Filmy o Bondzie z Danielem Craigiem od najgorszego do najlepszego

Spokojnie, w tym rankingu nie uwzględnimy jeszcze "Nie czas umierać", więc obejdzie się bez spojlerów. Który Bond z Danielem Craigiem to ten najlepszy Bond? Odpowiedź nie jest wcale taka oczywista.

Daniel Craig i Javier Bardem fot. MGM
Bond Daniela Craiga to bezapelacyjnie najlepszy z Bondów. Jasne, przed premierą "Casino Royale" (kiedy to było!) byłem co najmniej sceptyczny, a w prywatnych rozmowach uciekałem się do tak niskich argumentów jak "kartofel" czy "klon Putina", na koniec dodając zawsze, że Bond nie może być blond. Craig swoją kreacją w świetym filmie Martina Campbella skutecznie zamknął mi usta i pozostawił je takie aż do finałowej sceny "Nie czas umierać", kiedy to otworzyły się z zachwytu, a moja szczęka opadła może nie do podłogi, ale na wysokość podłokietnika w kinowym fotelu już tak.

REKLAMA

Bond Craiga to Bond w końcu ludzki, wielowymiarowy, a nie płaski. To Bond, który triumfuje, ale bywa też pokonany. Jest zimny i ciepły jednocześnie. Niesamowicie silny, ale i słaby. Ironiczny jak zawsze, ale też jeszcze bardziej gorzki. A najlepsze w tej kreacji jest to, że Daniel Craig potrafi to wszystko zagrać spojrzeniem, grymasem twarzy, nawet tonem głosu. Craig zjada Seana Connery'ego (pokłócimy się później, dobra?), George'a Lazenby, Rogera Moore'a, Timothy'ego Daltona i Pierce'a Brosnana na śniadanie. I to naraz. Pytanie tylko, w której z czterech poprzednich odsłon Daniel Craig wypadł najlepiej. A w zasadzie, który to film z Danielem Craigiem z serii o Bondzie w roli głównej był najlepszy. Przed Tobą nasz krótki ranking; od najgorszego do najlepszego.

Numer 4: Spectre

  • „Spectre"
  • Rok produkcji: 2015
  • Czas trwania: 2 godziny 28 minut
  • Reżyseria: Sam Mendes
  • Piosenka: Sam Smith, Writing's on the Wall
  • Ten Zły: Ernst Stavro Blofeld/Franz Oberhauser (Chrisoph Waltz)
  • Dziewczyna Bonda: Madeleine Swann (Léa Seydoux)
  • W rolach głównych: Christoph Waltz, Léa Seydoux, Ralph Fiennes, Ben Whishaw, Monica Bellucci

Za co go uwielbiamy?

Otwierający film mastershot zapiera dech w piersiach. Cała meksykańska sekwencja jest więcej niż świetna; wszystko spina się tu co do milimetra i w zasadzie nie obraziłbym się, gdyby film na tym właśnie prologu w ogóle się skończył. Bo...

Za co go nie uwielbiamy?

... cała reszta nie spina się aż tak bardzo. "Spectre" ma swoje momenty świetne, dobre i takie sobie. Niestety tych pierwszych jest w sumie najmniej, bo w tym filmie najbardziej kuleje akurat scenariusz. Spotkanie Bonda z Bladym Królem to scena świetna i przejmująca, podobnie jak wizyta Jamesa z Madeleine Swann w Tangerze, ale już pożegnanie tej dwójki w Londynie wypada co najwyżej średnio. Kuleją tu też sceny akcji, bo pościg po ulicach Rzymu jest za długi i źle zmontowany, przez co w ogóle nie czuć tej prędkości, po prostu zero napięcia, z karykaturalnym wręcz finałem. Zresztą to nie jest jedyna scena akcji, nad którą można by się znęcać, bo "Spectre" to akcyjny wodotrysk, niestety.

A za co go nienawidzimy?

Za to, że w którymś momencie jest jak "Gwiezdne wojny". Czyli galaktyka far, far away, miliardy ludzkich istnień, ale losy świata zależą tak naprawdę od skłóconej rodziny... Wątek Oberhausera i Bonda jest niepotrzebny, niewytłumaczony i przyklejony do filmu na siłę, bo nie wnosi do całej opowieści dosłownie nic. Scenarzyści wyraźnie tu popłynęli, jednocześnie cholernie spłycając historie z poprzednich odsłon cyklu z Danielem Craigiem w roli Jamesa Bonda. Bo nagle okazało się, że Le Chiffre, organizacja Quantum i Raoul Silva to tylko płotki sterowane przez geniusza zła, którym motywowała tylko i wyłącznie zemsta na kumplu z dzieciństwa. No... nie.

