Dave Bautista - od wrestlingu do Hollywood

Jak z bramki w nocnym klubie trafić na czerwony dywan w Wenecji? Trzeba niestrudzenie gonić za marzeniami” – mówi gwiazda „Diuny” Dave Bautista.

Dave Bautista Men's Health Polska

Dave Bautista dostał telefon od grubej ryby z World Wrestling Entertainment (WWE). Miał sobie kupić porządny garnitur – czekał go występ w słynnym programie „SmackDown”.
Bautista, wówczas trzydziestotrzylatek, który od dwóch lat piął się po szczeblach kariery w federacji Ohio Valley Wrestling, był niesamowicie podekscytowany telewizyjnym debiutem. Wyłożył na gajer 365 dolarów, sumę wtedy dla niego niebagatelną, a potem jeszcze dopasował go u krawca. Kiedy pojawił się wystrojony w studiu, jego strój od razu przeszedł metamorfozę – na dzień dobry odcięto mu rękawy marynarki.

REKLAMA

Zanim się obejrzał, ktoś wręczył mu metalowe pudło z przytwierdzonym łańcuchem, z którym miał paradować podczas występu. Spodziewał się, że zadebiutuje jako gwiazda, a tymczasem miał w podartym garniaku odegrać drugoplanową rolę. Czuł się nią ośmieszony, okradziony ze swego głównego atutu, jakim zawsze było jego ciało. Zmuszano go, żeby zabawiał publiczność przy pomocy rekwizytów.

Może była w tym jakaś lekcja. Może było nią to, że wrestling bierze cię w posiadanie. Kiedy w końcu zyskał samodzielność i zaczął występować jako Batista – uważa, że „u” wyleciało, bo WWE nie mogło zarejestrować jego nazwiska jako znaku towarowego – to właśnie ciałem zapracował na status czempiona. Jednak teraz, kiedy ma 52 lata, nie chce już dłużej opierać na nim kariery.
Na początku drogi wrestlera Bautista często uważał, że jest o włos od czegoś wielkiego. Czasem, jak w przypadku debiutu w „SmackDownie” był rozczarowany. Kiedy jednak na początku września 2021 roku spotykamy się z nim przez Zooma, zmierza do punktu kulminacyjnego kolejnego aktu swojej kariery.

Kawał aktora

Do Hollywood trafił późno, w połowie czwartej dekady życia, ale sukces przyszedł błyskawicznie wraz z rolą Draxa Niszczyciela w „Strażnikach Galaktyki”. Teraz występuje jako Glossu Rabban w długo oczekiwanej „Diunie” Denisa Villeneuva, epickiej produkcji science fiction. Tak epickiej jak ramię Bautisty. I jak kariera faceta, który z ochroniarza przemienił się we wrestlera, by następnie przez etap aktora filmów akcji przejść do hollywodzkiej pierwszej ligi.

Mimo piątego krzyżyka na karku udało mu się udowodnić, że jest więcej niż górą mięśni. Owszem, przyznaje, że czasem to dzięki sylwetce zyskiwał uwagę, jednak podkreśla, że nie chciał być tylko byłym wrestlerem, który zadowala się łatwymi rólkami w filmach akcji i pręży mięśnie nasmarowane oliwką. „Naprawdę zakochałem się w aktorstwie” – szczerze wyznaje Bautista, wzruszając ramionami.

Wrażenie na Denisie Villeneuvie zrobił, pojawiając się w „Blade Runnerze 2049” z 2017 roku. „Reżyser obsadził mnie w roli odartej z fizyczności. Skupił się na aktorstwie i pozwolił ludziom zobaczyć mnie w innym świetle” – opisuje Bautista. Uwielbia w aktorstwie to, że można w nim odnieść sukces, wyglądając interesująco, a nie po prostu wyglądając.

Oczywiście ma świadomość, że mierząc 195 cm wzrostu, wyróżnia się gabarytami. „Zdaję sobie sprawę z tego, jak wyglądam. Lubię żartować, że tak jakbym poprzedniego dnia wyszedł z więzienia. Dlatego zawsze staram się pokazać ludziom, że to tylko pozory. Mogę wyglądać
jak taki facet, ale nim nie jestem" – mówi Bautista.

