubu Tip Top, z powrotem na automaty pokerowe. Zapamiętałem z tamtego czasu, że w ciągu jednego tygodnia wygrałem 36 tysięcy. Wygrana była naturalnie wirtualna, bo nigdy tych pieniędzy nie miałem nawet w rękach - od razu obstawiałem i przegrywałem. Zdarzały mi się wygrane po 8 - 10 tysięcy i czasami coś tam "wypłacałem"sobie, żeby mieć z czego żyć, ale reszta zasilała konto Tip Topu - nie moje.

PRZECZYTAJ TEŻ: Jak wygrywać w życiu?

Mózg odrzucał wtedy wszystkie racjonalne argumenty. Miałem tylko jedną potrzebę: grać! Skoro mam 5 tysięcy, będę miał 10; mam 10, będę miał 20! Jednocześnie czułem resztkami nieskażonego hazardem umysłu, że na szyi zaciska mi się pętla. Mój rekord to przegrana 19,5 tysiąca w ciągu dwóch dni.

To był koniec. Swojemu klubowi byłem już winny 40 tysięcy, urzędowi skarbowemu, bankom, ZUS-owi i znajomym kolejne 60. Z drugiej strony, nie miałem już za co grać, byłem totalnie spłukany, a widziałem, jak inni hazardziści potrafią się zeszmacić za parę złotych.

Biorę się w garść

Usiadłem w domu nad kartką papieru, zrobiłem bilans - przez 3 lata przegrałem około 200 tysięcy, nie skończyłem studiów, klub sportowy mocno podupadł. W końcu dotarło do mnie, że przegiąłem. Wtedy pomogła mi rodzina. Poczuli, że mam gigantyczny problem i sam sobie nie pomogę. Spłacili część moich długów i wyciągnęli do mnie rękę. Za to jestem im ogromnie wdzięczny. Co najważniejsze, patrząc w lustro, zdałem sobie sprawę, że jestem hazardzistą, jeszcze kilka miesięcy i będę na dnie albo skończę jako bezdomny na dworcu lub w Odrze za długi.

Poszedłem do Przychodni Terapii Uzależnień przy szpitalu psychiatrycznym. Pamiętam, że pani psycholog wjechała mi na ambicję - powiedziała, że i tak wrócę do hazardu. Dawała mi miesiąc, góra trzy. Na szczęście myliła się. Od kilku lat znowu zarabiam przyzwoicie, ale tych pieniędzy nie widzę - większość idzie na pokrycie długów.

Przyznaję, że po roku abstynencji miałem chwilę słabości. Byłem z kumplem w Poznaniu i zamiast głupi iść do kina poszedłem do salonu gier o nazwie, jeśli mnie pamięć nie myli, Admirał. Straciłem 500 zł. Poczułem, jak odżywają stare nawyki. Ale byłem już na tyle silny i świadomy, że potrafiłem zdusić demona hazardu.

Teraz pilnuję sam siebie i staram się nie mieć przy sobie więcej niż 300 zł. Wiem, że zabrzmi to dziwnie, ale poddałem się inwigilacji mojej dziewczyny, która permanentnie sprawdza, co robię. Jest to męczące, ale działa. Początkowo zmieniłem nawet trasy przejazdu i szerokim łukiem omijałem kasyno, żeby nawet go nie widzieć. Teraz już nie toczę wewnętrznej walki - wejść czy nie wejść - i szyld salonu gier nie robi na mnie wrażenia.

Z drugiej strony, gdybym wygrał wycieczkę do Las Vegas, wiem, że nie polecę do miasta, gdzie można obstawić 500 dolarów na żeton w pokerze. Z kręgu znajomych hazardzistów jestem bodaj jedną z dwóch osób, którym udało się uciec ze szponów tego nałogu. Inni przepadli.

Chłopaki nie warto

Jako były trener koszykówki, mam od czasu do czasu kontakt z młodymi chłopakami. Ostatnio słyszałem rozmowę, w której chłopaki z ogromną pasją przechwalali się na temat gry w kasynie. Twierdzili, że przegrali tylko 500 zł, ale byli tak cholernie blisko wygranej. Zmroziło mnie. Zobaczyłem siebie kilka lat temu, kiedy myślałem, że panuję nad wszystkim. Czasami jadąc do pracy przejeżdżam obok nowej, okazałej siedziby firmy, która ma sieć salonów gier, i tak sobie myślę, że część tego budynku powstała za moje pieniądze. Być może kolejne siedziby powstaną za pieniądze naiwnych chłopaków, chyba że moja zmarnowana forsa i 3 lata życia przemówią im do rozsądku.

Jak wyrwać się ze szponów hazardu

Hazardziści podporządkowują całe swoje życie tylko jednej potrzebie - żeby zagrać, i nie dopuszczają myśli o swoim uzależnieniu. Do tego potrafią się perfekcyjnie maskować ze swoim nałogiem. Silne uzależnienie psychiczne można porównać z głodem narkotykowym albo z potrzebą alkoholika, żeby wypić. Podobnie jak w przypadku wszystkich innych nałogów, po pierwsze musisz uświadomić sobie, że masz problem. Przyjaciele, rodzina, terapeuci mogą ci jedynie pomóc, ale ty sam musisz chcieć zerwać z hazardem.

Zrób bilans

Weź kartkę papieru i spisz, ile forsy do tej pory przepuściłeś w kasynie. Zrób listę dłużników, a także rzeczy, które zaprzepaściłeś przez hazard. Takie zestawienie przemawia do wyobraźni i powinno być początkiem nowego życia.

Nie rób złudnych postanowień

Postępowanie w stylu "jeszcze wygram 2 - 3 tysiące i kończę z tym lub pogram do końca miesiąca i ani dnia dłużej" - to droga donikąd. Jeśli ktoś próbuje się odegrać, wpada w spiralę bez końca - tak oszukują się wszyscy hazardziści. Musisz zdać sobie sprawę z tego mechanizmu.

Zgłoś się do poradni

Hazard, jak każde uzależnienie, można leczyć. Nie spodziewaj się jednak cudów. Nie ma lekarstwa na skłonność do hazardu. Terapia polega na zrozumieniu mechanizmów, które rządzą w twojej głowie. Możesz zgłosić się do jednej z poradni terapii uzależnień, działających we wszystkich średnich i dużych miastach i poprosić o informacje.

Poproś rodzinę i przyjaciół o wsparcie

Twój problem nie może być tajemnicą dla najbliższych. Jeśli jeszcze nie zmieniłeś ich życia w koszmar, zapewne jesteś na najlepszej drodze. To w końcu także ich pieniądze przepuściłeś. Musisz zgodzić się na to, żeby kontrolowali twoje kroki i trzymali cię z daleka od hazardu. Powinieneś pójść z nimi do kasyna i napisać tam upoważnienie, żeby cię nie wpuszczano. Wiadomo, kasyno to nie instytucja charytatywna, ale postaraj się wytłumaczyć dyrekcji, że właśnie przechodzisz terapię.

Komentarze

 (6)
ZOBACZ KOMENTARZE

REKLAMA

REKLAMA