Numer 3: Quantum of Solace

  • „Quantum of Solace"
  • Rok produkcji: 2008
  • Czas trwania: 1 godzina 46 minut
  • Reżyseria: Marc Forster
  • Piosenka: Jack White i Alicia Keys, Another Way to Die
  • Ten Zły: Dominick Greene (Mathieu Amalric)
  • Dziewczyna Bonda: Camille (Olga Kurylenko)
  • W rolach głównych: Mathieu Amalric, Olga Kurylenko, Judi Dench, Gemma Arterton, Giancarlo Giannini

Za co go uwielbiamy?

Za momenty ciszy, które wybrzmiewają głośniej niż fajerwerki. Od takiego właśnie momentu cały film się zaczyna, bo głośne wydechy astona martina i alfy romeo dają się usłyszeć dopiero po długim najeździe kamery i zmiany kadru na detal, jakim jest zmiana biegu przez Jamesa Bonda. Ach, cóż to za pościg! Jest tu wszystko, a to wszystko trzyma niesamowicie w napięciu, pozwala sercu bić szybciej i gwarantuje solidne zastrzyki adrenaliny. Zestawiając pościg otwierający "Quantum of Solace" z tym, którym pochwalić może się "Spectre", uśmiecham się tylko pod nosem. To jak walka Oleksandra Usyka z Anthonym Joshuą - ten pierwszy zabiera drugiego z powrotem do szkoły.

Ten drugi pościg - na wodzie - również w "Quantum of Solace" zrealizowany jest perfekcyjnie. Ta scena momentem ciszy z kolei się kończy - i tu Bond znów jest ludzki, niby zwycięski, ale jedna nie do końca, zmęczony, zły i rozdrażniony. Przy czym Daniel Craig wszystkie te emocje oddaje naraz, niby od niechcenia, w scenie, która trwa kilka sekund i w zasadzie filmowi do niczego potrzebna nie jest. A jednak to właśnie ona wrzuca "Quantum of Solace", który chwilami zdawać mógłby się zwykłym akcyjniakiem, poziom, a nawet kilka poziomów wyżej.

Za co go nie uwielbiamy?

Wątek zemsty Bonda i braku zaufania M do swojego agenta poprowadzony był sprawnie, ale mimo wszystko czegoś tu zabrakło; chyba po prostu czasu. Wystarczyłoby kilka, kilkanaście linii dialogowych więcej, by całość zyskała trochę głębszego wymiaru. A tak to relacja pomiędzy poprzednim filmem, czyli "Casino Royale", a "Quantum of Solace" właśnie okazała się trochę na siłę. Kilka scen mniej i można by oba filmy łączyć tylko głównymi postaciami, jak to było do tej pory. Dobra, przyczynić się mogły do tego trochę problemy z powstawaniem scenariusza tej odsłony Bonda, bo film powstawał w trakcie słynnego strajku scenarzystów w Hollywood, ale nie uznaję tego za wytłumaczenie.

A za co go nienawidzimy?

Za to, że jest tak dobry, a tak niedoceniany. Nie znam równie dobrego filmu o Jamesie Bondzie, który miałby tak pod górkę wśród fanów, będąc jednocześnie tak dobrym filmem w ogóle. W moim prywatnym rankingu "Quantum of Solace" bije się zawsze z "Casino Royale" o wyższość jednego obrazu nad drugim i ten brak snu, który ta bójka wywołuje, jest właśnie powodem, dla którego tego filmu nie lubię. Ale to ten jeden jedyny powód.

REKLAMA

REKLAMA

Numer 2: Casino Royale

  • „Casino Royale"
  • Rok produkcji: 2006
  • Czas trwania: 2 godziny 24 minuty
  • Reżyseria: Martin Campbell
  • Piosenka: Chris Cornell, You Know My Name
  • Ten Zły: Le Chiffre (Mads Mikkelsen)
  • Dziewczyna Bonda: Vesper Lynd (Eva Green)
  • W rolach głównych: Mads Mikkelsen, Eva Green, Jeffrey Wright, Judi Dench, Giancarlo Giannini

REKLAMA

Za co go uwielbiamy?

Za to, że to fenomenalny reboot. Wszystko to, co napisałem we wstępie do tego tekstu, realizuje się, a w zasadzie zaczyna realizować w "Casino Royale" właśnie. To tu Bond zyskuje tę ludzką twarz - i to już w pierwszych scenach, gdy w czarno-białej retrospekcji z grubym ziarnem pracuje na swoje pierwsze zero. Później jest jeszcze tylko lepiej, a w pamięci na zawsze zostaje widok otrutego Bonda, zabierającego ze stolika szklankę i solniczkę, Bonda torturowanego przez Le Chiffre'a czy Bonda dającego nura za Vesper. "Casino Royale" ma fenomenalne sekwencje akcji, świetną intrygę, genialnego Tego Złego, Dziewczynę Bonda z krwi i kości, niesamowity dowcip i sporą dawkę powagi. To kino jak na Bonda mocno realistyczne, jednocześnie odcinające się od swoich korzeni, ale też wykonujące w ich stronę solidny ukłon. Jak tu nie kochać?