Po długim dniu zdjęciowym w Serbii do drugiej części filmu „Na noże” aktor wygląda wręcz groźnie. Nisko nasunięta czarna czapka typu beanie, tatuaże wypełzające spod szarej koszulki, mówi z irlandzkim akcentem – szybko i szorstko. Wrażenie zaraz jednak znika, bo jednocześnie jest w nim nieśmiałość i ciepło. Zdradza, że kiedy rozmawia z dziećmi, klęka, by znaleźć się na ich poziomie. I ten sam manewr stosuje w trakcie rozmowy, często się śmiejąc. Jego ringowi przeciwnicy mogli być innego zdania, ale jest w nim coś uroczego.

Szkoła życia

W młodości Bautista chciał wyglądać jak kulturysta, bo czuł się chudy jak patyk i miał z tego powodu kompleksy. Żeby przybrać na masie, jako nastolatek zaczął podnosić ciężary. Dorastał w szemranej okolicy w stanie Waszyngton, gdzie dzieciaki zabijały czas, kradnąc albo uprawiając sport. Dzięki siłowni miał cel i poczucie przynależności. Bautista ostatecznie nie ukończył liceum i nie może przestać się zastanawiać, jak potoczyłoby się jego życie, gdyby udało mu się skończyć szkołę. „Od zawsze męczą mnie z tego powodu wyrzuty sumienia i nie wstydzę się tego. Okoliczności były wtedy jednak takie, że szkoła nie była priorytetem. Poszedłem inną drogą, bo musiałem zarobić na jedzenie” – wyznaje aktor.

Bautista zaczął pracować w klubach jako bramkarz. „W sumie to było nawet spoko stać w klubie czy barze i po prostu wyglądać na wielkiego” – napisał w swoich wspomnieniach. Rzeczywistość nie była jednak sielankowa. Został na przykład uznany za winnego napaści polegajacej na tym, że pewnego razu wywlekł z baru faceta, który miał napastować swoją dziewczynę, barmankę. „Upewniłem się, że po drodze jego głowa kilka razy zawadziła o ściany” – opisywał wydarzenie. Osta-tecznie nie został jednak za to skazany.

Bramkarzem był przez lata, pracował też jako osobisty ochroniarz i ratownik na plaży, cały czas uprawiając kulturystykę. Czasami brał udział w zawodach, chociaż nie lubił być oceniany, a wielu kulturystów uważał za aroganckich. „Ciągnąłem to przez lata, bo chciałem zbudować naprawdę potężną sylwetkę” – wyjaśnia aktor.

Kiedy tuż przed trzydziestką zdecydował się spróbować swoich sił w zawodowym wrestlingu, ważył 154 kg. Na otwartym przesłuchaniu dostał taki wycisk, że zwymiotował z wysiłku i powiedziano mu, że nigdy nie zostanie zawodowym wrestlerem. Trener kazał mu leżeć i powtarzać: „Jestem umierającym karaluchem”. Teraz wspomina to jako jedno z najbardziej upokarzających życiowych doświadczeń, z którego jednak wyszedł pozytywnie umotywowany. Mówi, że jeśli ostatecznie udało mu się zostać zawodowcem, to w części ze złości.

Następnie, będąc już w WWE, każdego dnia obawiał się, że zostanie zwolniony. „Nie czułem się tam dobrze, ludzie mnie nie lubili, robiłem coś źle, w firmie nie wiedzieli, co ze mną zrobić, jak mnie wykorzystać” – opowiada aktor. I dodaje, że pomimo wszystkich mentalnych kosztów wciąż kochał wrestling. „Tam była bardzo toksyczna atmosfera. Wrestling zmusza do nieustannej rywalizacji, panuje bezwględna konkurencja. Cały czas trzeba walczyć, a to jest wyczerpujące. Po prostu wyczerpujące” – mówi Bautista. Gdyby wrestling nie wypalił, nie miał żadnego planu awaryjnego poza dalszym staniem na bramce.

Ale wrestling wypalił. W 2005 roku Bautista zdobył pierwszy z sześciu tytułów mistrzowskich WWE w wadze ciężkiej. Wrestling stał się całym jego życiem. I z tego powodu też ma obecnie wyrzuty sumienia. Jak mówi, w domu był raczej gościem, przez co rozpadło się jego drugie małżeństwo. „Ona chciała męża, który będzie w domu, a ja kazałem jej wybierać. Trudno mi się do tego przyznać, ale postawiłem na karierę. Wiedziałem, że nie będzie drugiej szansy” – wspomina.
Potem było trzecie małżeństwo, ale i ono nie przetrwało próby czasu. Przez ostatnie lata aktor spotyka się z kimś, ale nie chce zdradzić nazwiska. Mówi tylko, że spotkali się na planie, a ona rozumie, w jakim pracują biznesie i jakie ograniczenia nakłada to na życie osobiste.

Dziś spogląda z refleksją na lata, które go ukształtowały. Nigdy nie potrafił rozmawiać z kobietami, a nagle tak wiele – za wiele, jak mówi – zaczęło się nim interesować. Z etapu, na którym w ogóle nie miał pieniędzy („Ludzie kupowali mi drinki i jedzenie, ciągle ktoś coś dla mnie robił”), przeskoczył nagle do stanu, gdy w nie opływał. „Nie byłem na to gotowy. Nie widziałem, jak sobie poradzić, więc popełniłem wszystkie możliwe stereotypowe błędy” – wyznaje.

Kupował „bzdury”, jak określa lamborghini, mercedesy i bentleye. Czuje się winny, że wtedy nie kupił matce domu, którego pragnęła (zrobił to dopiero po latach). „Zmarnowałem mnóstwo pieniędzy, a mogłem przy ich pomocy zrobić tyle dobrych rzeczy. Pomagać ludziom, pomagać zwierzętom. Szczerze mówiąc, po prostu byłem żałosny i chciałem kupić sobie szczęście” – mówi Bautista.

Pytam go, czy do „bzdur” zalicza słynną kolekcję lunchboxów, liczącą ponad 200 egzemplarzy. Swoją drogą, za zbiorem stoi wzruszająca historia. Kiedy jego druga żona, Angie, dostała pierwszą pracę w biurze, chciał sprawić jej prezent. Jej ulubionym filmem był „E.T.”, więc kupił stylowy lunchbox z tamtych czasów. Tak jej się spodobał, że nie chciała go nosić, aby się nie zniszczył. Trafił więc do gablotki, a żona dostała kolejny. Z czasem, gdy unieruchomiła go w domu kontuzja, pojawiły się następne. Bautista uznał, że to po prostu fajne, nostalgiczne przedmioty.

Teraz, gdy ma 52 lata, sprawność fizyczna znaczy dla niego coś zupełnie innego niż wtedy, gdy był 30-letnim, początkującym wrestlerem. „Myślę, że wiele osób uważa mnie za zwykłego karka, którego sensem życia jest dźwiganie żelaza. A ja jestem inny. Wcale nie żyję po to, żeby wyglądać jak góra mięśni” – podkreśla aktor.

Wyjaśnia, że wciąż ciężko trenuje, bo ma to na niego terapeutyczny wpływ, a poza tym zwyczajnie to lubi. „A to, jak wyglądam, to swego rodzaju skutek uboczny. Nie spalam się, by móc powiedzieć, że wyciskam 225 kg, a w martwym ciągu podnoszę 360 kg. W ogóle nie jestem tym typem faceta. Wolę patrzeć, jak ktoś robi martwy ciąg niż wykonywać go samemu. Zamiast niego wolałbym poboksować, zrobić jakieś ciekawe kardio na rowerze czy popracować z trenerem, aby działo się coś nowego” – opisuje Bautista.

Wciąż co jakiś czas pojawia się w publicznych siłowniach, bo ceni emocje i energię, które daje społeczność, ale do wściekłości doprowadzają go ludzie, którzy nagrywają swoje treningi i wrzucają je na Instagrama. „Jesteś na siłowni, to odłóż ten cholerny telefon i weź się za trening” – podkreśla.

Bautista cieszy się z tego, jak ułożyły się sprawy z wrestlingiem. „Nie chcę się od niego odcinać, bo się wstydzę – nic z tych rzeczy. Po prostu musiałem wyrobić sobie nazwisko i zacząć od początku, żeby ludzi mogli zobaczyć mnie w innym świetle. Jeśli zawsze będę postrzegany jako były wrestler, zostanę zaszufladkowany” – mówi.

Przynaje jednak, że wyniesione z wrestlingu doświadczenie przygotowało go nieźle do odgrywania negatywnych charakterów. „Już w ringu zorientowałem się, że lubię być tym złym gościem. I nie wiem, jak to się dzieje, ale jest we mnie coś, że ludzie lubią mnie w takiej roli” – podsumowuje aktor.

Po szczeblach kariery

Prawda jest chyba jednak nieco inna, bo ludzie zdają się lubić go w każdej roli. Draxa ze „Strażników Galaktyki” pokochano od razu, choć Bautista przyznaje, że kiedy zaczynał stawiać pierwsze kroki na planie filmowym, był po prostu „tragiczny”. Nie wypiera się tego filmu, ale dzięki niemu zrozumiał, jak takie „głupiutkie postaci” zmieniają w Hollywood postrzeganie aktora. Jest świadomy, że Drax nie pomoże mu zdobyć poważnej roli.

Teraz oczekuje, że zdobędzie uznanie ludzi za bezdusznego Glossu Rabbana z „Diuny”, oraz Edo Vossa, młodszego brata bohatera, którego gra Jason Momoa w serialu „See”, hitowej produkcji Apple Tv+, określanej jako odpowiedź na „Grę o tron”. Większość występujących w serialu postaci jest ślepa.

Powód, dla którego Bautista przyjął rolę w „Diunie”, jest oczywisty: Denis Villeneuve za kamerą. Z kolei z występem w serialu „See” było związane ciekawe aktorskie wyzwanie, które uwolniło go od własnej fizyczności: musiał nauczyć się ruszać i zachowywać jak osoba, która nie widzi.
Aktor nie wie, czy będzie dalej przyjmował role złych charakterów. Zależy, kto zapyta. Bo to ludzie są najważniejsi. Kiedy pracował z najlepszymi wrestlerami, jak Paul Levesque, Ric Flair czy Randy Orton, myślał sobie: „Człowieku, zrobiłeś to. Ci faceci są najlepsi. Jeśli oni Cię szanują i chcą z Tobą pracować, to w tym biznesie osiągnąłeś szczyt”.

Liczy się także to, czy rola go interesuje, pomoże mu rozwinąć się aktorsko i pokazać ludziom z innej strony. Jest bardzo wybredny.Jako wrestler nie miał specjalnie wpływu na kształtowanie swojej tożsamości, więc możliwość doboru wyzwań aktorskich jest dla niego miłą odmianą.

Cyfrowy wojownik

Bautista, mówiąc o sobie, jest bardzo otwarty. I to do takiego stopnia, że zaczynam się zastanawiać, czy bawi się możliwością budowania publicznego wizerunku, czy po prostu „czuje się ze sobą OK”. Dla przykładu weźmy kwestię prawa do posiadania broni. Aktor jest zwolennikiem drugiej poprawki do konstytucji USA (która pozwala Amerykanom na noszenie broni). Posiada wiele sztuk broni, włączając karabinek AR-15, kupiony od kumpla wiele lat temu. Jednak akurat kwestia broni szturmowej budzi w nim sprzeczne uczucia.

Z jednej strony jest zdania, że odpowiedzialne osoby powinny mieć prawo do posiadania broni (po tym, jak „przejdą piekło” odpowiednich procedur, aby ją uzyskać), jednak z drugiej strony przestał już uważać, że obywatele mogą mieć dostęp do karabinów szturmowych oraz ogólnie do „broni opracowanej do prowadzenia wojny”.

Po strzelaninie w Parkland na Florydzie w 2018 roku chciał oddać policji swój egzemplarz AR-15, ale nie chcieli go przyjąć. Teraz spoczywa zamknięty w sejfie. „Jesteśmy rozdarci między ekstremami. Ludzie albo myślą, że broni w ogóle powinno się zakazać, albo że każdy powinien mieć prawo do zakupu bazooki. Nie myślę, żeby to było dobre rozwiązanie” – ocenia aktor.

Bautista jest bardzo aktywny na Twitterze (jego konto to: Vaxxed AF! #TeamPfizer Poor Kid Chasing Dreams). Sam często określa siebie jako marzyciela i wkrótce zamierza otworzyć salon tatuażu w Tampa na Florydzie. Nazwie go DC Society, bo z jednej strony to skrót od słów „dream chaser”, a z drugiej litery określające miejsce, w którym się wychował (Washington DC). To może wydawać się pretensjonalne, ale dla niego wiele znaczy. „Taki jest sekret życia. Jeśli możesz na nie zapracować, robiąc to, co kochasz, trudno o większe osiągnięcie. 90% ludzi na świecie się to nie udaje. Wielu z nich siedzi za biurkiem i marzy o tym, by robić coś innego. Ja nie miałem nic do stracenia, więc zawsze goniłem za marzeniami” – podkreśla.

Na Twitterze zajmuje się też dużo bardziej praktycznymi kwestiami. Tylko we wrześniu 2021 roku opowiadał się za szczepieniami na COVID-19, za legalizacją aborcji i namawiał do adopcji psów. „Na Twitterze jestem z przekory. Już lata temu chciałem odejść, bo pełno tam wrogości. Zobaczyłem jednak, jak na gorsze zmienia się nasza polityczna rzeczywistość. Zostałem więc, żeby mój głos był przeciwwagą dla tych wszystkich dupków, rasistów i gigotów, którzy polaryzują nasz kraj” – wyjaśnia Bautista.

Żartuje, że po prostu jest złośliwy, odwołując się do czasów, gdy złość na trenera, który kazał mu robić przysiady we własnym wymiocinach, pomogła mu stać się profesjonalnym wrestlerem. „Myślę sobie wtedy, że ten facet po prostu nie lubi szarości. Ja nie mogę stać pośrodku. Albo postępujesz właściwie, albo cię nie ma” – komentuje swoją działalność na Twitterze.

Na czerwonym dywanie

Gdybyśmy kręcili film o karierze Bautisty, teraz nastąpiłoby cięcie oraz przejście z roku 2002, gdy otoczony szydzącym tłumem debiutował na ringu jako Deacon Batista, do września roku 2021. Trafiamy na Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji, wyspa Lido mieni się złotym tłumem. Skrzeczą krążące nisko mewy, ale nie są w stanie zagłuszyć tłumów młodzieży piszczącej na widok grającego w „Diunie” Timothée Chalameta. Bautista nosi okulary z pomarańczowymi szkłami, które stały się jego znakiem rozpoznawczym. Ma na sobie kolejny elegancki garnitur, tym razem znacznie droższy, zwieńczony zawadiacką muchą. Aktor wyjaśnia, że cierpi na niezwykle silny lęk społeczny, ale łagodzą go nieco właśnie okulary, będące „uspokajaczem, narzędziem terapeutycznym”.

Dzięki nim podczas publicznych wystąpień czuje się bardziej komfortowo już od czasów wrestlingu. Docenia, że wyjazd do Wenecji jest tak krótki. „Kiedy prasowe bankiety ciągną się dniami, muszę ze sobą walczyć” – zdradza. Tymczasem do Włoch wpada na niecałe 24 h, mając dzień urlopu ze wspomnianego planu filmowego w Serbii. Zostaje tylko na premierę „Diuny”, a potem pędzi, by złapać lot do Belgradu. Mimo wszystko wygląda, jakby dobrze się bawił. Żeby radzić sobie z przytłaczającą presją czerwonych dywanów, wypatruje ludzi, z którymi nadaje na tych samych falach. Oni sprawiają, że jest szczęśliwy.

W Wenecji taką osobą jest Josh Brolin. Kiedy aktor poważnie pozuje przed szpalerem fotoreporterów, Bautista nagle wyrasta mu zza pleców, chwyta w pasie i podnosi w górę. Obaj się śmieją, stopy Brolina majtają w powietrzu (Denis Villeneuve zasługuje już na pełne szacunku objęcie ramieniem). Bautista żartobliwie rozmawia z dziennikarzami, stojąc ramię w ramię ze Stellanem Skarsgårdem. Pod koniec występu na czerwonym dywanie, po wszystkich wywiadach, zaczyna nawet momentami wyglądać na wyluzowanego. Wtedy, otoczony przez największe gwiazdy, wie, że znowu mu się udało.

REKLAMA