Za co go nie uwielbiamy?

Za uproszczenia, a zwłaszcza za to, że Bond miał aż takiego farta, by ogarnąć, na nagranie z której kamery trzeba spojrzeć, by dowiedzieć się, kto stoi za przesłaniem hasła "ellipsis". Podobnie po macoszemu tak naprawdę potraktowany jest wątek miłosny Bonda i Vesper; to dzieje się za szybko, żeby widz mógł uznać za wiarygodne.

A za co nienawidzimy?

Brak. Film ma kilka potknięć, ale i tak jest fenomenalny.

Numer 1: Skyfall

  • „Skyfall"
  • Rok produkcji: 2012
  • Czas trwania: 2 godziny 23 minuty
  • Reżyseria: Sam Mendes
  • Piosenka: Adele, Skyfall
  • Ten Zły: Raoul Silva (Javier Bardem)
  • Dziewczyna Bonda: Sévérine (Bérénice Marlohe)
  • W rolach głównych: Javier Bardem, Ralph Fiennes, Judi Dench, Naomie Harris, Ben Whishaw

Za co go uwielbiamy

Za wszystko: najlepsza piosenka, najlepszy Ten Zły, najlepsza Dziewczyna Bonda, bo tym razem... tak naprawdę to jej nie ma, a na pierwszy plan wysuwa się relacja pomiędzy Jamesem a jego przełożoną, M. Za to, że zamiast "Skyfall" ta odsłona nazywać mogłaby się spokojnie "Bond sam w domu", bo przygotowania do finałowej strzelaniny chwilami tak właśnie wyglądają.

Jest to przy tym Bond mocno na poważnie, z antagonistą, którego motywacje tak łatwo tym razem zrozumieć. Stara dobra zemsta wraz ze starą dobrą nauczką po prostu rządzą, a gdy nada się im twarz Javiera Bardema i to w scenie, w której wyciąga z ust swoją sztuczną szczękę... Cóż, tu nie ma pytań.

Film jest świetny, surowy, oszczędny w środkach wyrazu, a przez to tak emocjonujący. Przy tym przepięknie go nakręcono, bo każda lokacja tym razem aż lśni, dosłownie i w przenośni. Kadr z astonem martinem i Bondem wpatrującym się w szkocki krajobraz jest po porstu cudowny i wystarczy, by pokochać ten film.

A, jest jeszcze scena pierwszego spotkania Bonda z Silvą i jest ona po prostu mistrzowska. Mistrzowska!

Za co go nie uwielbiamy?

Pomysł z metrem, które ma Bonda staranować, jest świetny. Ale ktoś mógł w wagonach zgasić światło, albo przynajmniej powstawiać do środka jakieś kukły, bo przez tę pustkę wewnątrz (no, chyba że metrem w Londynie nikt o tej porze nie jeździ...) całej scenie odebrano jednak grozę i powagę. Z Bonda, który właśnie wydostał się też spod tafli lodu, mogłaby też w kolejnej scenie jednak spływać trochę woda. Zwilżone włosy i kropla na czole to trochę za mało. Ale tak - czepiamy się. Bo sam film jest doskonały. Zdecydowanie najlepszy ze wszystkich, w których przed "Nie czas umierać" wystąpił Daniel Craig.

A za co nienawidzimy?

Tylko za to, że pozostałe jednak nie sięgają jego poziomu.

No dobra, a co z „Nie czas umierać"?

Film już widzieliśmy, nasza recenzja niebawem. W tym rankingu jednak najnowsza odsłona filmów o Bondzie się nie znalazła z jednego prostego powodu. Premiera dopiero co się odbyła, szanse więc na to, że film już obejrzałeś i wyrobiłeś sobie na jego temat zdanie, nie są znowu tak wielkie. Poczekamy więc, a gdy kurz po ostatniej scenie oklapnie, zaktualizuję ten tekst.

Zobacz również:
To Twoja góra pokazuje na pierwszy rzut oka, czy jesteś w formie. Szerokie barki, plecy w kształcie litery V i mocne ramiona nigdy  nie wychodzą z mody. Oto program (3 x w tygodniu), który zbuduje  te mięśnie w szybkim, dynamicznym treningu. Do roboty!
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA